Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeczy o których nie mam pojęcia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rzeczy o których nie mam pojęcia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 maja 2018

Make hummus, not walls

Zgadnijcie, skąd tytuł posta
Czas dokończyć relację z wyjazdu, na którym byłam już jakiś czas temu... Ostatnia część zaczyna się w piątkowe popołudnie, kiedy to dotarłam do hostelu w Betlejem. Długo się zbieram do pisania tego posta, bo mimo tego, że nie wiele było "akcji", to post jest trudny i nie wiem, jak to wszystko opisać. 
Właściwie nie wiele się działo w ten weekend. Piątkowe popołudnie spędziłam w hostelu, odpoczywając w końcu trochę i rozmawiając z właścicielem hostelu (który spędził kilkanaście miesięcy w Gdańsku i bardzo ładnie mówi po polsku) i innymi turystami, m.in. parą z Holandii. W sobotę mogłam się wyspać, a nie zrywać o jakiejś pogańskiej godzinie i był to jeden z dwóch (no, powiedzmy, że trzech) dni, kiedy nie śpieszyłam się na autobus i nie miałam jakichś wielkich planów. 

Kawałek muru, tu z Bearem Gryllsem
Początkowo miałam się wybrać tylko do Bazyliki Narodzenia (jakkolwiek to się nazywa po polsku) i na przyległy do niej plac, żeby kupić pamiątki. Ale wyszło tak, że najpierw poszłam zobaczyć mur.
Mur, który został zbudowany przez Izrael na granicy izraelsko-palestyńskiej. Ma jakieś 20 metrów wysokości i bardzo dużo długości. Co kilkadziesiąt-kilkaset metrów są na górze wieżyczki strażnicze, obsadzone przez izraelskie wojsko. 
Do tamtej pory odbierałam Palestynę jako "po prostu część Izraela". No i dla zagranicznych turystów trochę tak jest - jeśli pytają o paszport, to dlatego, żeby sprawdzić, czy nie jesteś z Izraela, jeśli nie, to nie ma problemu. Pisałam zresztą już w poprzednim poście o czerwonych tablicach ostrzegających obywateli Izraela przed niebezpieczeństwem, jakie może ich spotkać na terenie Palestyny. 
Ale wracając do muru. Na całej jego długości, po tej stronie (po drugiej nie byłam) są różne graffiti, część z nich namalowana przez znanego artystę-grafficiarza Banksiego. 
Ktoś odpłynął za daleko
w porównania...
Właściwie nie wiem, co mam napisać. Szłam wzdłuż tego muru, przez większość czasu było w miarę cicho (byłam akurat w takim miejscu, że nie było ulicy), więc była okazja do tego, żeby się zastanawiać - dlaczego? Z jednej strony rozumiem Izraelitów, którzy wybudowali ten mur po to, żeby nie narażać cywilnej ludności na ataki terrorystyczne ze strony mieszkańców Zachodniego Brzegu. Z drugiej strony rozumiem Palestyńczyków, którzy nie czują się w takiej sytuacji najlepiej - są w końcu odgrodzeni, pilnowani przez wojsko, nie mogą wjeżdżać do Izraela (muszą mieć przepustkę, o którą podobno nie jest łatwo), są w nieco gorszej sytuacji materialnej niż Izrael (niższe ceny, ale też niższe zarobki). Odkąd spędziłam te kilka dni w Palestynie mam w głowie jedno pytanie - czy oni nie mogą się jakoś dogadać...? Jak - nie wiem. Każde rozwiązanie będzie dla którejś strony (albo obu) niesatysfakcjonujące...

Arabskojęzyczni chrześcijanie
W drodze od muru do bazyliki trafiłam jeszcze na jakiś happening arabskojęzycznych chrześcijan (śpiewali Alleluja, był Chrystus na banerze, ale wszystkie napisy po arabsku) - prawdopodobnie cieszyli się ze zmartwychwstania. Zaszłam do KFC, trochę inne menu niż u nas (można na przykład ryż z mięsem kupić), ale generalnie zamysł ten sam. Przez bazyliką tragicznie dużo ludzi, ale to jest jedno z tych miejsc, które zainspirowało mnie do napisania na bloga czegoś, co ciągle jest w planach. Weszłam trochę do środka, ale w sumie nie wiem po co, chyba popatrzeć na tę cerkiewną część najbliżej wejścia. Potem kupiłam magnesy i pocztówki i udałam się przez arabski market w stronę hostelu. Bardzo ciekawe jest to, że tam się nie widuje turystów, albo jest ich tak niewiele, że trudno ich spotkać. Czasem miałam wrażenie, że jestem jedyną kobietą bez hidżabu w zasięgu wzroku. 
Nie wiele się poza tym wydarzyło. W niedzielę z rana pojechałam do Jerozolimy, wypiłam kawę za 5 szekli i pojechałam do Biblioteki Narodowej czytać książkę o zagładzie, a potem autobus do domku.

Ale ten mur dalej siedzi mi w głowie. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

Połóż mnie, jak pieczęć na sercu...

Walcowe pieczątki
Przyjechałam tu nie tylko po to, żeby siedzieć w ośrodku na końcu świata, ale też po to, żeby coś zobaczyć. Dlatego pesachowy tydzień spędziłam na wyprawie na południe Izraela.
Wyprawa jakoś tak naturalnie i trochę przypadkowo podzieliła się na 3 zupełnie różne od siebie etapy, o których napiszę w oddzielnych postach. Etapy są nierówne czasowo, ale w miarę równe w stosunku do ilości rzeczy, które się działy.
Dziś o etapie pierwszym, czyli Jerozolimie i Qumran - w sumie to jakieś 1,5 dnia.
Wyruszyłam z mojego końca świata o 7 rano w niedzielę. Pracowniczym transportem do miejsca, z którego mam autobus do Jerozolimy, a potem dalej, na tyle szybko, że pod Muzeum Ziem Biblijnych byłam trochę po 9, a w międzyczasie zdążyłam wypić kawę za 5 szekli.
Otwierali o 9.30, a z okazji Pesach było za darmo. Ogólnie w muzeum znaleźć można artefakty z czasów dawnych, tych opisywanych w Biblii - muzeum łączy historię tych ziem z zapisami w Biblii i ówczesną geografią. Wiele gablot opatrzonych jest cytatem ze Starego Testamentu, który opisuje te czasy. Na samym wejściu zrobiły na mnie wrażenie kamienne miseczki, datowane na ok. 6500 lat przed naszą erą, czyli mega dawno - jak oni je robili...? Ale zostałam największą fanką stempli do toczenia. Taka pieczątka, tylko wyryta na walcu, jak się przetoczy po miękkiej glinie albo czymś takim, to zostawia wzór. Niesamowita była dokładność tych wzorów i to, że to im w ogóle ładnie wszystko współgrało na tym maleńkim walcu...
Jeden z obrazów Zoji

Jak to zwykle bywa w takich miejscach, nagle połączyły mi się różne wątki, coś zaczęło nagle mieć więcej sensu...
Wystawa w muzeum opowiadała m.in. o tym, jak to kiedyś pieczęcie były swego rodzaju podpisem - prawie każdy miał swoją i jak ją postawił na dokumencie, to było wiadomo, że aprobuje. Pieczęciami opatrywało się też różne rzeczy, żeby było wiadomo, czyje są, tzn. żeby zaznaczyć własność, a może nawet powiązanie między rzeczą a właścicielem. Przy tej części, jak przy większości, też był cytat z Biblii - i to jest ten drugi wątek. Bo cytat jest świetnie znany, myślę, że nie tylko mnie - pochodzi z  8 rozdziału Pieśni nad Pieśniami:
Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu... (PnP 8,6)*
Sztuka współczesna
Nie ukrywam, że te słowa mi się zawsze w głowie "śpiewają" w piosence Rubika (hehe, https://www.youtube.com/watch?v=3WWwuA6twKI), ale niezależnie od piosenki, nagle zaczęłam rozumieć bardziej ten wers. Dla mniej obeznanych z tematem, Pieśń nad Pieśniami, w uproszczeniu, opowiada o intymnej relacji Oblubienicy i Oblubieńca (wg pewnych interpretacji Oblubienicą jest lud Izraela, a Oblubieńcem Bóg) i powyższe słowa wypowiada Ona do Niego.
Mając w głowie te dwa fakty, zaczęłam się zastanawiać, czemu ona tak powiedziała i co miała na myśli. I mam taką swoją (swoją, z mojej głowy, nie z innego źródła) interpretację, która mówi mniej więcej tak:
Pieśń nad Pieśniami powstała dawno (Wikipedia mówi, że prawdopodobnie VI-III w. p.n.e.), w tych czasach, kiedy właściwie jedynym, a na pewno najistotniejszym sposobem "podpisywania" rzeczy i nadawania im pewnej wartości "urzędowej" były pieczęcie (właściwie w naszych urzędach nadal tak jest...) => ktoś, kto stworzył PnP, chciał podkreślić bliskość kochanków i pewnego rodzaju "przynależność" do siebie.
Chociaż, jeśli wziąć pod uwagę to, że Oblubieniec miałby być Bogiem, a Oblubienica Izraelem, ten wers mógłby brzmieć mniej więcej jak "Panie Boże, pozwól nam przybić na sobie naszą pieczęć, jako znak tego, że jesteś naszym Bogiem" (nadal moja luźna interpretacja).
Może moje "łączenie wątków" nie jest jakoś szczególnie odkrywcze, nie umiem tego ubrać w słowa, ale w mojej głowie te dwie rzeczy brzmiały bardziej jak "ej, to rzeczywiście ma sens".

ahava, czyli miłość
W muzeum spędziłam ok. 2,5 h, poczytałam jeszcze trochę w gablotkach o bogach sumeryjskich i egipskich, pooglądałam eksponaty, wymyśliłam zrobienie własnego zeszytu symboli (taki zeszyt, w którym zamierzam spisywać z różnych źródeł znaczenia symboli, bo zwyczajnie mnie to jara) i poszłam dalej.

Dalej, to znaczy do Muzeum Izraela, które jest po drugiej stronie ulicy. Moim głównym celem były zwoje z Qumran, zwane także zwojami znad Morza Martwego - rękopisy, datowane na I w. p.n.e. i znalezione w latach 1947-1956, które zawierają m.in. pełną Księgę Izajasza, ale także wiele fragmentów większości ksiąg Starego Testamentu i inne pisma, np. dotyczące zasad życia wspólnoty mieszkającej w Qumran.
Pokrywka
Jednak zaczęłam od obejścia reszty muzeum, które jest ogromne... Momentami trochę trudno się w nim połapać, ale ja się gubię nawet stojąc na strzałkach, które pokazują kierunek zwiedzania... W dużej części muzeum jest galerią sztuki, głównie obrazów. Jest też dużo sztuki współczesnej, do której wciąż nie potrafię się przekonać...
Z najciekawszych rzeczy, które mnie tam spotkały, to galeria satyrycznych obrazów Zoji Cherkassky, imigrantki z Ukrainy, dzięki której dowiedziałam się między innymi, dlaczego tak wiele rosyjskojęzycznych ludzi przyjechało tutaj na początku lat 90. - "po prostu" rozpadał się Związek Radziecki, oni musieli walczyć o swoją żydowską tożsamość, a Izrael był przedstawiany jako dość "idealne" miejsce. Obrazki w satyryczny sposób mówią o asymilacji tych imigrantów, którzy dopiero tu na miejscu zaczynali uczyć się hebrajskiego i być "prawdziwymi Żydami".
Drugą, bardzo ciekawą rzeczą, ale bardzo drobną, była wystawa o powstaniu alfabetów, dokładniej o "ewolucji" liter i o tym, jak to się historycznie wydarzyło, że alfabety hebrajski, grecki, łaciński i arabski mają wspólne źródło, a tak bardzo się różnią. Niestety wystawa dała mi tylko ideę i zdjęcie tabelki z literami i czasem ich pochodzenia. Muzeum Ziem Biblijnych dało mi też tytuł książki, od której mogę zacząć czytać na ten temat.
Mykwa z Qumran
W końcu dotarłam do "budynku", w którym jest wystawa o zwojach. Wzięłam budynek w cudzysłów, bo jest to miejsce, którego dach ma wyglądać jak pokrywka dzbanów, w których znaleziono zwoje. W środku na początku idzie się przez "jaskinię", w której są gablotki z opisami tego, jak w ogóle wyglądało życie w Qumran w czasach, kiedy rękopisy zostały napisane i kto właściwie je napisał - najogólniej mówiąc, była to pewnego rodzaju sekta żydowska, której głównymi zajęciami były modlitwy i przepisywanie ksiąg (spłycam, ale mniej więcej tak było). Potem wchodzi się do "dzbana", można tu poczytać więcej o zwojach, zobaczyć kilka z nich (takich oryginalnych), a w centrum znajduje się reprodukcja (właściwie faksymile) zwoju zawierającego Księgę Izajasza, który to zwój ma 734 cm długości (dużo). Nie jest to jednak najdłuższy ze zwojów - ten ma 8,15 m i 66 kolumn tekstu i jest opisem świątyni, ze wszystkimi wskazówkami, jak powinna wyglądać i gdzie co powinno być.
Tam jest faksymile zwoju
z Księgą Izajasza
Spędziłam w tym muzeum około 4 godzin - można by było więcej, ale niestety zamykali... Muzeum jest ogromne i zawiera niesamowitą dawkę wiedzy.

Kolejnym punktem programu był hostel - wyjątkowo inny niż zwykle w Jerozolimie, ale było spoko - spotkałam kobietę z Tajlandii i chłopaka z Szanghaju, dzięki któremu dowiedziałam się, że używają tam dialektu, który jest mieszanką chińskiego (mandaryńskiego) i angielskiego, co więcej jak do siebie piszą, to część słów zapisują swoim "alfabetem", a część alfabetem łacińskim. "Zarządca" hostelu też był spoko i nie mogę nie przytoczyć pewnej "anegdotki" - przy okazji jakiejś rozmowy powiedział, że jest wegetarianinem w 90%, więc zapytałam "czyli co, jesz tylko kurczaka?". Zgadłam - tak dokładniej to pierś z kurczaka. To trochę jak ja, kiedy muszę sobie sama gotować, chociaż ja czasem robię sobie jeszcze wątróbkę.

Qumran
Poniedziałkowy poranek zaczął się wcześnie, prawie spóźniłam się na autobus o 8, ale i tak pojechałam następnym, bo było za dużo ludzi. Autobus zawiózł mnie do Qumran.
W samym Qumran nie ma żadnej wystawy, na której byłyby pokazane zwoje, za to można zobaczyć pozostałości "miasta" (twierdzy?), w której żyli Żydzi - jest sporo mykw, czyli rytualnych basenów, co potwierdza ich religijność. Można się także przejść w kierunku grot specjalnie oznaczonym szlakiem - trochę się przeszłam po pustyni (jedna z rzeczy do zrobienia), właściwie tylko wdrapałam się na jakiś szczyt, a potem zeszłam, bo nie było sensu iść dalej. Trudność szlaku była jak w Beskidzie, więc najbardziej zmęczyło mnie słońce i to, że woda, którą miałam, zdążyła się nagrzać. Nie mniej jednak warto było zobaczyć miejsce, z którego pochodzą zwoje.
Spacer po pustyni

To koniec pierwszej części - w tej części mało przygód, dużo wiedzy, czytania, oglądania i historii - ja jednak nie nazwałabym tej części ani trochę nudną.
Zostawię Was więc w połowie poniedziałku, ciąg dalszy nastąpi.




*Polskie tłumaczenie z Biblii Tysiąclecia, konkretnie stąd - http://www.nonpossumus.pl/ps/

piątek, 23 marca 2018

Mam problem...

Zwykle nie wypowiadam się na tematy "okołopolityczne", bo ani nie mam wystarczającej wiedzy na temat tego, co się dzieje, ani też nie mam za bardzo ochoty dzielić się moimi przemyśleniami publicznie. W dobie facebooka trudno jednak odciąć się od nowości z kraju, nawet jak się jest 4000 km dalej. Znajomi udostępniają, strony udostępniają, wszyscy udostępniają. Memy w internetach też często są o tym, co się właśnie dzieje. 
Dziś też właściwie nie piszę po to, żeby wyrazić swoje zdanie w kwestiach, które ostatnio są "na tapecie". 
Piszę, bo mam problem. 
Problem z patriotami. A właściwie z określeniem kim są, a kim nie są, co powinni robić, czego nie, na jakiej podstawie w ogóle można ich nazwać patriotami. Mam też problem ze sobą, a tak konkretnie, to z określeniem siebie. Jestem patriotką? Byłam? Będę? Chcę być...?
Zadaję sobie takie pytania, bo widzę, co się aktualnie dzieje. Widzę ogromną liczbę artykułów, oświadczeń, wypowiedzi, obrazków, komentarzy. Często nie weryfikuję prawdziwości informacji, bo nie mam na to czasu i chęci, ale też nie wierzę we wszystko co przeczytam. Jednak to, co widzę, niepokoi. 
Wiadomo, w mediach zawsze same najgorsze przypadki, w rzeczywistości pewnie nie jest aż tak źle. Życie się toczy i większość przeciętnych obywateli pewnie nie odczuwa tego wszystkiego na własnej skórze. Być może ja nigdy też nie spotkam się osobiście z niczym negatywnym i będę wiodła spokojne życie. Być może... Ale mimo wszystko pojawia się niepokój, podsycany przez to, co widzę w mediach, nawet jeśli informacje nie zawsze są w pełni prawdziwe. Pojawiają się w mojej głowie pytania - czy mogę wiązać swoją przyszłość z badaniami naukowymi, czy będę mogła prowadzić je rzetelnie, nawet jeśli tematyka może być kontrowersyjna? Czy będę miała dostęp do sensownej opieki medycznej? Czy będę mogła wybierać, robić to, co chcę, a nie to, co ktoś mi narzuci? A chyba najważniejsze z pytań brzmi - czy będę żyła w społeczeństwie, w którym będzie przeważała nienawiść i ciągłe poczucie kategoryzacji ludzi na "lepszych" i "gorszych"...?
To jak to jest z tym byciem patriotą? Czy jeśli staram się poprawnie mówić po polsku i dbam o język, to już jestem patriotką? Jeśli nie niszczę flagi i godła, to wystarczy? Umiem też zaśpiewać hymn, chyba nawet pamiętam wszystkie zwrotki. To jak, jestem patriotką, czy nie? 
Brakuje mi słów na to, co się dzieje. Na ten jad, który wylewa się z każdej strony, na hejt, na kłamstwa. Oczywiście nie odmawiam nikomu prawa do wypowiedzi czy odmiennego zdania, ale niech chociaż będzie to merytoryczne i spójne. A jakby było poprawne gramatycznie i zawierało kropki i przecinki w odpowiednich miejscach, to byłabym wniebowzięta. 

To co z tym patriotą...? 

czwartek, 18 stycznia 2018

A tefach hecher

Nowy rok trwa już prawie trzy tygodnie, a ja nie mogę się zabrać za pisanie posta...
Na szczęście temat jest tak uniwersalny, że można o nim pisać/czytać/mówić/pamiętać zawsze. I właściwie zawsze się powinno...
Bardzo dużo ludzi z okazji nowego roku czyni jakieś, mniejsze lub większe, postanowienia. Nowy rok, nowa ja i te sprawy. Pójdę na siłownię i zacznę się odchudzać. Pewnie brzmi znajomo, jeśli nie z doświadczenia, to z internetów.
Ja w tym roku miałam jedno postanowienie, ale już nie wyszło. Miałam nie pić kawy i energetyków, ale wystarczyły mi chyba 3 dni, żeby sobie jednak odpuścić. Wiem jednak, że trochę źle się zabrałam za zmianę tej części swojego życia. Czy to znaczy, że zamierzam nic z tym nie robić i czekać na początek 2019 roku? W sumie, brzmi jak plan. Ale nie mój... Dlaczego?
Są dwa powody.
Pierwszy znajduje się w nowym, zmienionym, 10. punkcie Prawa Harcerskiego. Harcerz pracuje nad sobą, jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; jest wolny od nałogów. Ta zmiana oczywiście ma swoich zwolenników i przeciwnków, ale ja teraz nie o tym. Tylko o tym, że skoro jestem harcerką, to powinnam tego Prawa przestrzegać, a przynajmniej świadomie dążyć do ideału, który on przedstawia. Szczerze przecież mogę powiedzieć, że nie jestem "wolna od nałogów", bo przecież moja kofeina jest uzależnieniem jak każde inne. Jak na razie mam na koncie tylko kilka niepowodzeń związanych z wyjściem z tego nałogu, ale ciągle pracuję nad tym, żeby to się w końcu udało. Ktoś może powiedzieć - co to za uzależnienie, wszyscy piją kawę i jest spoko. Owszem, jest, dopóki nie jest tak, że MUSISZ wypić kawę/energetyka, bo czujesz się psychicznie źle. Głównie psychicznie, bo nie ukrywajmy, że kofeina w dawkach, które nie rozwalają mi żołądka, już od bardzo dawna nie działa na mnie pobudzająco.
Jest jeszcze podpunkt do pierwszego powodu - Zobowiązanie Instruktorskie. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, niedawno sobie o nim "przypomniałam". Trochę już czasu minęło, odkąd je składałam (w czerwcu będzie 7 lat), ale ostatnio miałam i mam podopiecznych na przewodnika, więc sobie "przypomniałam" co tam jest. Piszę "przypomniałam" w cudzysłowie, bo to nie jest tak, że zapomniałam o tym co tam mówiłam i nie realizuje, tylko raczej na tyle to wrosło w świadomość, że przestałam zwracać uwagę na to, jakie dokładnie tam są słowa. Więc teraz, przy okazji pracy z podopiecznymi, a także przemyśleń dotyczących mojej próby harcmistrzowskiej, przypomniałam sobie, że jako instruktorka zobowiązałam się m.in. do pracy nad sobą.
Drugi powód będzie wyjaśnieniem tytułu posta, a także tego, dlaczego jestem w Izraelu, przynajmniej częściowo, ale chyba jeszcze ani razu o tym nie pisałam.
Będzie już pewnie ponad rok, jak zaczęłam trochę słuchać żydowskiej muzyki. Nie takiej klezmerskiej, żeby nie było. Takiej popularnej, ale żydowskiej. Zaczęło się od chóru, a potem przypadkiem (proponowane na Youtube) trafiłam na 8th Day - amerykański-żydowski zespół, którego mozykę można opisać jako połączenie rocka, popu i alternatywy (nie znam się na stylach muzycznych, ale trafiło w mój gust). No i tak zaczęłam sobie słuchać, oglądać teledyski, potem czytać trochę więcej o zespole, potem o chasydyzmie. Warto dodać, że większość (jeżeli nie wszystkie) piosenki są "z przesłaniem". Fakt, że większość (prawie wszyskie) mówią o Bogu, ale nadal niosą za sobą też uniwersalne przesłanie. W każdym razie tak sobie czytam kiedyś o tym chasydyzmie (tak dokładniej, to chłopaki z zespołu są z Chabad-Lubawicz) i tak sobie myślę - ej, w sumie to jest mniej więcej właśnie to, do czego moje przemyślenia na temat duchowości mnie prowadziły. Nadal nie do końca przemawia do mnie idea osobowego Boga, ale takie rzeczy, że trzeba być dobrym dla innych już bardziej. Bardzo spłaszczam i wiem, że chrześcijaństwo też mówi, żeby być dobrym dla innych, ale to nie wszystko co wyczytałam. Było też trochę o duszy - to jedna z tych "rzeczy", w którą nie tyle wierzę, co uważam, że mogłaby istnieć czy może wyrażam nadzieję na jej istnienie. Dusze w judaizmie (a przynajmniej w niektórych jego wersjach) wędrują i reinkarnują. Niektórzy kabaliści uważają, że było ileśtam dusz żydowskich, które mieli potomkowie Abrahama i te właśnie dusze sobie wędrują. Nie jestem ekspertką od dusz (jeszcze), ale podobno mogą się też dzielić, łączyć, są na różnych poziomach. Ale to nie na teraz. Na teraz (a właściwie na wtedy) przyszła taka myśl - skoro ja w mojej głowie, niezależnie od czegokolwiek żydowskiego, dochodzę mniej więcej do tego, co oni tu piszą, to może dusza istnieje i ja mam żydowską duszę...? Postanowiłam powiedzieć "sprawdzam", pojechać do Izraela i poznać żydowską religię i kulturę bardziej niż tylko w Internecie. To właśnie dlatego tu jestem.
Wszyscy (a przynajmniej tak myslę, że wszyscy) wiedzą, że Żydzi mają całe mnóstwo swoich zasad. Nie tylko Dekalog, ale też 613 Micwot (czyli takich wytycznych, co trzeba robić, albo czego nie można), koszerność i takie tam. Jedne mają więcej sensu, inne w obecnych czasach, mniej. A jedną z tych rzeczy, którą Żydzi robią (a przynajmniej powinni) jest ciągłe uczenie się i poprawianie swojego życia. Fakt, że większość dotyczy nauki Tory i osiągania jedności z Bogiem, ale dlaczego tego nie przełożyć na "zwykłe" życie i nie zacząć się doskonalić...?
Tu mogę przejść do "a tefach hecher" - to słowa w języku jidysz, oznaczające "o tefach wyżej" (hehe). Tefach to jednostka miary wynosząca mniej więcej szerokość dłoni, czyli według różnych źródeł od 8 do 11 centymetrów. To nie dużo. I właśnie o to w tym chodzi, żeby codziennie być o te kilka centymetrów wyżej - czyli coś poprawić w swoim życiu, coś zmienić, czegoś nowego się nauczyć, pracować nad swoimi relacjami z innymi ludźmi. Wiadomo, że nie da się zmienić całkowicie z dnia na dzień, więc warto zacząć od tych kilku centymetrów.

Na koniec jeszcze chciałabym podsumować to wszystko kawałkiem nauki Baal Shem Tova, rabina, jednego z twórców chasydyzmu (w XVIII w. na terenach m.in. Polski).

Bóg powiedział Noemu "Zrób tzohar dla arki*". Słowo arka po hebrajsku to teivah, co oznacza również słowo. Tzohar to coś, co świeci, błyszczy. Więc ten wers może znaczyć "Spraw, by każde Twoje słowo miało w sobie blask."

Bardzo źle mi to brzmi w moim tłumaczeniu na polski... Ostatnie zdanie po angielsku brzmi Make each word you say shine. Dalsza część tej nauki mówi o tym, że słowa będą błyszczeć, jeśli będą wypowiadane tak, by sprawić przyjemność Stwórcy. Ja mam nieco bardziej ateistyczną alternatywę - słowa będą miały blask, kiedy będziemy mówić to, co służy dobru. Co to ma wspólnego z całością posta? Tyle, że nad byciem dobrym człowiekiem też stale trzeba pracować, trzeba się rozwijać i zwracać uwagę na najmniejsze rzeczy, które mogą nie być dobre dla nas czy, przez nas, dla innych i "naprawiać" te rzeczy.

Więc... Make each word you say shine i spróbuj(my) codziennie wspiąć się chociaż o tę szerokość dłoni wyżej.


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie "ukradła" tytułu posta z piosenki - https://www.youtube.com/watch?v=QSSFB5K5JwE (w nagraniu koncertowym, ale na yt nie znalazłam lepszej wersji...)
Dorzucam też link do nauk Baal Shem Tova, do których tu się odwołuje - http://w2.chabad.org/media/pdf/507/ECvc5078543.pdf i przy okazji zainteresowanym polecam materiały na chabad.org.

* polskie tłumaczenie tego kawałka wersetu z Biblii Tysiąclecia brzmi "Nakrycie arki, przepuszczające światło, sporządzisz na łokieć wysokie". W angielskim tłumaczeniu w mojej apce z hebrajskim i angielskim tekstem jest "A light shalt thou make to the ark" - Zrobisz arce światło??

czwartek, 31 sierpnia 2017

Hawdala - oddzielenie

Ogień generalnie jest dobry - możemy się dzięki niemu ogrzać, ugotować sobie jedzenie, oświetlić drogę czy mieszkanie. Ale czasem ogień może być też zły - możemy coś spalić, można nawet kogoś zabić. Od czego w takim razie zależy, czy ten ogień jest dobry, czy zły? Od człowieka, od tego, co z tym ogniem zrobi. Może wykorzystać go dobrze, może wykorzystać źle. Tak samo jest z nadchodzącym tygodniem - to od nas zależy, co z nim zrobimy, czy będzie dobry, czy zły. 


Powyższą myśl usłyszałam będąc w zeszłą sobotę w synagodze od Michaela Schudricha, naczelnego rabina Polski. Było to objaśnienie do jednego z symboli obecnych na uroczystości Hawdali - ognia. 

W tym wpisie najważniejszy jest pierwszy akapit, ale nie obejdzie się bez małych wyjaśnień - w Warszawie od chyba 14 lat odbywa się Festiwal Singera. W ramach tego festiwalu odbywa się wiele przedsięwzięć związanych z kulturą żydowską. M.in. w programie festiwalu znajdują się uroczystości w synagodze, takie jak rozpoczęcie i zakończenie szabatu. One się tam dzieją co weekend, no ale wiadomo - przy okazji festiwalu przychodzą też nie-żydzi, żeby sobie popatrzeć. W zeszłą sobotę zdarzyło mi się być na zakończeniu szabatu, czyli Hawdali. Z racji tego, że było tam sporo osób, które do synagogi nie przychodzą na co dzień, prowadzący tłumaczyli "co się dzieje". 

Warto jeszcze wspomnieć, że dla żydów szabat jest świętem "bardziej" niż niedziela dla chrześcijan, chociaż ma tę samą podstawę - siódmego dnia Bóg odpoczywał po stworzeniu świata. Szabat to czas, żeby tak naprawdę odpocząć, a także jest to pewne oddzielenie "starego" tygodnia od "nowego". Samo słowo Hawdala po hebrajsku oznacza właśnie "oddzielenie" i ta ceremonia jest takim "oficjalnym" zakończeniem jednego tygodnia i rozpoczęciem kolejnego. Udziela się na niej czterech błogosławieństw - wstępnego, nad winem, nad wonnymi ziołami i nad światłem. O tym świetle (ogniu) jest powyższa myśl.  
Wybaczcie ten dość płytki opis, po pierwsze - nie jestem ekspertką, po drugie - nie jest celem tego wpisu zrozumienie szabatu, a tylko choćby minimalne przybliżenie kontekstu powyższych słów.

Najważniejsze jest i tak to, że to od nas zależy, co zrobimy z nadchodzącym tygodniem.

niedziela, 23 lipca 2017

Przeżyj swoje życie tak, żeby ktoś wieczorem mógł podziękować Bogu, że istniejesz

Byłam wczoraj na pogrzebie kpt. Andrzeja Drapelli. Można powiedzieć, że byłam tam "służbowo", choć raczej nie czułam się jakoś specjalnie zmuszona. Nie powiem, że biegłam tam z przyjemnością, bo kto się cieszy z tego, że idzie na pogrzeb...?
Właściwie nie znałam tego kapitana. Może raz widziałam go na oczy, ale nawet nie jestem pewna. Był kapitanem Zawiszy jeszcze zanim się urodziłam i chyba już wtedy był na emeryturze, więc po prostu nie było okazji, szczególnie, że w ostatnich latach chorował i miał problemy z poruszaniem się. Nie będę się tu rozpisywać o samym kapitanie, bo każdy ma google, a ja nie o nim chciałam pisać, a o pewnej refleksji, która mnie naszła, zresztą już nie po raz pierwszy w ostatnim czasie. 
Na pogrzeb przyszło mnóstwo ludzi. Myślę, że ponad 100 osób. Przy grobie był czas na wspomnienia i kilka słów od różnych ludzi. Wypowiadały się osoby, które z nim współpracowały w różnych organizacjach, no i oczywiście rodzina. O zmarłych właściwie nigdy nie mówi się źle, szczególnie na pogrzebach. Jednak tu wyraźnie było widać, że ci wszyscy ludzie mówią z serca, mówią prawdziwie i nie kryją wzruszenia. Kpt. Drapella był kimś ważnym w ich życiu, kimś, kogo warto było słuchać i od kogo się uczyć. 
Powyższe akapity to historia jakich wiele, pewnie z powodzeniem można by wstawić jakieś inne nazwisko i też by działało. Jednak to historia, która po raz kolejny przypomniała o jednej ważnej rzeczy - że codziennie powinniśmy być dla innych ludzi. Codziennie dawać im coś od siebie, nawet coś bardzo drobnego, czasem wystarczy uśmiech czy dobre słowo. Przecież nic nas to nie kosztuje. 
Aktualnie żyjemy w świecie pełnym nienawiści, hejtu, co chwilę ktoś sączy jad w internecie (i nie tylko), wyzywa tych, którzy się z nim nie zgadzają od takich i owakich... Po co...? Może czas to w końcu zmienić i być po prostu dobrym człowiekiem? 

Jak przejrzycie mojego bloga, to pewnie zauważycie, że jest tu sporo muzyki. Zwykle nieprzypadkowej. To nie tak, że wrzucę, bo fajnie brzmi. Zwykle jednak jest tam coś więcej.
Dziś będą dwie piosenki, choć pewnie mogłoby ich być w tym temacie więcej.

Pierwsza jest po angielsku (dla tych, którym trudno zrozumieć co śpiewają, tu jest tekst, można sobie wrzucić w tłumacz), a część jej refrenu pokrywa się z tym, co napisałam powyżej:
So listen brother, listen friend
Just a little smile, a helping hand
And we all will find a loving kind humanity

https://www.youtube.com/watch?v=F_iZJnFyxOY - tu można posłuchać

Druga przypomniała mi się, kiedy pisałam ten post. Jest niezbyt nową polską piosenką. Na pewno znacie: https://www.youtube.com/watch?v=FWZNF4F1r7Y

Jeszcze krótkie wyjaśnienie do tytułu posta. Pochodzi on z książki "Świadectwo skazanych na śmierć - sześćdziesiąt lat później". Autorka książki po 60 latach od zakończenia wojny odnajduje osoby ocalałe z obozów koncentracyjnych, które po wyzwoleniu wypełniały ankietę dotyczącą ich przeżyć i opisuje te ankiety i rozmowy. Jedna z kobiet zapytana o przesłanie dla współczesnej młodzieży przypomniała sobie wiersz, w którym było zdanie, służące za tytuł dzisiejszego posta. Niestety nie wiem, co to za wiersz, ani nawet w jakim był języku...

sobota, 22 lipca 2017

Harcerz jest odpowiedzialny

Postanowiłam wrócić do bloga. Z kilku powodów, o których będzie w innych postach. Wchodzę sobie "na zaplecze" blogspota, patrze - a tu jakaś wersja robocza. Czytam. Czemu ja tego nie opublikowałam...?
Nie wiem, kiedy to pisałam, bo oczywiście zaczęłam edytować zanim spojrzałam na datę... Myślę, że to mogła być wiosna 2015 roku.
Od tamtej pory zdążyliśmy zmienić ostatni punkt obecnego Prawa Harcerskiego (o czym może też kiedyś w końcu napiszę). A ja nadal uważam, że od treści znacznie ważniejsza jest praca z tym prawem, wcielanie go w życie i dawanie przykładu.
Poniżej nieedytowany tekst pisany te 2 lata temu.

Od dłuższego czasu w ZHP wrze dyskusja o projekcie zmian w Prawie Harcerskim. Jako że rozmawiam z moimi harcerzami o wszystkim, postanowiłam zapytać też ich o zdanie, bo to przecież dla nich ma być to prawo. Zaczęło się od gawędy, od wprowadzenia, od tego po co, dlaczego i jak to działa. Porozmawialiśmy o odpowiedzialności i próbowaliśmy znaleźć jej definicję. Później powiedzieliśmy sobie, że "Harcerz powinien być ... , bo ...". No i po takim wstępie powiedziałam harcerzom, że mają zapomnieć dotychczasowe prawo (co w przypadku niektórych nie było trudne ;) ) i napisać w grupkach/zastępach nowe prawo. Jedyną sugestią było to, żeby trzymać się tego, że są punkty, nie koniecznie 10...
(Warto wspomnieć, że mówiliśmy na zbiórce też o składkach, co mogło mieć pewien wpływ na ich pomysły...)
Swoje prawo stworzyły 4 zastępy - 2 harcerskie, pomieszane płciowo (akurat było jakoś mało chłopaków i dużo dziewczyn, więc podzieliliśmy się mniej więcej po równo) i 2 starszoharcerskie - męski i żeński.
Wyniki ich prac są warte zaprezentowania - kto by przypuszczał, że takie "małe dzieci" są w stanie wymyślić tak mądre rzeczy. W poniższych tekstach oczywiście poprawiłam błędy ortograficzne, ale właściwie nic poza tym.

Harcerze, zastęp I:
1. Pomaga komu może.
2. Nie boi się nowych wyzwań.
3. Powinien dążyć do celów, które sobie wyznaczył.
4. Powinien dbać o swoje otoczenie.
5. Powinien wierzyć w sprawiedliwość.
6. Powinien znać zwyczaje harcerskie.
7. Powinien być sprawiedliwy wobec innych.
8. Powinien być gotów walczyć za Ojczyznę.

Harcerze, zastęp II:
1. Harcerz powinien być prawdomówny.
2. Powinien zawsze wykonywać swoje obowiązki.
3. Harcerz powinien być dobry dla ludzi.
4. Harcerz powinien być miły i pozytywnie nastawiony do życia.
5. Harcerz jest odpowiedzialny.
6. Harcerz powinien dbać o porządek.
7. Harcerz powinien być uczciwy.
8. Być obecny na zbiórkach.
9. Harcerz powinien być mądry i czujnie uważać na zbiórkach.
10. Harcerz powinien wierzyć w siebie.
11. Harcerz powinien pomagać wszystkim ludziom.
12. Harcerz powinien być opanowany.

Harcerze starsi:
1. Harcerz powinien być odpowiedzialny.
2. Harcerz powinien znać Prawo Harcerskie.
3. Harcerz powinien płacić składki.
4. Harcerz powinien być przyjazny dla otoczenia.

Harcerki starsze:
1. Harcerz szanuje siebie i innych.
2. Harcerz jest odpowiedzialny.
3. Harcerz dostrzega problemy w swoim środowisku i stara się je rozwiązać.
4. Harcerz stara się wiedzieć więcej niż wie i umieć więcej niż umie. (Tu widać wpływ naszych wcześniejszych rozmów - zapamiętali "najfajniejszy" punkt nowego projektu)
5. Harcerz dąży do samodzielności.
6. Harcerz jest prawdomówny.
7. Harcerz stara się odróżniać dobro od zła.
8. Harcerz jest wolny od nałogów. (Kolejny wpływ wcześniejszych rozmów)
9. Harcerz jest otwarty na innych.
10. Harcerz kocha Polskę!
11. Harcerzem może być każdy.

Po "prawach" harcerzy widać, że wymieniają właściwie te same wartości, co więcej - te, które w obecnym prawie są. Może więc nie potrzeba nam zmian, a lepszej pracy z obecnym prawem? A może, jeśli zmiany, to jedynie kosmetyczne?

wtorek, 25 listopada 2014

Jak przez dwa lata zmieniać granat w zieleń

Czas pędzi nieubłaganie i do dwóch lat trwania mojej próby na stopień podharcmistrza zostało już tylko 4 miesiące. Otworzyłam ją w marcu 2013, prawie rok później niż mogłabym otworzyć, ale stoczyłam małe boje o to, żeby móc mieć takiego opiekuna, jak chciałam. W końcu udało się.

Między zakończeniem próby i otrzymaniem stopnia przewodnika w czerwcu 2011 zdążyłam:
- zrobić obóz drużyny w Czernicy, w połączeniu ze Zlotem Chorągwi w wakacje 2011
- być oboźną na obozie z Białorusinami w Ocyplu
- pojechać na hufcową bazę na zimowisko z drużyną (Po którym powiedziałam, że nigdy więcej hufcowych baz. Nie było źle, ale nie wiedziałam o sprawach organizacyjnych prawie nic. Niby tak miało być, żeby drużynowi zajęli się bardziej programem, ale jakoś wolę wiedzieć co i jak, ile mam płacić i dlaczego tak dużo)
- zorganizować półwędrowny obóz w Wenecji w wakacje 2012, o którym zresztą pisałam szerzej na blogu
- zrobić uprawnienia Młodszgo Instruktora Żeglarstwa (też w Wenecji 2012)
- być komendantką jednego z podobozów na obozie z Białorusinami w Stężycy
- być komendantką trasy wędrowniczej RŚPG w listopadzie 2012
- wraz z 13 GDH zorganizować zimowisko w Zawoi, w Beskidzie Żywieckim w ferie 2013

W drużynie byliśmy wtedy na takim etapie, że mieliśmy silne, całkiem dobrze działające dwa piony - harcerski i starszy. Po zimowisku w Zawoi przejęliśmy także drużynę wędrowniczą z Wejherowa, która stała się naszym pionem. Poza mną był przyboczny (Adam) i właściwie od wtedy już na stałe jest z nami Andrzej (możecie zazdrościć drugiego pełnoletniego opiekuna w drużynie ;) ).

W takich mniej więcej warunkach otwierałam moją próbę. Wtedy tylko drużynowa, z hufcem mająca tyle wspólnego, ile musi. 6 zadań, przewidywany termin zakończenia we wrześniu 2014.

Początkowo chciałam wszystko opisać chronologicznie, dotarłam już nawet w pisaniu do stycznia 2014, ale stwierdzam, że jednak trzeba przemodelować ten tekst i ułożyć go tematycznie. Bo chronologia swoją drogą, ale potem życie harcerskie stało się zbyt wielowątkowe, żeby zapisać je po kolei.

Drużyna
W lipcu 2013 zrobiliśmy 2 obozy - półwędrowny harcerzy w Przerwankach i wędrowny HS-ów w Bieszczadach. Można powiedzieć, że ten drugi nieco przybliżył mnie do realizacji zadania związanego ze zdobyciem małej złotej GOT, ale to mniejsza sprawa. Dużo większe były inne doświadczenia tego obozu - po pierwsze - dziewiczy, całkowicie wędrowny obóz drużyny, jeszcze w dodatku po górach, po drugie - złamana noga, telefony, załatwianie, stres, ale potem - wnioski. Na pierwszym "na papierze" byłam kwatermistrzem, na drugim - wychowawcą. Na obu głównym organizatorem i drużynową. Właściwie komendantką bez potwierdzenia tego na piśmie i bez tej odpowiedzialności prawnej.

Po wakacjach odszedł Adam, zaczęło się działanie z trzema pionami w pojedynkę. W roku 2013/2014 rozwiązaliśmy pion wędrowniczy (na wniosek samych wędrowników), a poza tym "podupadł" nam nieco pion harcerski, przez co przez prawie pół roku mieliśmy wspólne zbiórki (H+HS). Za to w marcu zostały mianowane 4 próbne przyboczne, z którymi praca powoli się rozkręca - zaczynały od małych zadań - zbiórek, zajęć na obozie. Teraz każda ma pewien swój zakres obowiązków i odpowiedzialności za drużynę.

Obóz 2014 też był inny niż poprzednie - pierwszy od dłuższego czasu obóz stały w Siemianach, poza tym w ramach zgrupowania. Wiele przed nami pracy do wykonania przed kolejnym takim obozem... Obóz spowodował również dezintegrację członków drużyny oraz pewne rozluźnienie naszych więzi, które od września odbudowujemy.

Zabraliśmy się także za odbudowę pionu harcerskiego, a tak konkretniej - odbudowę systemu zastępowego. Nowi zastępowi, dużo działania ZZ-tem - materiał na oddzielny wpis na bloga, ale to za jakiś czas, jak już coś wyjdzie (albo nie) i będą wnioski. Przybył nam także jeszcze jeden próbny przyboczny (jakby było ich za mało ;) ).

Hufiec
W mojej hierarchii wartości nieco wyżej niż kiedyś, ale znów nie aż tak wysoko z racji innych Związkowych zobowiązań. Jestem re(d)aktorem hufca, piszę sobie newsy na stronę i czasem wrzucam coś na fanpage na facebooku. Przez to jestem także w zespole promocji hufca (nie wiem od kiedy, chyba zaczęło się od Gdyńskiego Święta Harcerskiego w czerwcu 2013).

Poza tym jestem sobie członkiem Kręgu Instruktorskiego Baribal. Przez jakiś czas planowałam z niego odejść (głównie z braku czasu i chęci angażowania się w jego działania, a być gdzieś na papierku to bez sensu), ale ze względu na ostatnie rozmowy o przyszłej komendzie hufca staram się nieco przestawić Związkowe priorytety, żeby znaleźć na to więcej czasu.

Jeszcze poza tym trochę kłócę się z różnymi ludźmi o różne rzeczy. No, może raczej po prostu dość głośno i bezpośrednio wypowiadam swoje zdanie. O kursach drużynowych, kapitułach, działaniach niektórych instruktorów, które mi nie odpowiadają. Ale z drugiej strony to żadna nowość.

Z założenia nie organizuje hufcowych imprez i raczej nie angażuję się w program hufca (patrz akapit powyżej).

Z hufcem za to związane jest jedno z moich zadań, które (na szczęście) ostatnio zmieniło się na inne.Początkowo miałam zrobić cykl śpiewanek, a po nim festiwal piosenki. Mini-festiwal odbył się na Rodzinnym Zlocie Hufca w czerwcu 2014, ale śpiewanek nie było. Zadanie znalazło się tam trochę ze względu na ówczesną komendę, a właściwie na zadania w niej druhny, która była "wspieraczem" mojej próby. Druhna odeszła z komendy, zadanie jakby straciło ważność, stąd potrzeba zmiany go. Zostałam poproszona o przeprowadzenie dla drużynowych warsztatów z promocji po uczestnictwie w PR Labie - warsztaty mają się odbyć w marcu.

Chorągiew
Jako jedno z zadań w próbie miałam bycie szefem zespołu finansowego JOTT 2013. Szef to bardzo dużo powiedziane, ale dzięki temu zadaniu nauczyłam się pisania wniosków grantowych, m.in. przygotowywałam wniosek do "Młodzieży w działaniu" pod okiem specjalisty. Wniosek ostatecznie niestety nie przeszedł, ale co wtedy zrobiliśmy w tym kierunku, to już nasze. To było jedno z tych zadań, od których zaczęła się moja przygoda z działaniem na poziomie chorągwi, choć wtedy nie zapowiadało się aż tak poważnie - z referatem wędrowniczym znałam się przecież wcześniej całkiem dobrze - byliśmy razem w drużynie wędrowniczej.

I tu następuje cała seria tego, co wydarzyło się w moim instruktorskim życiu poza próbą, co niestety wpłynęło również na to, że próba może nie tyle zdeaktualizowała się, ale mogłaby być lepiej dopasowana.

W połowie 2013 roku zawiązywały się na nowo niektóre referaty w chorągwi.Poszłam na otwarte spotkanie i tak wyszło, że dołączyłam do referatu harcerskiego. W zeszłym roku harcerskim (2013/2014) zrobiłam w związku z tym kilka rzeczy:
- pomagałam prowadzić zajęcia z systemu zastępowego w hufcu Starogard
- na warsztatach między świętami a sylwestrem (2013/2014) prowadziłam te same zajęcia o systemie zastępowym, a także drugie, własne nt. pracy z zuchem trzeciej gwiazdki
- mieliśmy robić chorągwiany turniej zastępów, ale w końcu nie wyszło ze względu na zbyt małą ilość zgłoszeń (3 zastępy, z 2 drużyn, z 1 hufca)
- w wakacje 2014 byłam w kadrze zlotu zastępowych w przybocznych
I nadal działam w referacie. Co więcej - nie wykluczone, że za rok go przejmę. A nic na temat działania na poziomie chorągwi w mojej próbie nie ma...

Co mi dało działanie w referacie?
- Dookreśliłam swoje miejsce w Związku i stronę, w którą chcę podążać - program, z naciskiem na metodykę harcerską. Uważam, że każdy instruktor w którymś momencie powinien określić, w czym będzie się doskonalił. Ja wybrałam program, od kształcenia trzymam się na wyciągnięcie ręki (bo nie da się całkiem rozdzielić programu od kształcenia).
- poznaję różne środowiska i instruktorów z ich przeróżnymi metodami działania
- weszłam w skład Wydziału Programowo-Metodycznego Chorągwi Gdańskiej - ekipy świetnych, inspirujących ludzi, którym chce się roić coś, żeby było lepiej.
- chyba nie do końca przez referat, ale zrobiłam też jedną z rzeczy, z których jestem na prawdę dumna w swoim życiu - na seminarium instruktorskim "Jak nie zgasić napalonych, jak zapalić wypalonych?" robiłam TED-a na temat demotywowania drużynowych. Wstawiłam zresztą tekst z niego na bloga. Uważam to za sukces z dwóch powodów - dlatego, że sama wiem, że przygotowałam się naprawdę dobrze i dlatego, że słyszałam o moim wystąpieniu mnóstwo pozytywnych opinii.

To związanie też nieco z chorągwią - w sierpniu 2013 zrealizowałam niezapisane pół zadania pierwszego na mojej karcie. Czemu niezapisane? Bo w próbie mam tylko ukończenie Kursu Kadry Programowej i Namiestników, ale żeby to zrobić, trzeba i tak mieć ukończony Kurs Podharcmistrzowski. Los wyrzucił mnie na niego do Wielkopolski, co uważam za niesamowitą przygodę i chyba najlepsze przeżycie mojego instruktorskiego życia. Niesamowici ludzie, mnóstwo inspiracji i motywacji. Poza tym znajomości, które pełnią (niestety czy stety?) ogromną rolę w Związku.

W styczniu 2014 miał być Kurs Kadry Programowej, ale niestety z różnych przyczyn się nie odbył i ma być na początku 2015 roku, ale jak nie u nas w chorągwi, to znajdę inny.

Poziom centralny
Jak to się stało, to nie wiem. To wszystko przez te dziwne znajomości ;).

Zaczęło się jakoś w wakacje 2014, kiedy to zadzwoniła szefowa Zespołu Harcerskiego (poznana przeze mnie na Woodbadge) z pytaniem, czy nie chciałabym przejrzeć zadań, które mają być na Ogólnopolskim Turnieju Zastępów (turniej.zhp.pl) dla harcerzy i napisać swoich uwag i poprawek.
Potem już jakoś poleciało. Od września 2014 pracuję w Zespole Harcerskim Wydziału Wsparcia Metodycznego GK ZHP (ZH WWM GK ZHP - tyle dużych literek... Można zrobić skrót skrótu?). Byłam na zbiórce metodycznej w październiku, potem na szkoleniu organizowanym przez Wydział Inspiracji i Poradnictwa GK ZHP dla osób pracujących z programem na poziomie centralnym.

Poza tym oceniam nadesłane raporty z Turnieju Zastępów. Niedługo będę recenzentem materiałów w Centralnym Banku Pomysłów ZHP (cbp.zhp.pl). Jestem moderatorem na zapytaj.zhp.pl (niezła fucha, nie? ;) ) od lutego 2014 i będę do lutego 2015, chyba że będę kandydować znów i mnie wybiorą, to dłużej.

We wrześniu zaakcentowało się także w moim życiu CWM ZHP, dla którego robiłam grę na 80-lecie, a potem wspomagałam organizację rejsu polsko-ukraińskiego. No i tak poleciało dalej, dotarłam na spotkanie wodniaków do Łodzi, a potem na spotkanie Wydziału Wychowania Wodnego GK ZHP i chyba znów się w coś wkręciłam ;) Ale to świeża sprawa i o tym będzie można pisać, jak będzie już wiadomo coś więcej.

A poza tym...
W tym całym opisie mojego aktualnego, harcersko-instruktorskiego życia udało mi sie zawrzeć 3 na 6 zadań mojej próby (no, wspomniałam jeszcze o czwartym). Poza tym zostały mi jeszcze do opracowania dwa materiały - zarys cyklicznych rajdów dla Rad Drużyn oraz poradnik nt. pracy metodą projektową w zespołach harcerskich. Pewnie gdybym miała teraz zastanawiać się nad tematem pracy podharcmistrzowskiej, byłoby to pewnie coś związanego z metodyką harcerską. Ale te dwie prace są już w trakcie obmyślania, a rajd RD nawet już na etapie kilku elektronicznych słów. Poza tym będę i tak pewnie zaangażowana w tworzenie kilku związkowych materiałów (szykuje się poradnik dla namiestników i szefów referatów, a także program wychowania wodnego).

Co wynika z mojego podsumowania? Na razie tyle, że czasem zdarza się, że próba robi swoje, a życie robi swoje. I potem trudno znaleźć dobre rozwiązanie - robić nie do końca dopasowaną do obecnych realiów próbę? Zmieniać większość zadań? Zamknąć próbę negatywnie i otworzyć nową?
W moim przypadku chyba wyszło trochę rozwiązanie pierwsze... Aktualnie próbę mam przedłużoną, ku memu niezadowoleniu, chyba do marca albo kwietnia, ale nadal mam nadzieję, że uda mi się uporać z nią wcześniej. Bo już od jakiegoś czasu moja próba nie spenia swojej roli - nie jest wyzwaniem i nie motywuje.
Za to motywuje działanie. Motywuje coraz lepiej działająca drużyna. Motywują spotkania na poziomie centralnym, ludzie i wymiana doświadczeń z nimi. Motywuje możliwość kreowania rzeczywistości wokół siebie i możliwość wspierania innych. A to bardzo ważne.

PS. Ostatnio usłyszałam, że pewien mój tekst jest za długi, z czym absolutnie się nie zgadzam, dlatego sobie szydzę i dlatego sprawdziłam ilość znaków. Tamten miał ich 1500, ten ma ponad 12000.

wtorek, 3 czerwca 2014

Rzecz o demotywowaniu drużynowego

W lutym czy marcu tego roku zostałam poproszona o wygłoszenie TED-a na temat demotywowania drużynowego podczas seminarium instruktorskiego "Jak zapalić wypalonych, jak nie zgasić napalonych?", które było na początku kwietnia. TED wyszedł mega, mam nadal nadzieję dostać nagranie. Tym czasem jednak tekst, który napisałam sobie przed wystąpieniem, przerobiony nieco do wersji "do czytania", a nie w wersji scenariuszowej.
W kwestii wyjaśnienia zielonych i czerwonych strzałek, które pojawiają się w tekście - podczas mówienia przyklejałam kolejne karteczki przy odpowiednich strzałkach na schemacie z drużynową, którą częściowo widać na zdjęciu.


Drużynowy. Prawdopodobnie najważniejsza osoba w naszym Związku. Gdyby nie drużynowi właściwie nie byłoby harcerstwa, bo to oni prowadzą podstawowe jednostki organizacyjne. Według statystyk przeciętny drużynowy pełni swoją funkcję niecałe 2 lata. Dlaczego tak się dzieje? Co wpływa na drużynowych?
Po rozmowach z instruktorami z różnych środowisk stworzyłam schemat. Schemat, który jest pewnym wyolbrzymieniem niektórych problemów. Nie wszystkie z nich dzieją się w każdym środowisku, nie wszystkie z takim natężeniem. Ale są i należy o tym mówić głośno.
Na drużynowych oddziałują rzeczy pozytywne – takie jak sukcesy, nagrody, system motywacyjny w hufcu, czy wymiana doświadczeń z innymi instruktorami podczas kursów i warsztatów. To nasze zielone strzałki. Mamy też kilka czerwonych, o których chciałabym powiedzieć trochę więcej.

Co wpływa na naszego drużynowego?

Problemy w drużynie – wszystkie te mniejsze i większe. Np. kłótnie pomiędzy członkami drużyny, brak osób, którym możemy powierzyć funkcje, przygotowanie i zatwierdzenie obozu, mało ludzi, słaby nabór, nie wyjdzie nam zbiórka, biwak, stanie się jakiś wypadek losowy, np. harcerz złamie nogę. Można tego mnożyć w nieskończoność. Z częścią drużynowy radzi sobie sam dość szybko, z innymi trochę dłużej, z innymi nie wie co zrobić i czasem udaje, że ich nie ma. Niektóre rozwiązane problemy zmieniają się w sukcesy i motywują. Ale nie wszystkie. A im jest ich więcej, tym bardziej są „czerwone”.
Wrażenie niesprawiedliwości – to wtedy, kiedy patrzymy na innych, porównujemy się do nich i mamy wrażenie, że oni mają lepiej. Np. kiedy jeden drużynowy realizuje zadania bardzo podobne jak inny drużynowy i ten drugi dostaje nagrodę (choćby pochwałę w rozkazie), a pierwszy nie to ten pierwszy ma wrażenie, że coś tu jest nie tak. Nawet jeśli ten pierwszy obiektywnie rzeczywiście na nagrodę nie zasłużył, to nie wie, co zrobił źle, bo przecież nikt mu o tym nie powiedział.
Dezorientacja i poczucie niepewności – wtedy, kiedy widzi, że „u góry” dzieje się coś niedobrego. Nawet w najlepszych komendach hufca pojawią się czasem pewne spięcia. I wiecie co? Drużynowy często to widzi. Niby to na niego nie wpływa bezpośrednio, z drugiej jednak strony – nie wie, co się dalej stanie. Czy będą jakieś zmiany w komendzie i będzie teraz współpracował z kimś innym niż do tej pory? Czy może w ogóle zbierze się Zjazd Nadzwyczajny, wybierze całkiem nową komendę, która zacznie realizować plany „po swojemu” (bo każda komenda robi to „po swojemu”)? Jak to będzie „po swojemu”? Co nas czeka za rok? Co mam planować z drużyną, żeby dopasować się do sytuacji w hufcu? To tylko kilka z potencjalnych pytań...
Wymaganie zamiast wspierania – są rzeczy, z którymi drużynowy sobie nie radzi, których musi się nauczyć. Np. organizacja obozu czy zimowiska. Nie będziemy przecież oczekiwać od 16-letniego drużynowego, że podczas organizacji swojego pierwszego większego wyjazdu będzie dokładnie wiedział co i na kiedy ma przygotować. Albo jeśli drużynowy wyśle nam plan pracy, który jest słaby to co zrobić – powiedzieć, żeby poprawił i już? Jeśli wiemy, że nie działa u niego system zastępowy to co? Zastanówmy się, czy nasze (osób, które powinny wspierać drużynowych) komunikaty są bliższe „Masz to zrobić” czy „Jak mogę Ci pomóc?”.
Brak feedbacku – takiego sensownego, konstruktywnego feedbacku. (W następnym zdaniu padną 2 niecenzuralne słowa, służą one uwypukleniu sytuacji i oczywiście nie powinno się ich używać). Trzeba potrafić powiedzieć człowiekowi zarówno „to było zajebiste”, jak i „stary, zjebałeś”. Oczywiście powinno to zostać poparte jakimiś konkretami. Jeżeli drużynowy nie wie, jaka jest opinia jego przełożonych o jego działaniach, to czasem nie wie, jak ma się do nich ustosunkować. I w ogóle, skąd ma wiedzieć, że zrobił coś źle albo dobrze, jeśli nikt mu tego nie powie? Z drugiej strony nie dojdźmy do etapu „Zrobiłeś coś źle, bo zrobiłeś to inaczej, niż ja myślę i masz myśleć jak ja”.
Brak inspiracji – ilu z nas potrafi powiedzieć, czym jest inspiracja i czym różni się od motywacji? Rzeczywiście, inspiracja wpływa na poziom naszej motywacji, ale są to dwie różne rzeczy. Jeśli drużynowy prowadzi swoją jednostkę od kilku lat (powiedzmy, że dłużej niż przeciętne 1,7 roku) to gdzie ma szukać nowych pomysłów? Albo jak ma realizować swój pomysł, jeśli się komuś z niego zwierzy i usłyszy „jo, jak chcesz, to sobie rób”? Albo nawet inaczej – drużynowy chce coś zrobić (np. imprezę w hufcu), bardzo chce, ale jego inicjatywa jest hamowana, bo tak. I już.
Niedociągnięcia w hufcowych imprezach – takie zdarzają się najlepszym. I czasem jest to krótka obsuwa, a czasem drużynowy musi ingerować w plan biwaku np. bawiąc się i pląsając ze swoimi harcerzami, bo nic się nie dzieje. A to powoduje u drużynowego rozczarowanie – przecież Ci ludzie, którzy mają mnie wspierać i kontrolować moje działanie, którzy są „ekspertami”, zrobili coś słabo. Ich autorytet spada wtedy na ziemię z wielkim „jebs”.
Brak autorytetów – co wiąże się trochę z poprzednim punktem, ale warto się też zastanowić, czy budujemy swój autorytet wśród drużynowych? Czy może to jest tak, że, może nie do końca świadomie, uważamy, że autorytet nam się „należy”? Młody drużynowy, który zaczyna działanie w hufcu w życiu nie przyjdzie ze swoim problemem do starucha z komendy, którego widział dwa razy w życiu. Poza tym – drużynowy widzi więcej, niż by się komukolwiek wydawało. Drużynowy widzi nawet więcej, niż sam myśli, że widzi – po prostu nie zawsze jest tego świadomy, ale jego podświadomość wyjdzie na wierzch, kiedy będzie to potrzebne...
Problemy osobiste – bo drużynowy jest też człowiekiem. Ma rodzinę, w której czasem pokłóci się z rodzicami o cokolwiek. Albo druhna drużynowa rozstanie się ze swoim chłopakiem i będzie to bardzo przeżywać. Albo szkoła, matura, studia, sesja – każdy różnie sobie radzi z takimi sprawami. A jest ich poza harcerstwem mnóstwo.
Rzeczywistość – a właściwie bardzo twarde zderzenie z nią. Większość z nas ma tendencje do tworzenia sobie w głowie idealnych scenariuszy, które są po prostu złośliwymi bestiami i potrafią się nie sprawdzić. I tyle.
I jak nam się nagromadzi takich czerwonych strzałek i takiej goryczy w naszej czarze na tyle dużo, że mamy już menisk wypukły, to wystarczy byle kropelka, żeby tę czarę przelać...
Dużo mówimy o motywowaniu kadry. A nic nie mówi się o demotywowaniu. I chyba dość rzadko patrzy się na to, co tak naprawdę działa na drużynowego. Naszym zadaniem, jako osób, które mają wspierać, jest zrobienie tak, żeby zielone strzałki były większe i silniejsze niż czerwone.

poniedziałek, 13 maja 2013

Trochę zdrowia


Przeglądam sobie mojego bloga i trafiłam na noworoczne postanowienia. Minęła już 1/3 roku, więc trochę rachunku sumienia :)
1. Nie będę pić tych okropnych energetyków i napojów gazowanych (nie wliczając w to gazowanej wody).
Energetyki wypiłam, całe 3 sztuki. Chyba tylko po to, żeby sobie przypomnieć jak bardzo nie działają.

Piję wodę, a ostatnio dużo soków. Soki są super. Wcale nie chce mi się po nich spać i nie zapychają aż tak bardzo żołądka, żeby nie chciało się jeść. Nie znam się na tym, ale coś tam słyszałam, że picie soków nawet wpływa pozytywnie na apetyt. A Coli konsekwentnie odmawiam.
2. Nie będę jeść chipsów.
I nie jem. No dobra, zdarzyło mi się raz zjeść kilka. Ale nie kupuję i nie zjadam całej wielkiej paczki. I jakoś nie jest mi z tym źle. Zawsze są flipsy, jakby co.
3. Dokończę próbę na HR.
Poprzedni post mówi o tym, że raczej ją zakończyłam niż dokończyłam, niestety. Ale nie wyklucza to zrobienia części zawartych tam zadań.
4. Zrobię 6 Weidera.
Nadal ją zrobię. Właściwie mogłabym zacząć jakoś jutro z rana.
5. Poprawie kondycję na tyle, żeby na basenie robić 60 długości, a nie 40.
Powinnam tu raczej napisać "dotrę na basen"...
6. Popłynę w jakiś rejs na morzu.
Nie sądziłam, że się tak szybko spełni, ale udało się. Gdynia - Liepaja - Gdynia, Zawiszą Czarnym. Krótko, bo od czwartku do niedzieli, ale zawsze to coś. Teraz trzeba dojść do CWM-u i zrobić trochę godzin wolontariackich :) A fotka z rejsu. Z fokmasztu Zawiasa. Nie byłabym sobą, gdybym nie wlazła na górę.
7. Utrzymam moje zdrowie w takim stanie, żeby móc regularnie oddawać krew.
Przytyłam ostatnio 1,5 kg, jeszcze 3,5 i będzie dobrze ^^
8. Zapamiętam, że herbata to nie jedzenie.
Prawie w ogóle nie piję herbaty. Mam soczki, kakao, wodę. Herbatę piję czasem, ale już nie na litry.

No i ostatnie, nie do końca realne postanowienie znalezienia sobie męża podąża w stronę urealniania. Nie żeby od razu męża, ale... ;)

Generalnie jest mi trochę zdrowiej. Staram się jeść normalnie i nawet się udaje. Jest dobrze :)

wtorek, 19 lutego 2013

Czasu nie mam za nic

Nie wiem czy to jest to, co chciałam napisać wcześniej, ale przypomniało mi się dziś jak jechałam na uczelnię i słuchałam muzyki (http://w893.wrzuta.pl/audio/3vokIu008Qw/czasu_nie_mam_za_nic - z tekstem jednego z moich mistrzów, Edwarda Stachury)
Przypomniało mi się, jak bardzo uniwerek marnuje czas studenta. Na przykład teraz mam 2,5-godzinne okienko, podczas którego właściwie nie wiele konkretnego zrobię, bo to za krótko. To znaczy gdybym nie wzięła komputera to nic bym nie zrobiła. Tak to jest szansa, że wykorzystam te 2,5 godziny w jakiś bardziej sensowny sposób, chociażby pisząc na blogu. W poprzedni semestrze jeszcze udało mi się zmarnować dodatkowych kilka godzin na lataniu po wpisy do wykładowców po całym Trójmieście, bo przecież nie można mieć wszystkich wydziałów w jednym miejscu.
A, przypomniało mi się, o czym miałam napisać.
Właśnie w tym czasie, kiedy uniwersytet postanowił zmarnować trochę mojego czasu, ja postanowiłam mu na to nie pozwolić i stworzyłam sobie plan dnia. Co do godziny, z tym że istniał w harmonogramie przedział czasowy pt. "czas na wszystko", gdzie owe "wszystko" było wypisane w oddzielnej liście. W trakcie dnia oczywiście plany trochę się pozmieniały, ale ogólnie wyszło całkiem pozytywnie. Wiem przynajmniej co zrobiłam, czego nie. Drugiego dnia podobnie, trzeciego za to stwierdziłam, że nie mam aż tak dużo do zrobienia, więc lista nie będzie mi potrzebna. I ten trzeci dzień był straszliwie rozlazły. Miałam wrażenie, że nie zrobiłam absolutnie nic, że powinnam zrobić coś innego, a nie to co właśnie robię. Dziwne uczucie.
Dziś też nie mam listy, dzięki czemu jestem zła na uniwerek za marnowanie mojego czasu, ale mam jeszcze godzinę, więc obejrzę sobie NCIS, jeśli internet pozwoli.

poniedziałek, 26 listopada 2012

Czy tylko ja mam takie plany?

Jako że ostatnio nie piszę jak nie mam nic do napisania, to pojawiam się dopiero teraz.
Od pół roku mam oficjalnie przybocznego (no dobra, jutro będzie równe pół roku). Co prawda rozkaz był tylko potwierdzeniem stanu faktycznego - coś jak zaznaczanie na fejsbuku "w związku" jak się już z kimś jest ;)
Patrząc na to, co przez to pół roku się wydarzyło i pozmieniało w drużynie, to aż ciężko uwierzyć, że to tylko tyle czasu. Niesamowity obóz pół-wędrowny, powstanie pionu starszoharcerskiego o pewnej odrębności (i pięknych chustach, o których HS-y na razie tylko słyszały) i nabór do niego, powstanie nowego zastępu zastępowych, zastępy zaczynają działać, zbiórka drużyny raz w miesiącu i wymyślanie wszelkich możliwych sposobów uzyskania pieniędzy na działalność drużyny... A do tego plany - szykuje się niezły biwak robiony przez naszych zastępowych, świetne zimowisko, obóz w wersji hard (w pełni wędrowny, o ile znajdziemy kierownika, ale nie będę zdradzać na razie szczegółów, bo jeszcze się nie uda...). Między tym wszystkim jeszcze to, co najważniejsze - rozmowa. Dużo. I to co tylko troszkę mniej ważne, a często zapominane - metodyka.
I znów będzie o metodyce. Rok i 6 dni temu powstał pierwszy wpis na tym blogu, dotyczący właśnie pracy w metodykach i młodej kadry (jakby ktoś chciał przeczytać to klik tutaj).
Dziś trochę inaczej, dziś o stanie faktycznym, moich planach i plotkach (które, mam nadzieję, mają jak najmniej prawdy w sobie, ale obrazują negatywne, moim zdaniem, przykłady).
No to jest tak. Aktualnie w drużynie mamy 18 osób. W niektórych środowiskach to mało, w niektórych dużo, u nas akurat chwilowo jest to szczyt ilości aktywnie działających osób. Chwilowo większość to pion SH (10 osób).
Najstarsze nasze "dzieci" są w drugiej klasie gimnazjum, czyli mają po 14 lat. Są zastępowymi zastępów harcerskich (no, dwójka jest, trzecia nie, ale kto wie, co się stanie... ;) ). W innej drużynie dziewczyny w ich wieku są przybocznymi - to akurat fakt, nie plota. Nasi o tym oczywiście wiedzą. Można by się spodziewać po nich reakcji takiej: "No jak to, one są przybocznymi, a my nie możemy? Ale głupio!". Ale nie, oni sami stwierdzili, że nawet by nie chcieli, bo to za wcześnie. No właśnie, jeszcze co najmniej rok do tego, żeby dostać zieloną beczkę próbnego przybocznego. Na razie uczą się jak zorganizować biwak, wszystko z naszą pomocą, podpowiedziami i czuwaniem, żeby w razie czego wszystko ratować na ostatnią chwilę. Na szczęście na razie się na to nie zapowiada.
A tu negatywny przykład z ploty - drużynowa każe przygotować przybocznym w wieku 16 i 15 lat samodzielnie zimowisko i całkowicie im to zostawia, nie interesuje się. Dodatkowo zaczyna myśleć o przekazaniu drużyny, bo przecież ma już prawie 19 lat i od dwóch prowadzi drużynę i przyszedł czas na działanie w hufcu. Koniec plotki. Mam nadzieję, że nie prawdziwa, ale nie znam sytuacji. Ale nawet jeśli nie prawdziwa, to ładnie obrazuje to, czego być nie powinno.
Dalej to już może o planach. Nie spodziewam się oddać drużyny wcześniej niż za trzy lata. Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy i komu, wiele zależy od tego, czy będzie na to gotowy/a. I za trzy lata przy SP10 będzie działał szczep, z pełnym ciągiem wychowawczym - gromadą, drużynami harcerską, starszoharcerską i wędrowniczą.
A dla dzieciaków będzie normalne, że:
- zuch na przełomie III i IV klasy idzie do drużyny, a nie "chce zostać w gromadzie" (nie-plota)
- harcerz na przełomie podstawówki i gimnazjum idzie do drużyny starszoharcerskiej, a nie zostaje przybocznym (kolejna nie-plota)
- harcerz starszy zostaje wędrownikiem i ewentualnie zaczyna swoją przygodę z kadrowaniem, "nie da się" zostać przybocznym jako HS (ewentualnie próbnym pod koniec wieku SH)
- stopnie harcerskie zdobywa się w wieku, dla którego są przeznaczone i "nie da się" inaczej
- "nie da się" też otworzyć próby na naramiennik przed skończeniem gimnazjum, a HO przed zdobyciem naramiennika
- samarytanka/ćwik to stopień, na który można ewentualnie pomóc w imprezie szczepu czy drużyny, a nie zorganizować hufcową (no i następna nie-plota), a ten stopień to nie "małe pwd" polegające tylko na organizowaniu czegoś dla innych i zdobywaniu uprawnień
- 16 lat to nie jest idealny wiek, do otwarcia pwd - można, ale po co?
- drużynowy/przyboczny nie robi imprez hufcowych (a przynajmniej nie każdą możliwą i w całości, czasem jakąś część - ok, przecież trzeba się tego kiedyś nauczyć) - przecież zajmują się tym instruktorzy hufca (namiestnictwa, szczepu), którzy oddali już swoje drużyny.
- drużynę prowadzi instruktor, nie samarytanka/ćwik (nie-plota), ewentualnie osoba, która kończy już zdobywanie swojego stopnia instruktorskiego
- na kurs drużynowych idzie się mając 16 lat i IV stopień, a nie 14 lat, II stopień i podobno otwarty IV
- po HO zdobywa się HR i jest to taki sam stopień, jak każdy inny

No, to się rozpisałam. Tak na podsumowanie... Nie przyspieszajmy rozwoju naszych harcerzy, bo zrobimy im tylko krzywdę - szybciej zaczną, to szybciej skończą, bo im się znudzi. A jeśli będziemy co raz bardziej obniżać wiek drużynowych, to w końcu okaże się, że teraz "drużynowym" jest osoba, którą jeszcze niedawno nazwałoby się zastępowym. Zacznijmy w końcu trzymać poziom wysoko, a nie obniżać go jeszcze mocniej... Ale! Nie przeginajmy też w drugą stronę, nie dawajmy ludziom czekać zbyt długo np. na objęcie funkcji, bo stwierdzą - skoro jej nie dostaje, to bez sensu i idę sobie. Po prostu uczyńmy normalnym pewne dolne granice wieku, stopnia - wtedy nawet najbardziej ogarnięte osoby będą wiedziały, że mogą zostać przybocznymi czy drużynowymi, ale nie teraz. I będzie to dla nich normalne.

wtorek, 2 października 2012

Obrzędowe łamanie regulaminu

Wróciłam ze Spartakiady Harcerskich Drużyn Wodnych i Żeglarskich. Duża, chorągwiana impreza, ponad 300 osób. I jakoś tak mnie naszło na napisanie kilku słów o tym, jak harcerze wyglądają.
Z racji tego, że impreza specjalnościowa, większość to szczęśliwi posiadacze wodnych mundurów. Wodniacy mają czasem tak, że mówią, że nie ma regulaminu mundurów wodnych - tak naprawdę istnieje jakiś, sprzed wielu lat, który nie do końca jest już aktualny, a większość jest już zwyczajowa. I gdyby rzeczywiście wszyscy trzymali się zwyczajów, byłoby super.
Teraz mówię o mundurze wodnym - trzecie miejsce w rankingu zajmują dziewczynki w samych leginsach do munduru, ale nie można im się zbytnio dziwić, skoro drużynowa tak chodzi. Nie mniej jednak - leginsy to nie spodnie! Miejsce drugie zajmuje dziewczynka w spodniach dresopodobnych, koloru chabrowego z różowym, szerokim paskiem po boku nogawki. No cóż, ktoś nie dopilnował. Miejsce pierwsze, nie ze względu na wygląd, a komentarz drużynowego (?) - moro do granatowego munduru - "U nas w drużynie jest taka obrzędowość. Ja się Twojej obrzędowości nie czepiam".
I to właśnie skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, czy obrzędowość powinna usprawiedliwiać łamanie regulaminu. Akurat o spodniach regulamin wodny mówi tyle: "Do bluzy żeglarskiej harcerze i harcerki noszą długie granatowe spodnie". Może granatowe spodnie ciężko jest dostać (spodnie inne niż dżinsy). Ale co stoi na przeszkodzie, żeby założyć czarne? Niby też niezgodne z regulaminem, a wyglądają dużo lepiej...
Regulamin został po coś napisany. Według mnie nie po to, żeby uprzykrzyć nam życie, raczej po to, że skoro już jesteśmy organizacją mundurową, to powinniśmy wyglądać choć trochę podobnie. Trochę tak jak w wojsku, do którego tak bardzo próbują się upodabniać ci noszący nieregulaminowe moro do munduru (regulamin "lądowy" mówi o jednolitych spodniach).
O ile lepiej wyglądaliby harcerze, gdyby ich drużynowi zadali sobie trud przeczytania regulaminu umundurowania i zastosowali się do niego. Najpierw drużynowi, a potem harcerze.
I na koniec, żeby nie było, że czepiam się tylko wodnych mundurów. Dżinsy do lądowego munduru (blee) pominę. Niezaprzeczalnie pierwsze miejsce zajmuje moja harcerka (nadal nie wiem, dlaczego nie wypraszam takich ludzi ze zbiórek...), która nie miała mundurowych spodni (wyrosła - zdarza się) i założyła ledżinsy. Jeśli ktoś nie wie - takie trochę grubsze leginsy z nadrukiem jakby były dżinsowymi spodniami. Na gumce oczywiście.

piątek, 14 września 2012

Więcej słuchaj niż mów

Dla niektórych zaczął się rok szkolny, ja niby mam jeszcze wakacje, a mój kalendarz się zapełnia. Planuję zaangażować się w tym roku w realizację kilku większych przedsięwzięć, co powoduje, że czasu na nudę jest mało, gdzieś będzie trzeba upchnąć studia, a do tego wszystkiego pracuję razem z innymi ludźmi. Z ludźmi z różnych środowisk, którzy mają różne podejścia. A dziś będzie o tym, czego najbardziej nie lubię. Co ciekawe zdarza mi się to tylko w jednym z tych wielu środowisk i to w tym, w którego najciężej mi zrezygnować, ze względu na pewne zobowiązania.
O co chodzi? O niesłuchanie. O to, że są osoby, którym można tłumaczyć swoje zdanie na trzy różne sposoby, a one nie próbują nawet udawać, że posłuchały któregokolwiek tłumaczenia. Rozumiem, że można się z kimś nie zgadzać, mieć odmienne zdanie i je przedstawiać. To przecież naturalne. Ale jeśli ktoś próbuje przedstawić swoje zdanie i jednocześnie wie, że w ogóle nie jest ono brane pod uwagę, to gdzie sens rozmowy? Po co pytać człowieka o zdanie, skoro i tak niezależnie od tego co powie, mamy gotową odpowiedź? To trochę tak, jakby iść np. na egzamin mając odpowiedzi na jakieś pytania i wpisać te odpowiedzi, nawet kiedy pytania będą zupełnie inne.
Może tylko ja tak mam i może to źle, ale kiedy widzę, że wyraźnie ktoś nie słucha co mam do powiedzenia choć powinien (np. sam pytał...), to mnie zaczyna jakby mniej obchodzić jego zdanie. Nie to, że nie słucham. Nie odebrałabym sobie przyjemności znajdowania niespójności w wypowiedzi (co często zdarza się ludziom, którzy nie słuchają - mylą się we własnych "zeznaniach"). Ale dlaczego miałabym słuchać człowieka, który nie słucha mnie? Czy rozmowa nie polega na tym, że ludzie słuchają się nawzajem i odnoszą się do swoich wypowiedzi? Oczywiście nie do jednego, pojedynczego, źle użytego słowa czy wyrażenia, w ogóle zmieniając temat i pokazując postawę "Jak w ogóle możesz tak myśleć", kiedy tak naprawdę biedny człowieczek wcale tak nie myśli, tylko nie wiedział jakiego słowa użyć, użył trochę nieodpowiedniego i został źle zrozumiany. No i po co wtedy spytać, co miał na myśli, przecież lepiej się przyczepić.
Niestety, świat pełen jest ludzi, którym chyba wydaje się, że są najmądrzejsi i ujmą na honorze byłoby posłuchać kogoś, kto śmie twierdzić inaczej. Na szczęście jest też mnóstwo ludzi, którzy potrafią posłuchać, okazać zainteresowanie, dopytać się, jeśli nie są pewni, czy dobrze zrozumieli rozmówcę. Warto słuchać. Może czyjeś słowa nie zmienią od razu całego naszego światopoglądu, ale dadzą nam np. obraz tego, jak inni widzą pewne sprawy. Może inaczej niż my?

poniedziałek, 2 lipca 2012

Kompromis

Opowiem Wam dzisiaj bajeczkę. Usiądźcie wygodnie i nie zamykajcie oczu, bo nie będziecie mogli czytać. 
Wyobraźcie sobie Człowieka, który ma dużo chęci do pracy, mnóstwo pomysłów i jeszcze więcej energii, żeby je zrealizować. Człowiek ów wyraża swoją chęć zrobienia pewnego Przedsięwzięcia i mówi o tym Przełożonemu. Na początku jest wszystko jak trzeba, wszyscy są zadowoleni, i Przełożony, i Człowieczek. Człowiek wie, jakie Przeszkody mogą go spotkać na drodze do realizacji Przedsięwzięcia, dlatego zawczasu mówi o nich Przełożonemu po to, aby móc je w razie czego szybko wyeliminować.
Wszystko jest cudownie. Przełożony zgadza się, by Człowiek był odpowiedzialny za Przedsięwzięcie. Czasu do realizacji jest jeszcze wiele, ale Człowiek powoli zaczyna kompletować Zespół, w którym dobrze będzie mu się pracowało i na który będzie pewien, że może liczyć.
W pewnym momencie pojawia się Przeszkoda. Dokładnie taka, jaką Człowiek przewidział. Przełożony, mimo wiedzy w jaki sposób Człowiek chciałby rozwiązać taką sytuację, wraz z zespołem Doświadczonych Osób ustala Kompromis, a potem umawia się z Człowiekiem, żeby mu o nim powiedzieć.
Odbywa się spotkanie, na którym Człowiek dowiaduje się o Kompromisie. Ma możliwość przemyślenia go, ale zmiany już nie. Już za późno. Zastanawia się jakiś czas i stwierdza - "To przecież żaden Kompromis. To zupełna zmiana Mojego pomysłu bez zapytania Mnie o zdanie!". Człowiek postanowił powiedzieć Przełożonemu, że widzi dwa wyjścia z sytuacji - albo Przeszkoda zostanie rozwiązana w sposób, który ustalili wspólnie przed jej powstaniem, albo Człowiek rezygnuje. Przy okazji Człowiek próbował wyjaśnić, dlaczego nie zgadza się na taki Kompromis, czy raczej dlaczego nie jest on Kompromisem.
Przełożony wybrał opcję drugą. Stwierdził, że w takim razie nie ma sensu, żeby Człowiek organizował Przedsięwzięcie, bo przecież Doświadczone Osoby ustaliły Kompromis, skoro Człowiek się nie zgadza, to nie. Każda próba wytłumaczenia Przełożonemu, że Kompromis wymaga tego, żeby przedyskutowały go wszystkie zainteresowane strony (w tym Człowiek, który za Przedsięwzięcie miał być odpowiedzialny), była odrzucana słowami: "bo nie było czasu na konsultację", "bo myślisz tylko o sobie".
Człowiek pomyślał tylko - "Czy zawsze już będzie tak, że osoba, którą czyni się odpowiedzialną nie będzie mogła w kluczowych sytuacjach wypowiedzieć swojego zdania, bo będzie to oznaczało, że myśli tylko o sobie, a wszystkie ważne decyzje, które jej dotyczą będą podejmowane przed Doświadczone Osoby?"
Człowiek miał chęci, pomysły i energię. Teraz pozostały mu tylko pomysły, ale nie ma ani energii, ani chęci by choćby powiedzieć o nich głośno.

Chciałabym, żebyście po przeczytaniu tej enigmatycznej bajeczki przypominali sobie w każdej sytuacji, w której będziecie potrzebowali rozwiązania, że z kimś się na coś umówiliście, że ustalaliście z jakąś osobą jedną wersję, a ta osoba zaufała w to, że tak właśnie będzie. Nie róbcie jej tego i nie zmieniajcie wszystkiego za jej plecami. Porozmawiajcie. Ciężko jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której nie byłoby czasu na krótką rozmowę. Trzeba rozmawiać i słuchać. Słuchać nie tylko pojedynczych słów, ale także wypowiedzi jako całości...

środa, 30 maja 2012

Wielkomiejski surwajwer na bogato

Długo już nie pisałam, bo ostatnio większość mojego czasu pożerało kilka spraw. Sejsa, czyli coś o czym w tym poście nie będzie, oraz konferencja New Trends in Project Management. Co to za konferencja i co ja tam robiłam? Nadal nie jestem tego pewna. ;)
Kilka miesięcy temu znajomy rzucił hasło - robimy konferencję, szukamy ludzi, którzy pomogą. No to co, trzeba było iść. Spotkania, spotkania, maile, planowanie, wykonywanie, więcej maili, telefony, strona, spotkania, nadal maile... To wszystko po to, żeby 40 uczestników mogło przez 2 dni uczestniczyć w zajęciach 13 prelegentów i posłuchać o nowych trendach w zarządzaniu projektami, o agile, soft skills i o tym podobnych rzeczach, których nawet nazw nie znam.
Skoro duża konferencja, kilku prelegentów i uczestników zza granicy, to i miejsce musi być na poziomie. Sheraton Sopot. Dziwnie chodzi się cały czas po dywanie w butach... Standard wysoki, wszystko tak, jak poprosimy - tu stoły ustawione tak, tu krzesełka, tu trzeba rzutnik naprawić, a tu przydałaby się tablica. Wszystko jest dzięki miłej i sprawnej obsłudze.
Kilka dni przed konferencją. W mojej głowie pojawiło się typowo kobiece pytanie (mi też się zdarza): Co ja na siebie włożę? Skąd mam wziąć coś eleganckiego, skoro nigdy nic bardzo eleganckiego nie jest mi potrzebne? Z pomocą przyszła oczywiście Agata, która ma mnóstwo eleganckich rzeczy, w większości ze dwa rozmiary na mnie za dużych, ale akurat miała idealną sukienkę. Ja miałam jeszcze dwie. Buty mam - takie, które miałam raptem kilka razy na sobie, bo po co męczyć nogi obcasem?
W poniedziałek zaczął się prawdziwy surwiwal. O 7.30 wdziałam na siebie kieckę i obcasy. Potem rejestracja uczestników, prelekcje, lunch (też elegancko...), prelekcje, a później czas przygotowywać się na wieczorną imprezę, więc hop siup druga kieca, bardziej wieczorowa. Na samej imprezie trochę "sztywno", ale ludzie rozmawiali dużo ze sobą i właściwie najbardziej o to chodziło. No i o tańce irlandzkie, których nauczyły chętnych dziewczyny z grupy tanecznej. Na imprezie po raz pierwszy podczas tego surwiwalu zostało zagrożone moje życie, ale na szczęście uratował je Kot, pożyczając mi swoją marynarkę. Potem zresztą uratował mi życie po raz drugi, robiąc kolację :)
Drugi dzień. Trzecia kiecka. Inne buty. Znów prelekcje, lunch, prelekcje... Cały dzień (właściwie oba) chodzenia wyprostowanym, w wysokich butach, a do tego trzeba się jeszcze starać wypowiadać poprawnie. Chociaż z reguły nie mam z tym problemu, to wiadomo, że na co dzień mówi się dość niedbale, a tu nagle trzeba się postarać.
I w końcu mój dwudniowy wielkomiejski surwajwer się skończył. Jeśli ktoś mnie trochę zna, to z reguły nie jest sobie w stanie wyobrazić mnie w sukience i na obcasach. Może dlatego, że nie łatwo mnie w tym wcieleniu spotkać.
Co można jeszcze powiedzieć o konferencji... Ludzie mówili, że była na wysokim poziomie, że dobrze zorganizowana, prelegenci dziwili się, że jak to, tacy młodzi ludzie zorganizowali takie wielkie przedsięwzięcie i to na tym poziomie. Pytali się nas o to jak się zebraliśmy. No jak - wszyscy jesteśmy znajomymi Kota - z harcerstwa, ze studiów, skądkolwiek. I zrobiliśmy ją ot tak, po prostu. Co prawda gdyby nie nasz Kot-kierownik to pewnie nie wyszłoby jak trzeba. Nawet śmialiśmy się, że jak tylko zamknie za sobą drzwi hotelu, ten rozpadnie się ;)
A jakie moje odczucia? Bardzo pozytywne. Szczególnie przez ludzi, bo właściwie wszyscy się uśmiechali. Szczególnie Alan, jeden z prelegentów, uśmiechał się non stop i to jeszcze w dodatku prawie dookoła głowy ;) Niestety nie byłam w stanie z nim pogadać, bo kompletnie nie znam angielskiego...
Mimo że przeżyłam ciężki surwiwal, to jest pozytywnie. Bardzo.

sobota, 24 grudnia 2011

Rastafara

Czasem jest tak, że pod wpływem przeczytania, zobaczenia czy usłyszenia czegoś człowiek ma ochotę wypowiadać się na tematy, na które nie ma zielonego pojęcia. Tak też jest i ze mną.
Jako że całkiem lubię reggae, a dodatkowo poszukuję swojej duchowej drogi, lubię sobie czasem poszperać w internecie w poszukiwaniu informacji i różnych - nazwijmy to - wyznaniach. Tak natrafiłam na artykuł w jakimś (najprawdopodobniej) katolickim portalu - http://www.opoka.org.pl/biblioteka/P/PS/rastafarianie.html . Ten wpis nie będzie pretensją do katolików ogólnie - raczej do tego, w jakim świetle często przedstawiane są inne niż katolicyzm wyznania.
Po przeczytaniu tego artykułu do końca, byłam w szoku, że można w ten sposób go podsumować. W treści czytamy m.in. że rastafarianie "Głoszą równość wszystkich ludzi, są za zniesieniem wszelkich różnic rasowych, klasowych, organizacyjnych. (...) Dążą do tego, aby codzienne życie nie było zdominowane przez bezwzględne dążenie do sukcesu, egoizm. W miejsce wszelkich menedżerskich programów proponują humanistyczne treści: braterstwo, partnerski styl, odpowiedzialność i współdziałanie, walkę z fałszem.", a do tego wszystkiego jeszcze unikają narkotyków (poza marihuaną, ale ona podobno uzależnia psychicznie, a fizycznie znacznie mniej niż np. papierosy, ale kto to wie...), alkoholu i przestrzegają wegetariańskiej diety. Dalej autorka wspomniała jeszcze o reggae: "Teksty pieśni reggae głoszą równość społeczną, miłość, braterstwo, potępiają rasizm, demaskują symbol zła - Babilon, w którym żyjemy."
W międzyczasie jest jeszcze opis wyglądu, coś tam o dredach i kolorowych ciuchach. A potem przychodzi czas na podsumowanie, w którym dowiadujemy się, że "nauka głoszona w tym ruchu jest wątpliwa, zasady i zwyczaje praktykowane nie znajdują podstaw ani w filozofii, ani w teologii."
To ja w takim razie pytam - czy równość, braterstwo, odpowiedzialność, walka z fałszem (czy może dążenie do prawdy), miłość - to nie są wartości zawarte w filozofii czy teologii?
Może trochę okroiłam ten artykuł, i też nie przedstawiłam sprawy obiektywnie, ale zachęcam do przeczytania tego artykułu i przejrzenia komentarzy pod nim...