Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harcerskie.... Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą harcerskie.... Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

8 lat, 6 miesięcy, 20 dni

Odłożyłam napisanie tego posta na bliżej nieokreśloną przyszłość, ale właśnie chciałam odwiesić mundur do szafy, więc mnie natchnęło, żeby jednak zrobić to teraz. To pierwszy post w życiu, który w pełnym wymiarze powstaje na telefonie, wybaczcie więc, że mogą się zdarzyć literówki i braki w "ogonkach".
4 marca 2010 roku odbyła się pierwsza zbiórka mojej drużyny. 24 września 2018 przekazałam sznur następcy. Wiele się przez ten czas wydarzyło, sporo ludzi się "przewinęło", było dobre i mniej dobre chwile.
Zrobiliśmy 10 obozów (w jednym roku były 2) - w Czernicy (2010, 2011), Wenecji (2012), Przerwankach (2013), Bieszczadach (2013), Siemianach (2014, 2015, 2018), Wińcu (2016) i na Wielkich Jeziorach Mazurskich (2017). Chyba najlepiej nadal wspominam ten obóz w Wenecji. Ten, o którym ludzie mówili, że albo to się nie uda, albo oni by tego z harcerzami nie zrobili. Myśmy zrobili i się udało. To był obóz który sobie wymarzylismy - pół-wędrowny, najbardziej chyba wychowawczy i integrujący jednocześnie. Rok później próbowaliśmy to powtórzyć, ale nie było już aż tak ekstra.
Zimowisk nigdy nie potrafię sobie przypomnieć wszystkich i w kolejności, ale chyba tylko w jednym roku nie mieliśmy wyjazdu. Tym, które najbardziej zapadło mi w pamięci i było tym najbardziej wymarzonym, było to w Zawoi - jak dotąd jedyne zimowisko w górach.
Zrobiliśmy niezliczoną ilość biwaków, zbiórek i innych akcji. 
Na przekazaniu było sporo byłych członków drużyny, których już sama obecność świadczy o tym, że bycie kiedyś w drużynie było dla nich czymś ważnym. Niektórzy to potwierdzili słownie. Nie wiem, czy udało mi się wpłynąć jakoś na ich wychowanie, nie wiem, czy jestem jedną z tych osób, którym zawdzięczają to, kim są i gdzie są teraz. Mam nadzieję, że moja praca choć trochę się do tego przyczyniła.
To było bardzo ciekawe 8 lat. Każdy rok inny, moja rola jako drużynowej też zmieniała się i dojrzewała - od nawet-nie-przewodniczki biegającej z dziećmi, do podharcmistrzyni (prawie harcmistrzyni, jak w końcu ogarnę pracę hm...) pracującej głównie z kadrą. Drużyna też dojrzała przez te lata i myślę, że tak właśnie powinno być - wszystko się zmienia i dojrzewa.
Przedwczoraj przekazałam sznur na ręce (a właściwie na ramię) Łukasza, zwanego Pustym i wiem, że to dobra decyzja. Teraz jego kolej na popełnianie błędów, realizację marzeń i dojrzewanie wraz z drużyną.

sobota, 22 lipca 2017

Harcerz jest odpowiedzialny

Postanowiłam wrócić do bloga. Z kilku powodów, o których będzie w innych postach. Wchodzę sobie "na zaplecze" blogspota, patrze - a tu jakaś wersja robocza. Czytam. Czemu ja tego nie opublikowałam...?
Nie wiem, kiedy to pisałam, bo oczywiście zaczęłam edytować zanim spojrzałam na datę... Myślę, że to mogła być wiosna 2015 roku.
Od tamtej pory zdążyliśmy zmienić ostatni punkt obecnego Prawa Harcerskiego (o czym może też kiedyś w końcu napiszę). A ja nadal uważam, że od treści znacznie ważniejsza jest praca z tym prawem, wcielanie go w życie i dawanie przykładu.
Poniżej nieedytowany tekst pisany te 2 lata temu.

Od dłuższego czasu w ZHP wrze dyskusja o projekcie zmian w Prawie Harcerskim. Jako że rozmawiam z moimi harcerzami o wszystkim, postanowiłam zapytać też ich o zdanie, bo to przecież dla nich ma być to prawo. Zaczęło się od gawędy, od wprowadzenia, od tego po co, dlaczego i jak to działa. Porozmawialiśmy o odpowiedzialności i próbowaliśmy znaleźć jej definicję. Później powiedzieliśmy sobie, że "Harcerz powinien być ... , bo ...". No i po takim wstępie powiedziałam harcerzom, że mają zapomnieć dotychczasowe prawo (co w przypadku niektórych nie było trudne ;) ) i napisać w grupkach/zastępach nowe prawo. Jedyną sugestią było to, żeby trzymać się tego, że są punkty, nie koniecznie 10...
(Warto wspomnieć, że mówiliśmy na zbiórce też o składkach, co mogło mieć pewien wpływ na ich pomysły...)
Swoje prawo stworzyły 4 zastępy - 2 harcerskie, pomieszane płciowo (akurat było jakoś mało chłopaków i dużo dziewczyn, więc podzieliliśmy się mniej więcej po równo) i 2 starszoharcerskie - męski i żeński.
Wyniki ich prac są warte zaprezentowania - kto by przypuszczał, że takie "małe dzieci" są w stanie wymyślić tak mądre rzeczy. W poniższych tekstach oczywiście poprawiłam błędy ortograficzne, ale właściwie nic poza tym.

Harcerze, zastęp I:
1. Pomaga komu może.
2. Nie boi się nowych wyzwań.
3. Powinien dążyć do celów, które sobie wyznaczył.
4. Powinien dbać o swoje otoczenie.
5. Powinien wierzyć w sprawiedliwość.
6. Powinien znać zwyczaje harcerskie.
7. Powinien być sprawiedliwy wobec innych.
8. Powinien być gotów walczyć za Ojczyznę.

Harcerze, zastęp II:
1. Harcerz powinien być prawdomówny.
2. Powinien zawsze wykonywać swoje obowiązki.
3. Harcerz powinien być dobry dla ludzi.
4. Harcerz powinien być miły i pozytywnie nastawiony do życia.
5. Harcerz jest odpowiedzialny.
6. Harcerz powinien dbać o porządek.
7. Harcerz powinien być uczciwy.
8. Być obecny na zbiórkach.
9. Harcerz powinien być mądry i czujnie uważać na zbiórkach.
10. Harcerz powinien wierzyć w siebie.
11. Harcerz powinien pomagać wszystkim ludziom.
12. Harcerz powinien być opanowany.

Harcerze starsi:
1. Harcerz powinien być odpowiedzialny.
2. Harcerz powinien znać Prawo Harcerskie.
3. Harcerz powinien płacić składki.
4. Harcerz powinien być przyjazny dla otoczenia.

Harcerki starsze:
1. Harcerz szanuje siebie i innych.
2. Harcerz jest odpowiedzialny.
3. Harcerz dostrzega problemy w swoim środowisku i stara się je rozwiązać.
4. Harcerz stara się wiedzieć więcej niż wie i umieć więcej niż umie. (Tu widać wpływ naszych wcześniejszych rozmów - zapamiętali "najfajniejszy" punkt nowego projektu)
5. Harcerz dąży do samodzielności.
6. Harcerz jest prawdomówny.
7. Harcerz stara się odróżniać dobro od zła.
8. Harcerz jest wolny od nałogów. (Kolejny wpływ wcześniejszych rozmów)
9. Harcerz jest otwarty na innych.
10. Harcerz kocha Polskę!
11. Harcerzem może być każdy.

Po "prawach" harcerzy widać, że wymieniają właściwie te same wartości, co więcej - te, które w obecnym prawie są. Może więc nie potrzeba nam zmian, a lepszej pracy z obecnym prawem? A może, jeśli zmiany, to jedynie kosmetyczne?

wtorek, 25 listopada 2014

Jak przez dwa lata zmieniać granat w zieleń

Czas pędzi nieubłaganie i do dwóch lat trwania mojej próby na stopień podharcmistrza zostało już tylko 4 miesiące. Otworzyłam ją w marcu 2013, prawie rok później niż mogłabym otworzyć, ale stoczyłam małe boje o to, żeby móc mieć takiego opiekuna, jak chciałam. W końcu udało się.

Między zakończeniem próby i otrzymaniem stopnia przewodnika w czerwcu 2011 zdążyłam:
- zrobić obóz drużyny w Czernicy, w połączeniu ze Zlotem Chorągwi w wakacje 2011
- być oboźną na obozie z Białorusinami w Ocyplu
- pojechać na hufcową bazę na zimowisko z drużyną (Po którym powiedziałam, że nigdy więcej hufcowych baz. Nie było źle, ale nie wiedziałam o sprawach organizacyjnych prawie nic. Niby tak miało być, żeby drużynowi zajęli się bardziej programem, ale jakoś wolę wiedzieć co i jak, ile mam płacić i dlaczego tak dużo)
- zorganizować półwędrowny obóz w Wenecji w wakacje 2012, o którym zresztą pisałam szerzej na blogu
- zrobić uprawnienia Młodszgo Instruktora Żeglarstwa (też w Wenecji 2012)
- być komendantką jednego z podobozów na obozie z Białorusinami w Stężycy
- być komendantką trasy wędrowniczej RŚPG w listopadzie 2012
- wraz z 13 GDH zorganizować zimowisko w Zawoi, w Beskidzie Żywieckim w ferie 2013

W drużynie byliśmy wtedy na takim etapie, że mieliśmy silne, całkiem dobrze działające dwa piony - harcerski i starszy. Po zimowisku w Zawoi przejęliśmy także drużynę wędrowniczą z Wejherowa, która stała się naszym pionem. Poza mną był przyboczny (Adam) i właściwie od wtedy już na stałe jest z nami Andrzej (możecie zazdrościć drugiego pełnoletniego opiekuna w drużynie ;) ).

W takich mniej więcej warunkach otwierałam moją próbę. Wtedy tylko drużynowa, z hufcem mająca tyle wspólnego, ile musi. 6 zadań, przewidywany termin zakończenia we wrześniu 2014.

Początkowo chciałam wszystko opisać chronologicznie, dotarłam już nawet w pisaniu do stycznia 2014, ale stwierdzam, że jednak trzeba przemodelować ten tekst i ułożyć go tematycznie. Bo chronologia swoją drogą, ale potem życie harcerskie stało się zbyt wielowątkowe, żeby zapisać je po kolei.

Drużyna
W lipcu 2013 zrobiliśmy 2 obozy - półwędrowny harcerzy w Przerwankach i wędrowny HS-ów w Bieszczadach. Można powiedzieć, że ten drugi nieco przybliżył mnie do realizacji zadania związanego ze zdobyciem małej złotej GOT, ale to mniejsza sprawa. Dużo większe były inne doświadczenia tego obozu - po pierwsze - dziewiczy, całkowicie wędrowny obóz drużyny, jeszcze w dodatku po górach, po drugie - złamana noga, telefony, załatwianie, stres, ale potem - wnioski. Na pierwszym "na papierze" byłam kwatermistrzem, na drugim - wychowawcą. Na obu głównym organizatorem i drużynową. Właściwie komendantką bez potwierdzenia tego na piśmie i bez tej odpowiedzialności prawnej.

Po wakacjach odszedł Adam, zaczęło się działanie z trzema pionami w pojedynkę. W roku 2013/2014 rozwiązaliśmy pion wędrowniczy (na wniosek samych wędrowników), a poza tym "podupadł" nam nieco pion harcerski, przez co przez prawie pół roku mieliśmy wspólne zbiórki (H+HS). Za to w marcu zostały mianowane 4 próbne przyboczne, z którymi praca powoli się rozkręca - zaczynały od małych zadań - zbiórek, zajęć na obozie. Teraz każda ma pewien swój zakres obowiązków i odpowiedzialności za drużynę.

Obóz 2014 też był inny niż poprzednie - pierwszy od dłuższego czasu obóz stały w Siemianach, poza tym w ramach zgrupowania. Wiele przed nami pracy do wykonania przed kolejnym takim obozem... Obóz spowodował również dezintegrację członków drużyny oraz pewne rozluźnienie naszych więzi, które od września odbudowujemy.

Zabraliśmy się także za odbudowę pionu harcerskiego, a tak konkretniej - odbudowę systemu zastępowego. Nowi zastępowi, dużo działania ZZ-tem - materiał na oddzielny wpis na bloga, ale to za jakiś czas, jak już coś wyjdzie (albo nie) i będą wnioski. Przybył nam także jeszcze jeden próbny przyboczny (jakby było ich za mało ;) ).

Hufiec
W mojej hierarchii wartości nieco wyżej niż kiedyś, ale znów nie aż tak wysoko z racji innych Związkowych zobowiązań. Jestem re(d)aktorem hufca, piszę sobie newsy na stronę i czasem wrzucam coś na fanpage na facebooku. Przez to jestem także w zespole promocji hufca (nie wiem od kiedy, chyba zaczęło się od Gdyńskiego Święta Harcerskiego w czerwcu 2013).

Poza tym jestem sobie członkiem Kręgu Instruktorskiego Baribal. Przez jakiś czas planowałam z niego odejść (głównie z braku czasu i chęci angażowania się w jego działania, a być gdzieś na papierku to bez sensu), ale ze względu na ostatnie rozmowy o przyszłej komendzie hufca staram się nieco przestawić Związkowe priorytety, żeby znaleźć na to więcej czasu.

Jeszcze poza tym trochę kłócę się z różnymi ludźmi o różne rzeczy. No, może raczej po prostu dość głośno i bezpośrednio wypowiadam swoje zdanie. O kursach drużynowych, kapitułach, działaniach niektórych instruktorów, które mi nie odpowiadają. Ale z drugiej strony to żadna nowość.

Z założenia nie organizuje hufcowych imprez i raczej nie angażuję się w program hufca (patrz akapit powyżej).

Z hufcem za to związane jest jedno z moich zadań, które (na szczęście) ostatnio zmieniło się na inne.Początkowo miałam zrobić cykl śpiewanek, a po nim festiwal piosenki. Mini-festiwal odbył się na Rodzinnym Zlocie Hufca w czerwcu 2014, ale śpiewanek nie było. Zadanie znalazło się tam trochę ze względu na ówczesną komendę, a właściwie na zadania w niej druhny, która była "wspieraczem" mojej próby. Druhna odeszła z komendy, zadanie jakby straciło ważność, stąd potrzeba zmiany go. Zostałam poproszona o przeprowadzenie dla drużynowych warsztatów z promocji po uczestnictwie w PR Labie - warsztaty mają się odbyć w marcu.

Chorągiew
Jako jedno z zadań w próbie miałam bycie szefem zespołu finansowego JOTT 2013. Szef to bardzo dużo powiedziane, ale dzięki temu zadaniu nauczyłam się pisania wniosków grantowych, m.in. przygotowywałam wniosek do "Młodzieży w działaniu" pod okiem specjalisty. Wniosek ostatecznie niestety nie przeszedł, ale co wtedy zrobiliśmy w tym kierunku, to już nasze. To było jedno z tych zadań, od których zaczęła się moja przygoda z działaniem na poziomie chorągwi, choć wtedy nie zapowiadało się aż tak poważnie - z referatem wędrowniczym znałam się przecież wcześniej całkiem dobrze - byliśmy razem w drużynie wędrowniczej.

I tu następuje cała seria tego, co wydarzyło się w moim instruktorskim życiu poza próbą, co niestety wpłynęło również na to, że próba może nie tyle zdeaktualizowała się, ale mogłaby być lepiej dopasowana.

W połowie 2013 roku zawiązywały się na nowo niektóre referaty w chorągwi.Poszłam na otwarte spotkanie i tak wyszło, że dołączyłam do referatu harcerskiego. W zeszłym roku harcerskim (2013/2014) zrobiłam w związku z tym kilka rzeczy:
- pomagałam prowadzić zajęcia z systemu zastępowego w hufcu Starogard
- na warsztatach między świętami a sylwestrem (2013/2014) prowadziłam te same zajęcia o systemie zastępowym, a także drugie, własne nt. pracy z zuchem trzeciej gwiazdki
- mieliśmy robić chorągwiany turniej zastępów, ale w końcu nie wyszło ze względu na zbyt małą ilość zgłoszeń (3 zastępy, z 2 drużyn, z 1 hufca)
- w wakacje 2014 byłam w kadrze zlotu zastępowych w przybocznych
I nadal działam w referacie. Co więcej - nie wykluczone, że za rok go przejmę. A nic na temat działania na poziomie chorągwi w mojej próbie nie ma...

Co mi dało działanie w referacie?
- Dookreśliłam swoje miejsce w Związku i stronę, w którą chcę podążać - program, z naciskiem na metodykę harcerską. Uważam, że każdy instruktor w którymś momencie powinien określić, w czym będzie się doskonalił. Ja wybrałam program, od kształcenia trzymam się na wyciągnięcie ręki (bo nie da się całkiem rozdzielić programu od kształcenia).
- poznaję różne środowiska i instruktorów z ich przeróżnymi metodami działania
- weszłam w skład Wydziału Programowo-Metodycznego Chorągwi Gdańskiej - ekipy świetnych, inspirujących ludzi, którym chce się roić coś, żeby było lepiej.
- chyba nie do końca przez referat, ale zrobiłam też jedną z rzeczy, z których jestem na prawdę dumna w swoim życiu - na seminarium instruktorskim "Jak nie zgasić napalonych, jak zapalić wypalonych?" robiłam TED-a na temat demotywowania drużynowych. Wstawiłam zresztą tekst z niego na bloga. Uważam to za sukces z dwóch powodów - dlatego, że sama wiem, że przygotowałam się naprawdę dobrze i dlatego, że słyszałam o moim wystąpieniu mnóstwo pozytywnych opinii.

To związanie też nieco z chorągwią - w sierpniu 2013 zrealizowałam niezapisane pół zadania pierwszego na mojej karcie. Czemu niezapisane? Bo w próbie mam tylko ukończenie Kursu Kadry Programowej i Namiestników, ale żeby to zrobić, trzeba i tak mieć ukończony Kurs Podharcmistrzowski. Los wyrzucił mnie na niego do Wielkopolski, co uważam za niesamowitą przygodę i chyba najlepsze przeżycie mojego instruktorskiego życia. Niesamowici ludzie, mnóstwo inspiracji i motywacji. Poza tym znajomości, które pełnią (niestety czy stety?) ogromną rolę w Związku.

W styczniu 2014 miał być Kurs Kadry Programowej, ale niestety z różnych przyczyn się nie odbył i ma być na początku 2015 roku, ale jak nie u nas w chorągwi, to znajdę inny.

Poziom centralny
Jak to się stało, to nie wiem. To wszystko przez te dziwne znajomości ;).

Zaczęło się jakoś w wakacje 2014, kiedy to zadzwoniła szefowa Zespołu Harcerskiego (poznana przeze mnie na Woodbadge) z pytaniem, czy nie chciałabym przejrzeć zadań, które mają być na Ogólnopolskim Turnieju Zastępów (turniej.zhp.pl) dla harcerzy i napisać swoich uwag i poprawek.
Potem już jakoś poleciało. Od września 2014 pracuję w Zespole Harcerskim Wydziału Wsparcia Metodycznego GK ZHP (ZH WWM GK ZHP - tyle dużych literek... Można zrobić skrót skrótu?). Byłam na zbiórce metodycznej w październiku, potem na szkoleniu organizowanym przez Wydział Inspiracji i Poradnictwa GK ZHP dla osób pracujących z programem na poziomie centralnym.

Poza tym oceniam nadesłane raporty z Turnieju Zastępów. Niedługo będę recenzentem materiałów w Centralnym Banku Pomysłów ZHP (cbp.zhp.pl). Jestem moderatorem na zapytaj.zhp.pl (niezła fucha, nie? ;) ) od lutego 2014 i będę do lutego 2015, chyba że będę kandydować znów i mnie wybiorą, to dłużej.

We wrześniu zaakcentowało się także w moim życiu CWM ZHP, dla którego robiłam grę na 80-lecie, a potem wspomagałam organizację rejsu polsko-ukraińskiego. No i tak poleciało dalej, dotarłam na spotkanie wodniaków do Łodzi, a potem na spotkanie Wydziału Wychowania Wodnego GK ZHP i chyba znów się w coś wkręciłam ;) Ale to świeża sprawa i o tym będzie można pisać, jak będzie już wiadomo coś więcej.

A poza tym...
W tym całym opisie mojego aktualnego, harcersko-instruktorskiego życia udało mi sie zawrzeć 3 na 6 zadań mojej próby (no, wspomniałam jeszcze o czwartym). Poza tym zostały mi jeszcze do opracowania dwa materiały - zarys cyklicznych rajdów dla Rad Drużyn oraz poradnik nt. pracy metodą projektową w zespołach harcerskich. Pewnie gdybym miała teraz zastanawiać się nad tematem pracy podharcmistrzowskiej, byłoby to pewnie coś związanego z metodyką harcerską. Ale te dwie prace są już w trakcie obmyślania, a rajd RD nawet już na etapie kilku elektronicznych słów. Poza tym będę i tak pewnie zaangażowana w tworzenie kilku związkowych materiałów (szykuje się poradnik dla namiestników i szefów referatów, a także program wychowania wodnego).

Co wynika z mojego podsumowania? Na razie tyle, że czasem zdarza się, że próba robi swoje, a życie robi swoje. I potem trudno znaleźć dobre rozwiązanie - robić nie do końca dopasowaną do obecnych realiów próbę? Zmieniać większość zadań? Zamknąć próbę negatywnie i otworzyć nową?
W moim przypadku chyba wyszło trochę rozwiązanie pierwsze... Aktualnie próbę mam przedłużoną, ku memu niezadowoleniu, chyba do marca albo kwietnia, ale nadal mam nadzieję, że uda mi się uporać z nią wcześniej. Bo już od jakiegoś czasu moja próba nie spenia swojej roli - nie jest wyzwaniem i nie motywuje.
Za to motywuje działanie. Motywuje coraz lepiej działająca drużyna. Motywują spotkania na poziomie centralnym, ludzie i wymiana doświadczeń z nimi. Motywuje możliwość kreowania rzeczywistości wokół siebie i możliwość wspierania innych. A to bardzo ważne.

PS. Ostatnio usłyszałam, że pewien mój tekst jest za długi, z czym absolutnie się nie zgadzam, dlatego sobie szydzę i dlatego sprawdziłam ilość znaków. Tamten miał ich 1500, ten ma ponad 12000.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Srebrny listek dębu

Wybieram się jutro w góry, więc szukałam mapy w szufladzie. Nie znalazłam. Za to mam w ręku kopertę z napisem "Otworzyć 23.06.2014 r.". Spóźniłam się o prawie 2 miesiące... Właściwie zapomniałam o tej kopercie.
Tajemnicza koperta pochodzi z mojego zobowiązania instruktorskiego, z 23.06.2011 roku. Miałam wtedy napisać, jaki według mnie powinien być instruktor. Nie pamiętam już jak dokładnie było sformułowane moje zadanie z napisaniem tego, ale ostatecznie koperta została przez mojego opiekuna zaklejona i miałam ją otworzyć 3 lata po zobowiązaniu i zobaczyć, czy udało mi się być takim instruktorem, jakim uważam, że instruktor być powinien. Więc dziś wrzucam to, co napisałam w czerwcu 3 lata temu. Nadal zgadzam się ze wszystkim, co tam napisałam. I chyba nawet udaje mi się być takim instruktorem...

(Przepisuje oryginał, ze wszystkimi ewentualnymi błędami językowymi. Weźcie proszę pod uwagę to, że pisałam to szybko, idąc, zastanawiając się raczej nad treścią niż dokładnością językową. Generalnie i tak nie ma tam zbyt wiele błędów językowych, ale jest kilka sformułowań, których staram się unikać w pisanych tekstach.)

Według mnie wyidealizowany obraz instruktora to właściwie to samo co "jaki powinien być instruktor".
Będzie trochę chaotycznie i nieuporządkowanie według ważności:
- powinien potrafić działać w każdej sytuacji, znaleźć wyjście z problemów, zarówno swoich, jak i swoich podopiecznych, nawet jeśli nie jest w stanie sam nic zrobić, to powinien zwrócić się do kogoś, kto jest w stanie pomóc
- powinien nie być obojętny na otaczający świat i ludzi
- powinien być trochę jak wędrownik, nawet jeśli wiekowo nie pasuje już do tej grupy metodycznej, tak jak w Kodeksie Wędrowniczym, powinien ciekawić go świat i powinien widzieć własną ścieżkę gdy patrzy w przyszłość itd.
- powinien wiedzieć czego chce, potrafić podejmować decyzje patrząc nie tylko na siebie
- powinien być dobrym harcerzem, przestrzegać Prawa Harcerskiego i swoją postawą dawać przykład młodszym harcerzom
- powinien się rozwijać, próbować nowych rzeczy, stale zdobywać doświadczenie, by móc przekazywać je swoim podopiecznym
- powinien potrafić połączyć swoje życie prywatne z harcerskim tak, żeby ani jedno ani drugie zbytnio nie ucierpiało, powinien potrafić realnie planować swój czas
- jeśli już coś robi, to powinien się w to na prawdę angażować, a nie robić "na odwal", ale jednocześnie pamiętając też, żeby nie stracić w tym siebie
- powinien być tolerancyjny wobec innych zdań i potrafić wyjaśnić i uargumentować swoje
- powinien móc o sobie powiedzieć "Tak, daję dobry przykład moim podopiecznym"
- powinien być odpowiedzialny, zarówno za siebie, jak i powierzone jego opiece osoby
Myślę, że nie sposób opisać wszystko... Ale takim właśnie instruktorem chciałabym być.

(Jestem z siebie dumna, że nawet taki pisany na szybko tekst nie jest pełen błędów :) )

Od czasu pisania tego tekstu minęły 3 lata. Teraz pod krzyżem noszę srebrny dębowy listek.

wtorek, 3 czerwca 2014

Rzecz o demotywowaniu drużynowego

W lutym czy marcu tego roku zostałam poproszona o wygłoszenie TED-a na temat demotywowania drużynowego podczas seminarium instruktorskiego "Jak zapalić wypalonych, jak nie zgasić napalonych?", które było na początku kwietnia. TED wyszedł mega, mam nadal nadzieję dostać nagranie. Tym czasem jednak tekst, który napisałam sobie przed wystąpieniem, przerobiony nieco do wersji "do czytania", a nie w wersji scenariuszowej.
W kwestii wyjaśnienia zielonych i czerwonych strzałek, które pojawiają się w tekście - podczas mówienia przyklejałam kolejne karteczki przy odpowiednich strzałkach na schemacie z drużynową, którą częściowo widać na zdjęciu.


Drużynowy. Prawdopodobnie najważniejsza osoba w naszym Związku. Gdyby nie drużynowi właściwie nie byłoby harcerstwa, bo to oni prowadzą podstawowe jednostki organizacyjne. Według statystyk przeciętny drużynowy pełni swoją funkcję niecałe 2 lata. Dlaczego tak się dzieje? Co wpływa na drużynowych?
Po rozmowach z instruktorami z różnych środowisk stworzyłam schemat. Schemat, który jest pewnym wyolbrzymieniem niektórych problemów. Nie wszystkie z nich dzieją się w każdym środowisku, nie wszystkie z takim natężeniem. Ale są i należy o tym mówić głośno.
Na drużynowych oddziałują rzeczy pozytywne – takie jak sukcesy, nagrody, system motywacyjny w hufcu, czy wymiana doświadczeń z innymi instruktorami podczas kursów i warsztatów. To nasze zielone strzałki. Mamy też kilka czerwonych, o których chciałabym powiedzieć trochę więcej.

Co wpływa na naszego drużynowego?

Problemy w drużynie – wszystkie te mniejsze i większe. Np. kłótnie pomiędzy członkami drużyny, brak osób, którym możemy powierzyć funkcje, przygotowanie i zatwierdzenie obozu, mało ludzi, słaby nabór, nie wyjdzie nam zbiórka, biwak, stanie się jakiś wypadek losowy, np. harcerz złamie nogę. Można tego mnożyć w nieskończoność. Z częścią drużynowy radzi sobie sam dość szybko, z innymi trochę dłużej, z innymi nie wie co zrobić i czasem udaje, że ich nie ma. Niektóre rozwiązane problemy zmieniają się w sukcesy i motywują. Ale nie wszystkie. A im jest ich więcej, tym bardziej są „czerwone”.
Wrażenie niesprawiedliwości – to wtedy, kiedy patrzymy na innych, porównujemy się do nich i mamy wrażenie, że oni mają lepiej. Np. kiedy jeden drużynowy realizuje zadania bardzo podobne jak inny drużynowy i ten drugi dostaje nagrodę (choćby pochwałę w rozkazie), a pierwszy nie to ten pierwszy ma wrażenie, że coś tu jest nie tak. Nawet jeśli ten pierwszy obiektywnie rzeczywiście na nagrodę nie zasłużył, to nie wie, co zrobił źle, bo przecież nikt mu o tym nie powiedział.
Dezorientacja i poczucie niepewności – wtedy, kiedy widzi, że „u góry” dzieje się coś niedobrego. Nawet w najlepszych komendach hufca pojawią się czasem pewne spięcia. I wiecie co? Drużynowy często to widzi. Niby to na niego nie wpływa bezpośrednio, z drugiej jednak strony – nie wie, co się dalej stanie. Czy będą jakieś zmiany w komendzie i będzie teraz współpracował z kimś innym niż do tej pory? Czy może w ogóle zbierze się Zjazd Nadzwyczajny, wybierze całkiem nową komendę, która zacznie realizować plany „po swojemu” (bo każda komenda robi to „po swojemu”)? Jak to będzie „po swojemu”? Co nas czeka za rok? Co mam planować z drużyną, żeby dopasować się do sytuacji w hufcu? To tylko kilka z potencjalnych pytań...
Wymaganie zamiast wspierania – są rzeczy, z którymi drużynowy sobie nie radzi, których musi się nauczyć. Np. organizacja obozu czy zimowiska. Nie będziemy przecież oczekiwać od 16-letniego drużynowego, że podczas organizacji swojego pierwszego większego wyjazdu będzie dokładnie wiedział co i na kiedy ma przygotować. Albo jeśli drużynowy wyśle nam plan pracy, który jest słaby to co zrobić – powiedzieć, żeby poprawił i już? Jeśli wiemy, że nie działa u niego system zastępowy to co? Zastanówmy się, czy nasze (osób, które powinny wspierać drużynowych) komunikaty są bliższe „Masz to zrobić” czy „Jak mogę Ci pomóc?”.
Brak feedbacku – takiego sensownego, konstruktywnego feedbacku. (W następnym zdaniu padną 2 niecenzuralne słowa, służą one uwypukleniu sytuacji i oczywiście nie powinno się ich używać). Trzeba potrafić powiedzieć człowiekowi zarówno „to było zajebiste”, jak i „stary, zjebałeś”. Oczywiście powinno to zostać poparte jakimiś konkretami. Jeżeli drużynowy nie wie, jaka jest opinia jego przełożonych o jego działaniach, to czasem nie wie, jak ma się do nich ustosunkować. I w ogóle, skąd ma wiedzieć, że zrobił coś źle albo dobrze, jeśli nikt mu tego nie powie? Z drugiej strony nie dojdźmy do etapu „Zrobiłeś coś źle, bo zrobiłeś to inaczej, niż ja myślę i masz myśleć jak ja”.
Brak inspiracji – ilu z nas potrafi powiedzieć, czym jest inspiracja i czym różni się od motywacji? Rzeczywiście, inspiracja wpływa na poziom naszej motywacji, ale są to dwie różne rzeczy. Jeśli drużynowy prowadzi swoją jednostkę od kilku lat (powiedzmy, że dłużej niż przeciętne 1,7 roku) to gdzie ma szukać nowych pomysłów? Albo jak ma realizować swój pomysł, jeśli się komuś z niego zwierzy i usłyszy „jo, jak chcesz, to sobie rób”? Albo nawet inaczej – drużynowy chce coś zrobić (np. imprezę w hufcu), bardzo chce, ale jego inicjatywa jest hamowana, bo tak. I już.
Niedociągnięcia w hufcowych imprezach – takie zdarzają się najlepszym. I czasem jest to krótka obsuwa, a czasem drużynowy musi ingerować w plan biwaku np. bawiąc się i pląsając ze swoimi harcerzami, bo nic się nie dzieje. A to powoduje u drużynowego rozczarowanie – przecież Ci ludzie, którzy mają mnie wspierać i kontrolować moje działanie, którzy są „ekspertami”, zrobili coś słabo. Ich autorytet spada wtedy na ziemię z wielkim „jebs”.
Brak autorytetów – co wiąże się trochę z poprzednim punktem, ale warto się też zastanowić, czy budujemy swój autorytet wśród drużynowych? Czy może to jest tak, że, może nie do końca świadomie, uważamy, że autorytet nam się „należy”? Młody drużynowy, który zaczyna działanie w hufcu w życiu nie przyjdzie ze swoim problemem do starucha z komendy, którego widział dwa razy w życiu. Poza tym – drużynowy widzi więcej, niż by się komukolwiek wydawało. Drużynowy widzi nawet więcej, niż sam myśli, że widzi – po prostu nie zawsze jest tego świadomy, ale jego podświadomość wyjdzie na wierzch, kiedy będzie to potrzebne...
Problemy osobiste – bo drużynowy jest też człowiekiem. Ma rodzinę, w której czasem pokłóci się z rodzicami o cokolwiek. Albo druhna drużynowa rozstanie się ze swoim chłopakiem i będzie to bardzo przeżywać. Albo szkoła, matura, studia, sesja – każdy różnie sobie radzi z takimi sprawami. A jest ich poza harcerstwem mnóstwo.
Rzeczywistość – a właściwie bardzo twarde zderzenie z nią. Większość z nas ma tendencje do tworzenia sobie w głowie idealnych scenariuszy, które są po prostu złośliwymi bestiami i potrafią się nie sprawdzić. I tyle.
I jak nam się nagromadzi takich czerwonych strzałek i takiej goryczy w naszej czarze na tyle dużo, że mamy już menisk wypukły, to wystarczy byle kropelka, żeby tę czarę przelać...
Dużo mówimy o motywowaniu kadry. A nic nie mówi się o demotywowaniu. I chyba dość rzadko patrzy się na to, co tak naprawdę działa na drużynowego. Naszym zadaniem, jako osób, które mają wspierać, jest zrobienie tak, żeby zielone strzałki były większe i silniejsze niż czerwone.

Kim byłbym, gdyby nie rozkaz bycia? Kim, gdyby nie skautowy styl życia?

"Jeśli pytasz, dlaczego zostałam harcerką, to ci powiem, że nie mogłam uczynić inaczej. Pozyskały mnie ich jasne oczy i mocny uścisk dłoni. Lojalność, prostota ich wzajemnego stosunku. Sposób ich życia i miłość przyrody. Miłość do ludzi, silniejsza niż miłość własna. Niesienie pomocy innym w miarę możliwości, dzień po dniu."
Księga Jaszczurki

Jeśli pytasz, dlaczego jestem harcerką:
...bo doświadczenie, zdobywane od początku przygody w harcerstwie, często wcześniej niż rówieśnicy. Doświadczenie w różnych życiowych sprawach, w radzeniu sobie i w urzędach i w różnych sytuacjach, do których doprowadza życie. Nie ma problemów, są tylko rozwiązania.
...bo przyjaciele, Ci którzy są zawsze. Tacy, z którymi spędza się mnóstwo czasu, tacy, z którymi trochę mniej. I silne przyjaźnie nawiązywane z dnia na dzień, bo przecież wszyscy jesteśmy harcerzami, bo wszystkich nas coś łączy. I nie dzieli nas ani język, ani tym bardziej granice.
...bo druga rodzina, na którą zawsze mogę liczyć. Wiem, że cokolwiek się w moim życiu wydarzy, choćby zawalił mi się cały świat, mam gdzie i do kogo pójść. A Ci ludzie zrobią wszystko, co tylko będą w stanie, żeby mi pomóc. I nie dlatego, że będą z tego coś mieli, tylko dlatego, że im na mnie zależy, tak jak mi na nich.
...bo pasja, takie rzeczy, których nie robi każdy, a na pewno nie na co dzień. Ciągle coś nowego, coś, czym można dzielić się z innymi, zarażać, inspirować. Coś, co nadaje sens życiu.
...bo gitara, na której umiem grać pewnie tylko dlatego, że jestem harcerką. A muzyka jest ważna w moim życiu. I umiem ją wytworzyć.
...bo morze, rejsy, czasem ciężkie chwile, zimno, mokro, choroba morska, a czasem zachody i wschody słońca, bezkres morza i horyzont, na którym nie ma absolutnie nic, tylko dal i wolność.
...bo góry, w których wędrówki stwarzają niesamowite okazję do przemyśleń i do zmian. I ta radość z wejścia na szczyt i widoków z niego mimo długiej wędrówki pod górę.
 ...bo podróże, ciągle w nowe miejsca, w takie, o których istnieniu pewnie nawet bym nie wiedziała, w miejsca, do których niewielu dociera, gdzie można znaleźć jakiś kawałek siebie.
...bo Białoruś, do której pewnie nigdy bym nie pojechała, gdyby nie znajomi harcerze stamtąd. Jesteś harcerzem i masz przyjaciela 600 km od domu, po drugiej stronie granicy i nie jest to żadnym problemem.
... bo MOGĘ!

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bo wszyscy harcerze to jedna rodzina...

Strasznie długo już nie mogłam się zabrać za pisanie czegokolwiek, ale w końcu przyszedł na to czas.
Byłam sobie na obozach. Najpierw z moimi harcerzami w Przerwankach, potem z moimi HS-ami w Bieszczadach, a potem na obozie z (nie moimi) harcerzami z Białorusi. Na wszystkich przekonywałam się, że są ludzie, którzy pomogą Ci zawsze, cokolwiek by się nie działo. Po prostu przychodzisz z problemem, a oni zrobią wszystko, żeby pomóc Ci go rozwiązać.
Na obozie z harcerzami byliśmy na zgrupowaniu Zespołu Pilota, czyli u Wery (i oczywiście reszty zespołu niesamowitych ludzi). Na szczęście nie mieliśmy żadnych wielkich problemów, jedyny to taki, że jedną z harcerek użarł jakiś wredny owad. Ręka jej spuchła, próbowaliśmy coś zrobić, nawet byliśmy u bazowej pielęgniarki, ale nic nie przechodziło. W końcu późnym wieczorem wylądowaliśmy w białym domku. Właściwie z jednej strony nie wielka była ich pomoc, padła decyzja o pojechaniu do lekarza. Ale sposób, w jaki tą moją harcerkę uspokajali - coś takiego, co ciężko opisać, ale wiesz, że wszystko będzie dobrze i że jeżeli kiedyś przyjdziesz z naprawdę ciężkim problemem to on też zostanie rozwiązany...
Drugi obóz. Nie ma obozu bez wyjazdu do szpitala. Złamana noga. Częściowo rzeczywiście było zabawnie, a częściowo wiadomo, trzeba trochę rzeczy ogarnąć, porozmawiać z rodzicami, z komendantem, postanowić co dalej z obozem, skoro harcerka z gipsem na nodze i za daleko na obozie wędrownym nie pójdzie. Szczęście mieliśmy w tym, że byliśmy wtedy w Nasicznem, w bazie naszej chorągwi, gdzie nie ma zasięgu, a jedyny kontakt ze światem to bazowy telefon. I tam pomógł nam komendant bazy - Artur, instruktor naszego hufca, który miał wystarczająco swoich problemów na bazie, żeby jeszcze zajmować się naszym obozem wędrownym, który wylądował w Nasicznem trochę bez zapowiedzi i na chwilę. A jednak, zrobił wszystko co mógł, żeby nam pomóc wszystko pozałatwiać. Nie wiem co by było gdyby nie jego pomoc. Chyba mogłabym się tylko załamać.
No i jeszcze obóz z Białorusinami. Tu w sumie nie odpowiadałam za nikogo bezpośrednio. Ale za to też wiele się zdarzyło. Przyjechał do mnie na kilka dni Adam w odwiedziny. Jak wracał to pojechaliśmy wraz z Rozbitem go odwieźć autem i przydarzył nam się wypadek. Zrobiliśmy 2 i pół fikołka samochodem. Właściwie nic nam się nie stało. Chociaż jak już adrenalina trochę opadła, to było trochę ciężko psychicznie. Na szczęście były tam osoby, które przytuliły. Tak normalnie, szczerze, po prostu przytuliły. Niby taka drobna sprawa, ale czułam, że nie jestem sama, że ktoś obok mnie jest.
I znów pomyślałam sobie o rodzinie. O tym, że nie mam rodzeństwa i jeśli zabraknie kiedyś rodziców (a kiedyś to się stanie, bo taka jest kolej rzeczy) to zostanę sama. Ale ostatnio coraz częściej przekonuje się, że sama na pewno nie. Bo mam rodzinę, nie tylko tą spokrewnioną, ale też tą wybraną - przyjaciół, harcerzy. Ludzi, którzy stają się w pewnym momencie jak rodzeństwo i jak "dodatkowi" rodzice. Ludzie, do których wiem, że mogę się zwrócić w każdym momencie, cokolwiek w moim życiu się wydarzy, a oni będą i zrobią tyle ile będą w stanie, żeby mi pomóc. Zresztą ja dla nich też.
I dziś piosenka po białorusku, ale pasuje nawet. http://youtu.be/Q7hHNcjA0gk

wtorek, 26 marca 2013

Dobrze, że jesteś...

Długo nie pisałam, bo nie specjalnie znalazł się jakiś temat, poza tym jakoś czas przez palce leci...
Czasem przychodzi do człowieka takie dziwne uczucie, kiedy bardziej martwi się o kogoś bliskiego niż o siebie. Może nie jest takie dziwne dla innych, dla mnie jest, bo ja raczej rzadko angażuję się emocjonalnie w "związek" z drugą osobą. A teraz jest inaczej. I nie chodzi o chłopaka, o miłość i jakieś tam takie rzeczy, nic z tego. Tym razem to "tylko" przyjaźń. Chociaż, gdybym z kimś była i miała wybierać między facetem a przyjacielem, wybrałabym przyjaciela...
Czasem przychodzi taki moment, że wszystko co się budowało od pewnego czasu i wszystkie plany idą sobie gdzieś daleko. Bywa, że nie jest łatwo, ale chyba w końcu trzeba się z tym pogodzić i przebudować plany na nowo, w innych warunkach. Przecież z każdej sytuacji jest więcej niż jedno wyjście. I właśnie nadszedł moment, w którym muszę stworzyć nowe plany. Choć nadal mam nadzieję, że mi się nie przydadzą. Ale gdyby jednak, to już będą, będzie co realizować i nie będzie chaosu. Przynajmniej taki jest plan.
Nie napisałam nic konkretnego i na razie nie napiszę o sytuacji. Za wcześnie. Na razie tylko wiedzcie, że czasem trzeba znaleźć w sobie tyle siły, żeby przez łzy wymyślić nowy plan. Bo warto.
Na koniec znów piosenka. Z dedykacją. Dla osoby, dla której zrobiłabym absolutnie wszystko, która jest przy mnie wtedy, kiedy tego potrzebuję i którą przejmuję się bardziej niż sobą. Adaś... http://www.youtube.com/watch?v=aeGaAeaEeqY

poniedziałek, 18 lutego 2013

Po zimowisku

Czasem nie jest łatwo napisać coś mądrego, a głupot nie warto. Dlatego ostatnio marnie mi idzie pisanie czegokolwiek na blogu. Miałam nawet ostatnio jakiś temat, ale zapomniałam jaki...
Wróciliśmy z zimowiska, w sobotę późnym wieczorem. Szczęśliwie, bez jakichś wypadków i niemiłych niespodzianek.
Co mogę powiedzieć o zimowisku?
Programowo - fajnie, dzieciakom się podobało. We dnie głównie łaziliśmy po górach, wieczorami raczej luźno, trochę śpiewania, trochę odpoczywania. W piątek wyjazd do Tatralandii, która jednak trochę bardziej nudna niż przypuszczaliśmy (co dziwne nie tylko ja się nudziłam), ale i tak dzieciaki bawiły się świetnie, a to najważniejsze. Kierowcę autokaru też mieliśmy super - nie dość, że świetnie jeździł, mieścił autokar w miejsca, w które w życiu byśmy nie pomyśleli, że da się autokarem wjechać, to jeszcze poszedł z nami w góry i w ogóle był spoko. No i potrafił zjechać 2 kilometry z górki na wstecznym. Największą atrakcją wypadów w góry było oczywiście schodzenie, a właściwie zjeżdżanie. I choć warunki nie pozwoliły na wejście na Babią Górę, a na Policy była straszliwa mgła, to wszyscy byli zadowoleni, że udało im się choć trochę poznać swoje siły.
Organizacyjnie i "papierowo" - to chyba najgorszy wyjazd, jaki kiedykolwiek organizowałam. Nigdy nie prowadziło mi się całej dokumentacji tak źle i nigdy nie miałam wrażenia, że jest to aż tak nie ogarnięte. Ale na koniec wychodzimy na prostą, więc będzie dobrze.
A jeśli chodzi o ludzi... Hmmm... Najbardziej bałam się tego, jak będzie wyglądała sprawa drużyny z Wejherowa, która z nami była, ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Nie było żadnych przypałów, fajnie zżyli się z naszymi HS-ami i w ogóle byli bardziej harcerscy niż myślałam, że będą. Dzieciaki z 13 trochę roztrzepane, ale co się dziwić, skoro nie wszystkie są nawet w wieku harcerskim. Moje też nie zawsze są lepsze ;) Ale było pozytywnie.
Choć pierwszy dzień był trudny. Zmęczenie dało się we znaki i jeszcze nie do końca wszystko było dogadane... Dobrze w takim momencie mieć przyjaciela. Mój na szczęście był kiedy go potrzebowałam. Zresztą później udało mi się (chyba) mu trochę odwdzięczyć, bo pewnie dałby sobie radę beze mnie, ale mogłoby to być nieco trudniejsze... Warto mieć zawsze kogoś takiego, komu można zaśpiewać (http://www.youtube.com/watch?v=ireCkhc1QJc):
"Przyjacielu mojej drogi krętej
Wędrowaniem złączone światy dwa
Przyjacielu mojej drogi krętej
Jeszcze nie jeden przejdziemy razem szlak"
Oby każdy z Was miał takiego przyjaciela...


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przysięgam Wam, że płynie czas...

Był biwak. Trochę taki, jak każdy inny, ale nie do końca. Pierwszy, który przygotowywali zastępowi. No dobrze, większość papierologii spadła na mnie i tak, ale programu tyle co nic (robiłam w sumie 2 zajęcia, w tym jedno przypadkiem, a do obu właściwie nie musiałam niczego przygotowywać). Adam w ogóle robił tylko obiad.
Cały nasz biwak był japoński. W piątkowy wieczór najpierw szyliśmy sobie kimona, potem oglądaliśmy anime. Poszliśmy spać dość późno. W kadrówce było nas sześcioro, ale kadrówka jest pokojem podzielonym na dwa pokoje - jeden dwuosobowy, który był u nas "komendą", to znaczy, że spaliśmy tam z Adamem i trzymaliśmy tam rzeczy, o których mieli nie wiedzieć - np. chusty HS; w drugim pokoju, a właściwie pierwszym od wejścia jest 6 miejsc do spania i tam spała nasza młoda kadra, sztuk 3 i Andrzej. No i w piątkową noc przyszedł moment na nocne rozmowy o wszystkim. I tu okazało się, że nas podział na dwa pokoje jest całkiem słuszny. My z Adamem mogliśmy sobie pogadać o wszystkim i jednocześnie trochę posłuchać, o czym mówią za ścianą (nie trzeba było podsłuchiwać, żeby słyszeć - hufiec ma ściany prawie z tektury). Wniosek taki - dobrze, że śpimy osobno, bo gdybyśmy byli w jednym pokoju to ani oni, ani my nie moglibyśmy sobie spokojnie porozmawiać, a tym czasem oni rozmawiali o biwaku, trochę podsumowali i pomyśleli o jutrze. Bez nas, więc nie musieli się za bardzo spinać. Nie żebyśmy ich potępiali za to co mówią, ale jednak inaczej się rozmawia w swoim gronie niż przy kadrze. I słychać było, że nawet całkiem się zgrywają.
W sobotę zajęcia z origami (które prowadziłam - co tu do przygotowywania?), potem z języka japońskiego, obiad jedzony pałeczkami, potem kilka sportów japońskich i przedstawienia z japońskich bajek. Po obiedzie właściwie prawie mnie tam nie było. Położyłam się na chwilę i pomyślałam - ja leżę, a biwak "sam" się prowadzi. Potem jak powiedziałam to Adamowi słusznie zauważył, że będzie tak coraz bardziej...
Przy okazji kolacji zaśpiewaliśmy Jarkowi sto lat, przynieśliśmy ciacho i tęczową galaretkę. Pogadaliśmy, zjedliśmy, przyszedł czas na grę. Jakoś po grze przez chwilę rozmawiałam z Andrzejem i Sokiem (akurat siedzieliśmy w kadrówce). Czego się dowiedziałam? Że mamy zgraną drużynę, ludzie się słuchają i dogadują, że w innych drużynach na prawdę jest ciężko czasem do ludzi dotrzeć, że inne drużyny nie ogarniają się "same" (i już nawet nie o to chodzi, że bez mojego udziału tylko z zastępowymi, ale ogólnie sami w swoim gronie). I wiecie co to znaczy? To znaczy, że my osiągnęliśmy cel, który tak często wiele jednostek wpisuje w swoje plany, kiedy nie wiedzą co wpisać. To ten cel zaraz po "dobrej zabawie" - integracja. No dobra, my też mieliśmy taki cel wpisany w plan pracy obozu, z tym, że w trochę inny sposób, bo było dopisane "szczególnie w zastępach", co przełożyło się bezpośrednio na działanie dużo zastępami, wzmacnianie roli zastępowych, więc choćby przekazywanie informacji przez nas zastępowym, przez zastępowych dalej. No ale o obozie już pisałam. A teraz potwierdza się, że obóz nas zintegrował i jednocześnie nie zamknął na innych - "nowi" ludzie są przyjmowani bardzo szybko i bez problemów. Dowiedziałam się też, że nikt się z nikim nie spina, a ludzie stają w swojej obronie. A nawet jak coś się dzieje, to na krótko i szybko jest rozwiązane. I wygląda na to, że nawet ze sobą rozmawiają, jak coś jest nie tak, a to nie często się zdarza, nawet wśród dorosłych.
Po grze zrobiliśmy alarm mundurowy, o którym nasza młoda kadra nie wiedziała (ha haha ha haha - złowieszczy śmiech). Zapakowaliśmy wszystko co było do rozdania do kieszeni (jak dobrze mieć emki!) i wyruszyliśmy do bunkru na Kamiennej Górze, powyżej bulwaru. Dotarliśmy, a że było ciepło to zdjęliśmy polary - przynajmniej ja i Adam. Wtedy po raz pierwszy wszyscy mieli okazję zobaczyć nowe barwy harcerzy starszych. Są piękne. Przyjęliśmy w poczet członków drużyny Soka, potem w poczet członków zastępu SH 6 osób - Jarka, Kamilę, Soka, Wiktorię, Adriana i Olę R. Wiktoria i Soku zostały podzastępowymi zastępu SH, Jarek został odkrywcą. Ola R. w końcu dostała sznur świecowej, a Paula, Ola Ł i Malwina dostały próbne barwy. 
Ale to nie był koniec atrakcji. Adam ostatnio zamknął naramiennik wędrowniczy. Nie ja byłam jego opiekunką, a opiekun z różnych przyczyn nie miał możliwości obrzędowego nadania naramiennika, więc stanęło na tym, że Adam ma go po prostu zacząć nosić. Ale nie tak to się skończyło. Nie był to pierwszy nadawany przeze mnie naramiennik, ale pierwsze nadanie, na którym załamywał mi się głos, kiedy mówiłam najlepszą na tę okoliczność gawędę - kodeks wędrowniczy. Potem odebrałam od Adama odnowienie Przyrzeczenia - takie Przyrzeczenia lubię najbardziej, takie, które są przez składającego wymawiane z pełną świadomością tego, co mówi...
Wieczorem już po zabawie w chowanego, słyszeliśmy jak za ścianą dzieje się podsumowanie biwaku. Dość krótkie, ale jednak. Nie prosiliśmy, nie mówiliśmy o tym. 
Rano posprzątaliśmy za siebie i trochę za drugą drużynę, która była z nami jednocześnie w hufcu.
Zastępowi całkiem się spisali. Biwak był super, udał się, wszystkim się podobał. Pozytywnie. 

A skąd tytuł posta? No cóż, ja już powoli nie przygotowuje biwaków, niektórych zbiórek, czas leci... A tytuł oczywiście jest cytatem. Z piosenki SDM. http://www.youtube.com/watch?v=rjFAJV288g0

poniedziałek, 26 listopada 2012

Czy tylko ja mam takie plany?

Jako że ostatnio nie piszę jak nie mam nic do napisania, to pojawiam się dopiero teraz.
Od pół roku mam oficjalnie przybocznego (no dobra, jutro będzie równe pół roku). Co prawda rozkaz był tylko potwierdzeniem stanu faktycznego - coś jak zaznaczanie na fejsbuku "w związku" jak się już z kimś jest ;)
Patrząc na to, co przez to pół roku się wydarzyło i pozmieniało w drużynie, to aż ciężko uwierzyć, że to tylko tyle czasu. Niesamowity obóz pół-wędrowny, powstanie pionu starszoharcerskiego o pewnej odrębności (i pięknych chustach, o których HS-y na razie tylko słyszały) i nabór do niego, powstanie nowego zastępu zastępowych, zastępy zaczynają działać, zbiórka drużyny raz w miesiącu i wymyślanie wszelkich możliwych sposobów uzyskania pieniędzy na działalność drużyny... A do tego plany - szykuje się niezły biwak robiony przez naszych zastępowych, świetne zimowisko, obóz w wersji hard (w pełni wędrowny, o ile znajdziemy kierownika, ale nie będę zdradzać na razie szczegółów, bo jeszcze się nie uda...). Między tym wszystkim jeszcze to, co najważniejsze - rozmowa. Dużo. I to co tylko troszkę mniej ważne, a często zapominane - metodyka.
I znów będzie o metodyce. Rok i 6 dni temu powstał pierwszy wpis na tym blogu, dotyczący właśnie pracy w metodykach i młodej kadry (jakby ktoś chciał przeczytać to klik tutaj).
Dziś trochę inaczej, dziś o stanie faktycznym, moich planach i plotkach (które, mam nadzieję, mają jak najmniej prawdy w sobie, ale obrazują negatywne, moim zdaniem, przykłady).
No to jest tak. Aktualnie w drużynie mamy 18 osób. W niektórych środowiskach to mało, w niektórych dużo, u nas akurat chwilowo jest to szczyt ilości aktywnie działających osób. Chwilowo większość to pion SH (10 osób).
Najstarsze nasze "dzieci" są w drugiej klasie gimnazjum, czyli mają po 14 lat. Są zastępowymi zastępów harcerskich (no, dwójka jest, trzecia nie, ale kto wie, co się stanie... ;) ). W innej drużynie dziewczyny w ich wieku są przybocznymi - to akurat fakt, nie plota. Nasi o tym oczywiście wiedzą. Można by się spodziewać po nich reakcji takiej: "No jak to, one są przybocznymi, a my nie możemy? Ale głupio!". Ale nie, oni sami stwierdzili, że nawet by nie chcieli, bo to za wcześnie. No właśnie, jeszcze co najmniej rok do tego, żeby dostać zieloną beczkę próbnego przybocznego. Na razie uczą się jak zorganizować biwak, wszystko z naszą pomocą, podpowiedziami i czuwaniem, żeby w razie czego wszystko ratować na ostatnią chwilę. Na szczęście na razie się na to nie zapowiada.
A tu negatywny przykład z ploty - drużynowa każe przygotować przybocznym w wieku 16 i 15 lat samodzielnie zimowisko i całkowicie im to zostawia, nie interesuje się. Dodatkowo zaczyna myśleć o przekazaniu drużyny, bo przecież ma już prawie 19 lat i od dwóch prowadzi drużynę i przyszedł czas na działanie w hufcu. Koniec plotki. Mam nadzieję, że nie prawdziwa, ale nie znam sytuacji. Ale nawet jeśli nie prawdziwa, to ładnie obrazuje to, czego być nie powinno.
Dalej to już może o planach. Nie spodziewam się oddać drużyny wcześniej niż za trzy lata. Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy i komu, wiele zależy od tego, czy będzie na to gotowy/a. I za trzy lata przy SP10 będzie działał szczep, z pełnym ciągiem wychowawczym - gromadą, drużynami harcerską, starszoharcerską i wędrowniczą.
A dla dzieciaków będzie normalne, że:
- zuch na przełomie III i IV klasy idzie do drużyny, a nie "chce zostać w gromadzie" (nie-plota)
- harcerz na przełomie podstawówki i gimnazjum idzie do drużyny starszoharcerskiej, a nie zostaje przybocznym (kolejna nie-plota)
- harcerz starszy zostaje wędrownikiem i ewentualnie zaczyna swoją przygodę z kadrowaniem, "nie da się" zostać przybocznym jako HS (ewentualnie próbnym pod koniec wieku SH)
- stopnie harcerskie zdobywa się w wieku, dla którego są przeznaczone i "nie da się" inaczej
- "nie da się" też otworzyć próby na naramiennik przed skończeniem gimnazjum, a HO przed zdobyciem naramiennika
- samarytanka/ćwik to stopień, na który można ewentualnie pomóc w imprezie szczepu czy drużyny, a nie zorganizować hufcową (no i następna nie-plota), a ten stopień to nie "małe pwd" polegające tylko na organizowaniu czegoś dla innych i zdobywaniu uprawnień
- 16 lat to nie jest idealny wiek, do otwarcia pwd - można, ale po co?
- drużynowy/przyboczny nie robi imprez hufcowych (a przynajmniej nie każdą możliwą i w całości, czasem jakąś część - ok, przecież trzeba się tego kiedyś nauczyć) - przecież zajmują się tym instruktorzy hufca (namiestnictwa, szczepu), którzy oddali już swoje drużyny.
- drużynę prowadzi instruktor, nie samarytanka/ćwik (nie-plota), ewentualnie osoba, która kończy już zdobywanie swojego stopnia instruktorskiego
- na kurs drużynowych idzie się mając 16 lat i IV stopień, a nie 14 lat, II stopień i podobno otwarty IV
- po HO zdobywa się HR i jest to taki sam stopień, jak każdy inny

No, to się rozpisałam. Tak na podsumowanie... Nie przyspieszajmy rozwoju naszych harcerzy, bo zrobimy im tylko krzywdę - szybciej zaczną, to szybciej skończą, bo im się znudzi. A jeśli będziemy co raz bardziej obniżać wiek drużynowych, to w końcu okaże się, że teraz "drużynowym" jest osoba, którą jeszcze niedawno nazwałoby się zastępowym. Zacznijmy w końcu trzymać poziom wysoko, a nie obniżać go jeszcze mocniej... Ale! Nie przeginajmy też w drugą stronę, nie dawajmy ludziom czekać zbyt długo np. na objęcie funkcji, bo stwierdzą - skoro jej nie dostaje, to bez sensu i idę sobie. Po prostu uczyńmy normalnym pewne dolne granice wieku, stopnia - wtedy nawet najbardziej ogarnięte osoby będą wiedziały, że mogą zostać przybocznymi czy drużynowymi, ale nie teraz. I będzie to dla nich normalne.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie...

W końcu nadeszła chwila na to, żeby napisać coś na blogu. Ostatnio przez jakiś czas się nie udało. Czemu? Bo rajd. Zeżarł sporo mojego czasu, a jeszcze w połączeniu z całym ogromem innych rzeczy to już w ogóle.
Swoją drogą, że nie specjalnie mam o czym napisać...
Często jest tak, że najpierw wymyślam tytuł postu, a potem tytuł sobie czeka aż napiszę jakąś treść. Tak było i tym razem. Tytuł jest oczywiście cytatem - z piosenki SCoB. Jakoś tak mnie naszło w trakcie słuchania jej w autobusie, że moja "ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie" - jakoś w domu nie mogę usiedzieć i szybko zaczyna mi się nudzić.
A jak przychodzi jeszcze do bycia w kilku miejscach na raz to już w ogóle zaczyna się robić ciekawie.
No i tak ostatnio było. Ostatnio wczoraj. Ja i Adam, czyli cała kadra drużyny, na RŚPG. Nasi harcerze dopytują się o paradę. Od czwartku chyba. Ja w piątek pakuję się, załatwiam wszystkie resztki rzeczy, które jeszcze nie załatwione, potem zaczął się rajd, to w ogóle nie było kiedy choćby SMS-a dzieciakom napisać. Więc nikt z harcerzy nie wie, co z paradą. W sobotę wszyscy zaczęli pisać, a ja nie miałam swojego telefonu (miałam przełożoną kartę, bo mój rozładowany), więc ani grama numerów do kogokolwiek. W końcu zadzwoniliśmy do zastępowych, ale żadne z nich nie mogło iść na paradę. Kilku osobom, które pisały SMS-y napisałam, o której parada się zaczyna i gdzie, i że nas nie będzie. Nie mam pojęcia komu, jak już wspomniałam, nie miałam numerów. Nie sądziłam, że ktokolwiek się ogarnie.
Wróciłam do domu w niedzielę wieczorem, wstałam w poniedziałek o 14 rano, wchodzę na facebooka, patrzę - a moi harcerze wstawili zdjęcia z parady. Sami z siebie poszli na paradę. Może nie w jakiejś wielkiej ekipie (6 osób), ale przypuszczam, że gdybyśmy my byli to nie byłoby wiele więcej. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że jestem z nich dumna. Poszli na paradę, na apel hufca, zameldowali drużynę. Sami.
To chyba oznacza, że nasze czasem zostawianie harcerzy samych i powiedzenie "radźcie sobie" i patrzenie z boku, czy wszystko jest ok, daje jakieś efekty. Nawet całkiem pozytywne.

wtorek, 2 października 2012

Obrzędowe łamanie regulaminu

Wróciłam ze Spartakiady Harcerskich Drużyn Wodnych i Żeglarskich. Duża, chorągwiana impreza, ponad 300 osób. I jakoś tak mnie naszło na napisanie kilku słów o tym, jak harcerze wyglądają.
Z racji tego, że impreza specjalnościowa, większość to szczęśliwi posiadacze wodnych mundurów. Wodniacy mają czasem tak, że mówią, że nie ma regulaminu mundurów wodnych - tak naprawdę istnieje jakiś, sprzed wielu lat, który nie do końca jest już aktualny, a większość jest już zwyczajowa. I gdyby rzeczywiście wszyscy trzymali się zwyczajów, byłoby super.
Teraz mówię o mundurze wodnym - trzecie miejsce w rankingu zajmują dziewczynki w samych leginsach do munduru, ale nie można im się zbytnio dziwić, skoro drużynowa tak chodzi. Nie mniej jednak - leginsy to nie spodnie! Miejsce drugie zajmuje dziewczynka w spodniach dresopodobnych, koloru chabrowego z różowym, szerokim paskiem po boku nogawki. No cóż, ktoś nie dopilnował. Miejsce pierwsze, nie ze względu na wygląd, a komentarz drużynowego (?) - moro do granatowego munduru - "U nas w drużynie jest taka obrzędowość. Ja się Twojej obrzędowości nie czepiam".
I to właśnie skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, czy obrzędowość powinna usprawiedliwiać łamanie regulaminu. Akurat o spodniach regulamin wodny mówi tyle: "Do bluzy żeglarskiej harcerze i harcerki noszą długie granatowe spodnie". Może granatowe spodnie ciężko jest dostać (spodnie inne niż dżinsy). Ale co stoi na przeszkodzie, żeby założyć czarne? Niby też niezgodne z regulaminem, a wyglądają dużo lepiej...
Regulamin został po coś napisany. Według mnie nie po to, żeby uprzykrzyć nam życie, raczej po to, że skoro już jesteśmy organizacją mundurową, to powinniśmy wyglądać choć trochę podobnie. Trochę tak jak w wojsku, do którego tak bardzo próbują się upodabniać ci noszący nieregulaminowe moro do munduru (regulamin "lądowy" mówi o jednolitych spodniach).
O ile lepiej wyglądaliby harcerze, gdyby ich drużynowi zadali sobie trud przeczytania regulaminu umundurowania i zastosowali się do niego. Najpierw drużynowi, a potem harcerze.
I na koniec, żeby nie było, że czepiam się tylko wodnych mundurów. Dżinsy do lądowego munduru (blee) pominę. Niezaprzeczalnie pierwsze miejsce zajmuje moja harcerka (nadal nie wiem, dlaczego nie wypraszam takich ludzi ze zbiórek...), która nie miała mundurowych spodni (wyrosła - zdarza się) i założyła ledżinsy. Jeśli ktoś nie wie - takie trochę grubsze leginsy z nadrukiem jakby były dżinsowymi spodniami. Na gumce oczywiście.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Agregat prądotwórczy

Wakacje zbliżają się ku końcowi. Przynajmniej dla niektórych. Ja jestem szczęśliwcem posiadającym wizję jeszcze miesiąca wakacji. Co prawda już raczej nie wyjezdnych, bo zbiórka co tydzień, bo zajęte weekendy.
Poprzedni miesiąc siedziałam w lesie. Najpierw Wenecja. Kurs na Młodszego Instruktora Żeglarstwa. Pływanie przed południem, po południu i czasem wieczorem. Kurs zdany, choć okazało się, że nie umiem robić zwrotu przez rufę. Ale co tam egzamin. Śmieszniej było wcześniej. Połamałam rumpel na Radości. Znaczy się sam się złamał, ja tylko chciałam gwałtownie skręcić. Zresztą potem Radości udało się zgubić ster w czeluściach Rudej Wody. Ale zanim to się stało, wygrałam na niej regaty MIŻ-ów. A jak już mówimy o Radości, to zdarza jej się tonąć. Sportowa omega, wydawałoby się idealna do wywrotek, ale niestety, co którąś wywrotkę zalewają jej się komory i nad wodę wystaje kawałek dziobu. Dwa razy ratowaliśmy ją z tego stanu. Raz przewróciliśmy Wiedźminkę, w ekipie przyszłych MIŻ-ów. Niekontrolowanie. Najśmieszniejsze było to, że w pierwszym momencie byłam mokra tylko po kolana, niestety potem trzeba było wejść całkiem do wody. Jeśli ktoś nigdy nie ściągał w wodzie butów i emek - polecam. Wanty wypadające z salingów można pominąć. Żaden maszt przez to nie spadł. Podwójna wywrotka - najpierw Akara, 2 minuty później Napoleon. Wszystkie silniki do pomocy. Najpierw Akara, po drodze ściąganie łódek (w tym dwóch DZ) z krzaków, potem Napoleon w towarzystwie motopompy na przeciwległym brzegu. Straty - ster od Akary, miecz od Napoleona. Dzień egzaminu - Rozpacz tonie w porcie. Żadnego z MIŻ-y nie interesował egzamin, przecież trzeba ratować łódkę! Ostatecznie się udało, choć w międzyczasie były różne teorie na temat ilości suwów motopompy. Jednak jest czterosuwem, więc nie potrzebny był ten olej, który wlaliśmy do benzyny. Jak już przy benzynie jesteśmy... Nocne eskapady na silniku, raz po rejs łódzkich harcerzy, przemoczonych całkowicie, drugi raz żeby ratować nasz rejs, a głównie jego morale. Na żadnej z tych eskapad (niestety) mnie nie było. Ale i tak oswoiłam się z silnikiem. Holowałam DZ-ty na wstecznym. Ale łatwiej mi szarpnąć szarpankę lewą ręką, mimo że jestem praworęczna, co nadal mnie dziwi.
Po co ja to wszystko pisze? I tak większość z Was nie wie, czym jest Radość, Napoleon, Akara, Wiedźminka, Rozpacz... A dla nas to właśnie było życie przez 3 tygodnie. Pływanie, ratowanie ludzi, sprzętu, wykłady, niektóre piekielnie nudne, ciastka na każdych zajęciach i cukierki-gumy rozpuszczalne, których zjadaliśmy kilogramy, na koniec składanie portu... I już. Koniec.
Z Wenecji na moment wróciłam do domu. O 3 w nocy wyjechaliśmy z bazy, o 5 byliśmy w Gdańsku. Koło 12 wróciłam do domu, następnego dnia o 10 byłam już w Gdańsku.
Potem Stężyca. Białorusini. Na miejscu okazało się, że mam być komendantką jednego z trzech obozów. Ok. Na początku było źle. Nie chciałam tam być. Reszta kadry dziwna (ze Stolycy, to czego można się było spodziewać ;) ), jakoś nie bardzo mogliśmy się dogadać. Potem już lepiej, już jakoś inaczej, już dało się na luzie pogadać. Tak czy inaczej - Białorusini super, opiekunki i opiekunowie też, miałam trochę okazji z nimi porozmawiać i o języku, i o tym jak to jest na Białorusi... Nauczyliśmy się kadrą piosenki - тры чарапахи, siedząc do późna w nocy z tekstem i youtubem. Żyliśmy o godzinę do przodu. Ostatniego dnia wstaliśmy o 5 naszego czasu, żeby odprawić Białorusinów do domu. Składaliśmy namioty w świetle gwiazd. Co tu jeszcze mówić - muszę pojechać na Białoruś i tyle.
Później spędziłam 24 godziny w Czernicy. Wystarczyło. Chyba nie chcę o tym mówić zbyt wiele. Zachód słońca niesamowity, jak zawsze.Ale super spało się na siatce rozwieszonej w porcie.
Skąd tytuł posta? Przez ostatni miesiąc agregat towarzyszył mi codziennie. Obie bazy - i Wenecja, i Stężyca - zasilane były prądem z agregatu. Można się przyzwyczaić do tego szumu. W domu jest jakoś cicho. Zauważyłam to w nocy między Wenecją a Stężycą. Nic nie wiało, fały nie obijały się o maszty. Dziwnie.
To tyle jeśli chodzi o dotychczasowe moje wakacje. Jutro parę rzeczy do załatwienia, pojutrze o 4.30 (nie wiem kto wymyślił taką nieludzką godzinę) pociąg Gdynia - Kętrzyn. Potem na autonogach Kętrzyn - Węgorzewo przez Gierłoż i Mamerki. I w między czasie pisanie planu pracy drużyny. To będzie naprawdę megasuperhiperplan.

sobota, 21 lipca 2012

Jestę wędrowcę!

Już po obozie. Czas co nie co podsumować.
Wiele osób przed wyjazdem mówiło mi "Ja bym nie pojechał/a na taki obóz z harcerzami". Znaczy taki pół-wędrowny. Ja pojechałam i nie żałuję. Uważam, że osiągnęliśmy przynajmniej część założonych celów - harcerze są bardziej samodzielni, pomagają sobie nawzajem i osobom z zewnątrz i zaczynają być rzeczywiście drużyną, a nie zbitkiem osób w tych samych barwach. Przeprowadziliśmy małą rewolucję jeśli chodzi o zastępy (postanowiliśmy, że zastępowymi zastępów harcerskich będą harcerze starsi). Przypuszczam, że zmiany nie byłyby tak widoczne przy stacjonarnej formie obozu.
A teraz małe podsumowanie w liczbach:
10 - tylu uczestników było na obozie:
2 harcerzy starszych
4 będzie harcerzami starszymi od września
4 zostaje w pionie harcerskim
2 - tyle mieliśmy kadry
13 dni trwał nasz obóz, podczas którego:
5 dni spędziliśmy na bazie w Wenecji
8 dni spędziliśmy na
3 wyprawach (kajakach, rejsie, wycieczce-wędrówce na Wilczy Szaniec)
46 kilometrów to odległość, jaką pokonaliśmy piechotą
26 kilometrów - tyle zrobiliśmy na żaglach/silniku (na kanale)
2 razy kładliśmy i stawialiśmy maszty
480 złotych wydaliśmy na jedzenie poza Wenecją
521 złotych wydaliśmy na bilety PKP
575 kilometrów przejechaliśmy
10 różnymi pociągami
7 razy rozkładaliśmy i składaliśmy nasze małe namioty
3 noce spaliśmy w innym miejscu niż namiot (w świetlicy na bazie, po wielkiej burzy, w Wińcu w hangarze, też po burzy i w Kętrzynie w salce katechetycznej, dla odmiany nie po burzy)

Co mogę jeszcze powiedzieć?
Podczas obozu mieliśmy okazję zauważyć, jak bardzo podejście kadry wpływa na harcerzy. Drugiego dnia obozu przyszła wielka burza. Pół bazy stało w porcie i patrzyło jak idzie na nas ściana deszczu. Z burzą przyszedł też wiatr. Łódki w porcie powyrywały boje, na których stały, więc rozpoczęto szybką akcję wyciągania całego możliwego sprzętu na brzeg. Żeby było jeszcze trochę "śmieszniej", w podobozie Tczewa zaczęły latać namioty. Co mogliśmy zrobić? Mogliśmy pójść z harcerzami do świetlicy albo na stołówkę i stwierdzić, że to nie nasza sprawa, że mamy swój program i już. A co zrobiliśmy? Rzuciliśmy się do pomocy. Ani mi, ani Adamowi nie przyszło do głowy wtedy nic innego niż to, żeby pomóc wyciągnąć łódki, potem stawiać namioty Tczewa. Nasi harcerze pomagali razem z nami, choć właściwie nikt im nie kazał. Po prostu zobaczyli, że trzeba coś zrobić i to zrobili. Potem jak już trochę się uspokoiło sami chodzili i pytali, czy w czymś jeszcze pomóc. Nikt nie przejmował się tym, że jest całkowicie mokry. Kiedy rozmawialiśmy z Adamem na jednym z naszych spontanicznych podsumowań o tej sytuacji na początku byliśmy zaskoczeni reakcją harcerzy, ale potem dotarło do nas, że w dużej mierze to nasza zasługa. Więc pamiętajcie funkcyjni - to co robicie i w jaki sposób ma ogromny wpływ na waszych harcerzy.

A co do tytułu posta... Jakoś tak się złożyło, że hipsterski tekst towarzyszył nam w różnych wydaniach przez cały obóz - i wtedy, kiedy przyszedł konduktor, który powinien mieć koszulkę z napisem "jestę ...ę" i zawsze wtedy, kiedy szliśmy do toika, koło którego stał kontener z napisem "Jestę kontenerę". Nie wspomnę już o "Jestę Komarę - siorb siorb" ;) 

Na zdjęciach - u góry DZ na motyla, trochę niżej - takie tam, z numerem drużyny, na Wilczym Szańcu. Jeszcze niżej - bagienko w drodze powrotu z Wilczego. Nasyp kolejowy, którym szliśmy, najwyraźniej musiał być sztuczny, bo po obu jego stronach było takie piękne bagno.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Kompromis

Opowiem Wam dzisiaj bajeczkę. Usiądźcie wygodnie i nie zamykajcie oczu, bo nie będziecie mogli czytać. 
Wyobraźcie sobie Człowieka, który ma dużo chęci do pracy, mnóstwo pomysłów i jeszcze więcej energii, żeby je zrealizować. Człowiek ów wyraża swoją chęć zrobienia pewnego Przedsięwzięcia i mówi o tym Przełożonemu. Na początku jest wszystko jak trzeba, wszyscy są zadowoleni, i Przełożony, i Człowieczek. Człowiek wie, jakie Przeszkody mogą go spotkać na drodze do realizacji Przedsięwzięcia, dlatego zawczasu mówi o nich Przełożonemu po to, aby móc je w razie czego szybko wyeliminować.
Wszystko jest cudownie. Przełożony zgadza się, by Człowiek był odpowiedzialny za Przedsięwzięcie. Czasu do realizacji jest jeszcze wiele, ale Człowiek powoli zaczyna kompletować Zespół, w którym dobrze będzie mu się pracowało i na który będzie pewien, że może liczyć.
W pewnym momencie pojawia się Przeszkoda. Dokładnie taka, jaką Człowiek przewidział. Przełożony, mimo wiedzy w jaki sposób Człowiek chciałby rozwiązać taką sytuację, wraz z zespołem Doświadczonych Osób ustala Kompromis, a potem umawia się z Człowiekiem, żeby mu o nim powiedzieć.
Odbywa się spotkanie, na którym Człowiek dowiaduje się o Kompromisie. Ma możliwość przemyślenia go, ale zmiany już nie. Już za późno. Zastanawia się jakiś czas i stwierdza - "To przecież żaden Kompromis. To zupełna zmiana Mojego pomysłu bez zapytania Mnie o zdanie!". Człowiek postanowił powiedzieć Przełożonemu, że widzi dwa wyjścia z sytuacji - albo Przeszkoda zostanie rozwiązana w sposób, który ustalili wspólnie przed jej powstaniem, albo Człowiek rezygnuje. Przy okazji Człowiek próbował wyjaśnić, dlaczego nie zgadza się na taki Kompromis, czy raczej dlaczego nie jest on Kompromisem.
Przełożony wybrał opcję drugą. Stwierdził, że w takim razie nie ma sensu, żeby Człowiek organizował Przedsięwzięcie, bo przecież Doświadczone Osoby ustaliły Kompromis, skoro Człowiek się nie zgadza, to nie. Każda próba wytłumaczenia Przełożonemu, że Kompromis wymaga tego, żeby przedyskutowały go wszystkie zainteresowane strony (w tym Człowiek, który za Przedsięwzięcie miał być odpowiedzialny), była odrzucana słowami: "bo nie było czasu na konsultację", "bo myślisz tylko o sobie".
Człowiek pomyślał tylko - "Czy zawsze już będzie tak, że osoba, którą czyni się odpowiedzialną nie będzie mogła w kluczowych sytuacjach wypowiedzieć swojego zdania, bo będzie to oznaczało, że myśli tylko o sobie, a wszystkie ważne decyzje, które jej dotyczą będą podejmowane przed Doświadczone Osoby?"
Człowiek miał chęci, pomysły i energię. Teraz pozostały mu tylko pomysły, ale nie ma ani energii, ani chęci by choćby powiedzieć o nich głośno.

Chciałabym, żebyście po przeczytaniu tej enigmatycznej bajeczki przypominali sobie w każdej sytuacji, w której będziecie potrzebowali rozwiązania, że z kimś się na coś umówiliście, że ustalaliście z jakąś osobą jedną wersję, a ta osoba zaufała w to, że tak właśnie będzie. Nie róbcie jej tego i nie zmieniajcie wszystkiego za jej plecami. Porozmawiajcie. Ciężko jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której nie byłoby czasu na krótką rozmowę. Trzeba rozmawiać i słuchać. Słuchać nie tylko pojedynczych słów, ale także wypowiedzi jako całości...

piątek, 20 kwietnia 2012

Pozdrowienia z harctrixa

Żyję sobie i żyję, czas przecieka mi pomiędzy palcami, ledwo się obejrzałam, a tu minęły już 2 tygodnie od poprzedniego wpisu. Coś trzeba napisać :) Pozostaje jeszcze pytanie co.
Czwartki są ostatnio strasznie długimi dniami. Wychodzę o 6 rano na basen, wracam po zbiórce, najwcześniej o 20. Nawet nie wiele po drodze czasu i miejsca na odpoczynek.
Na szczęście ostatnio znalazło się kilka godzin na to, aby móc je poświęcić ludziom, pogadać, może wymyślić jakiś sposób na rozwiązanie problemów. Od jakiegoś już czasu mam wrażenie, że do gadania jestem dobrą osobą - jakoś tak zawsze wychodzi, że znam większość problemów swojego środowiska, bo ludzie sami przychodzą i mówią, że coś jest nie tak. I mimo tego, że nie zawsze jestem w stanie jakoś konkretniej pomóc, to mam coś, czego, jak się ostatnio okazuje, wielu ludzi (szczególnie tych, od których by się tego wymagało), nie posiada - umiejętność słuchania. To jest przecież tak ważne w rozmowie, a mam czasem wrażenie, że niektórzy o tym zapominają... A to tworzy całe mnóstwo problemów - plotki, niedogadania. Ostatnio często spotykam się z opiniami ludzi typu "bo ten to robi to i to", "a tamten to jest taki i owaki", mimo tego, że wypowiadający się ludzie nie mają pojęcia o sytuacji (tzn. słyszeli jakieś plotki), ale nie przyjdą do "tego i tamtego" i nie zapytają o co chodzi. Co najwyżej opieprzą z góry na dół, jak to on tak może.
Trochę enigmatycznie i ogólnikowo, ale cóż, nazwiskami rzucać przecież nie będę. Nie o to tu chodzi. Ale jeśli ktoś już czyta, to mam jedną radę: więcej słuchaj niż mów. Sprawdza się, na prawdę.

środa, 4 kwietnia 2012

Gdzieś między jednym a drugim życiem

Dziś będzie krótko. Szukałam czegoś w szafie i musiałam wyciągnąć z jednej półki wszystkie rzeczy. Akurat z tej półki, na której trzymam wszystkie "harcerskie" rzeczy. Chusty, kartonik z plakietkami, wyłogi, getry... Wszystko, czego już nie noszę na co dzień. Wszystkie wspomnienia. Mam tam 5 chust ze wspomnieniami (chusta gromady, pierwszej drużyny, zlotu w Krakowie, kursu z Białorusinami z zeszłych wakacji i zastępu z pierwszej kolonii zuchowej), 24 buttony z różnych imprez, 5 sprawności zuchowych, pierścień z zuchów, srebrną lilijkę z beretu (tą, którą przypięłam do niego 9 lat temu i odprułam w zeszłym roku, żeby przypiąć złotą), 36 i 1/3 plakietek, w tym 6 własnoręcznie wyszytych, 4 z Czernicy i 6 i 1/3 z RTL-ów, do tego 5 zielonych, 4 czerwone i 2 granatowe wyłogi, 2 czarne i 2 granatowe getry z białymi paskami, zuchowy beret i naramiennik z pierwszej drużyny z wyszytą pionierką. Na tablicy korkowej wisi plakietka gromady i 3 zuchowe gwiazdki. Do tego to wszystko co jest na jednym czy drugim mundurze... I 2 stare mundury w szafie.
Same wspomnienia. I coś, bez czego nie wyobrażam sobie życia. Nie wyobrażam sobie siebie jako nie-harcerki. Znaczy się tego, co bym robiła teraz w życiu, gdyby nie było mnie w Związku. Już ponad pół życia w tym siedzę. I nie, nie mam znajomych spoza harcerstwa. Tylko kilkoro ze studiów, ale widzę się z nimi głownie na uczelni...
Czas zacząć myśleć o "wyjściu w świat", o tym, co będę robić w życiu, bo przecież nie zostanę "skautem zawodowym"...
Harcerzu! Jeśli to czytasz, to zastanów się, czy masz jeszcze życie poza harcerstwem. A potem zrób tak, żeby na pewno je mieć, bo harcerstwo chleba (podobno) nie daje.
To ja idę śnić o planach na przyszłość. Dobranoc.

niedziela, 18 marca 2012

Łódź (22:03) -> Toruń (00:44)

W zeszły weekend miałam okazję być na YAPIE w Łodzi - taki duży festiwal piosenki studenckiej. Impreza zupełnie nie harcerska, ale spędzona w harcerskim gronie. A harcerze, jak to harcerze, lubią sobie czasem pomarudzić. A odpowiednio wykorzystane marudzenie jest całkiem pozytywne.
Podczas wyjazdu miałam okazję rozmawiać z różnymi ludźmi na różne tematy, m.in. trochę o wychowaniu duchowym w Związku (na to szykuje się oddzielny post), trochę o namiestnictwie (z osobą, której właściwie wcześniej nie znałam, ale w ZetHaPie jak to w ZetHaPie - szybko poznaje się ludzi i gada się z nimi jakby znało się ich od dawna), no i trochę o wszystkim. O wszystkim, o czym można rozmawiać w pociągu między Łodzią a Toruniem w nocy pomiędzy niedzielą a poniedziałkiem.
Otóż zaczęło się niewinnie od wjeżdżania na reformy edukacyjne, a potem przeszło na harcerskie rozkminianie, jakby to mogło być dobrze, gdyby... Zresztą to nieważne. Ważniejsze jest to, co dla mnie wypłynęło z tej rozmowy i o tym mam zamiar napisać.
Są pewne dwie Rzeczy, których niejednokrotnie bardzo w Związku brakuje, szczególnie funkcyjnym. Rzeczy absolutnie niezbędnych do sensownej pracy. Rzeczy przez duże "RZ". Motywacja (przez duże "M") i Inspiracja (przez duże "I").
Czasem jest tak, że gdzieś tam między uszami pojawia się Pomysł. Nie byle jaki. Taki, który mógłby zmienić świat, albo choćby jego część. Tylko że kiedy Pomysł nie spotka Motywacji, to nic z niego nie będzie. I tu znajdujemy (tak mi się zdaje) rozwiązanie wielkiej części problemów kadry od zastępowych wzwyż - Motywować! Takie proste słowo, które wszyscy doskonale znamy i które przewija się w większości instruktorskich rozmów. Pozostaje pytanie - jak? Przede wszystkim skutecznie. Choć to nie zawsze jest proste. Ale możliwe.
Jeśli miałabym komuś poradzić, skąd czerpać Motywację i Inspirację, powiedziałabym - rozmawiaj! Rozmawiaj z innymi instruktorami, harcerzami, ludźmi. Chyba nic nie inspiruje tak bardzo jak możliwość "twórczego marudzenia", czyli porozmawiania z drugą (trzecią, czwartą...) osobą o swoich problemach, obawach, pomysłach, wysłuchanie jej problemów i tego, jak sobie w danych sytuacjach poradziła (lub co nie podziałało), wymiana doświadczeń. I niesamowitym jest, kiedy mówisz komuś, że masz jakiś niewyraźny pomysł, a on odpowiada Ci "Super. Działaj!".
Podsumowując - zachęcam wszystkich do rozmawiania. Nie tylko mówienia, ale przede wszystkim słuchania. Spotykajcie się z ludźmi, kiedy tylko możecie - na rajdach, wyjazdach, zbiórkach. Wiedzcie, że każdy ma problemy, często podobne do waszych, ale, jak to mówią, w kupie siła! Wspierajmy się nawzajem, a na pewno wtedy wszystkim będzie lepiej, a nasi harcerze i zuchy będą mogli zyskać jeszcze więcej.
I tak na sam koniec, chciałabym pozdrowić niesamowitego druha, z którym rozmawiałam tego wieczoru i który dał mi motywację i inspirację do działania. Dziękuję, Karolu :)

poniedziałek, 12 marca 2012

Cośtam o HaeRze

Otworzyłam HR - wkrótce zostanę półbogiem, końcowym produktem ZHP, pozostanie tylko zdechłą rybą w twarz i wypad do życia.
Ale tak na serio. Ostatni stopień harcerski wśród wędrowników często wywołuje dyskusje. Kto to jest Harcerz Rzeczpospolitej? Kto może taki stopień zdobyć? No i częste: "Ja się nie nadaję na bycie HaeRem", "to nie stopień dla mnie", "nie jestem jeszcze na tyle ogarnięty/ta, żeby go zdobyć" itp.
A ja na przekór temu wszystkiemu otworzyłam. Nie mam poukładanego życia, bo nie o to chodzi (a przynajmniej ja tak myślę), żeby mieć wszystko na cacy PRZED zdobyciem stopnia. Bo skoro ktoś już jest całkowicie ukształtowany, to nad czym ma pracować? (Każdy ma wady, nad którymi warto, ale chodzi mi tu raczej o samo zmienianie i układanie swojego życia.)
Inną sprawą jest to, że trzeba dobrze zastanowić się nad próbą i nad samym faktem tego, czy jest się gotowym zmieniać swoje życie (pewnie w wielu przypadkach będzie to dość znaczna zmiana), "dorosnąć" do porządnie ułożonej próby i nastawić się na cel, a nie na "A, otworzę sobie HR i będę mieć 2 gwiazdki na pagonie". I, mimo tego, że jest to stopień dla "staruchów", bardzo indywidualny i nastawiony raczej na osobę go zdobywającą niż na jej środowisko, bardzo ważna moim zdaniem jest rola opiekuna - kogoś, kto będzie potrafił spojrzeć na nas "od zewnątrz". Na przykład w moim przypadku było (jest) tak, że dzięki rozmowom z opiekunką przy okazji układania zadań wiele sobie o sobie uświadomiłam, albo nazwałam rzeczy, których wcześniej nie potrafiłam (lub nie chciałam) określić.
W ramach podsumowania - myślę sobie, że to nie prawda, że HR jest tylko dla półbogów, że trzeba być nie wiadomo jak wspaniałym, żeby go zdobyć. Właściwie nawet bardzo zachęcałabym wszystkich, którzy zrobili HO i na tym na razie ich rozwój osobisto-wędrowniczy się skończył, do przemyślenia, czy może HR będzie dobrym pomysłem - może dzięki temu, że będziecie swoje działania mieli sprecyzowane w zadaniach, łatwiej będzie zrobić rzeczy, które od dawna się chciało lub powinno i przez to osiągnąć życiowe cele?
Bo o własnym rozwoju nie powinno się zapominać, kiedy jest się instruktorem. Wtedy właściwie jeszcze bardziej trzeba o nim pamiętać.