Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 czerwca 2018

Toda!

Prezent od pracownic z Vered - Chanukija. Teraz muszę się
nauczyć błogosławieństwa przy rozpalaniu świeczek... :)
Stało się. Minęły 224 dni, został już tylko jeden. Mniej niż 24h do odlotu. Nawet prawie byłam spakowana, ale okazało się, że jestem na granicy tych 20 kg, które mogę zabrać, więc chyba muszę zweryfikować zawartość plecaka... 
To dziwne uczucie tak wyjeżdżać. Przeżywam to już co najmniej od 18 dni, jak zaczęłam odliczanie na facebooku, ale potem przez chwilę o nim zapomniałam, bo było mi lepiej i nie było filmików z liczbami, no ale nagle się okazało, że to ostatni tydzień. 
Ten tydzień był już czasem pożegnań - w poniedziałek pożegnalne "party'' z ekipą z fizjoterapii, w środę z pracownicami z Vered, w którym spędzałam większość mojego wolontariackiego czasu, dziś żegnałam się z prawie każdym, kogo spotkałam, jeszcze jutro będę się żegnać z podopiecznymi. Dużo żegnania się, bardzo dużo miłych słów. Bardzo dużo "może jednak zostaniesz?". Bardzo dużo podziękowań. I trochę łez, bo jak tu wyjeżdżać z tak niesamowitego miejsca? 
(Właśnie się popłakałam, jakiś trzeci albo czwarty raz dziś...)
Dziś było takie dość szczególne - ostatni dzień mojej pracy, właściwie i tak nie pełny, bo od obiadu zrobiłam sobie wolne. Właściwie w dużej mierze dlatego, że ryczałam prawie godzinę - zaczęło się, jak uświadomiłam sobie, że po raz ostatni siedzę na ławce z Nawą i Eti (podopieczne ośrodka), puszczam piosenki z youtube* i "tańczymy". Uświadomiłam sobie, że już nie pójdę z żadną z nich na spacer. Już nie będę siedzieć rano z Eti zanim zaśnie po lekach. Już nie będę karmić Lei i Ilany. Już nie będę odprowadzać Judit do "pracy". Już nie będę pić rano kawy i zagryzać herbatnikami. Już nie będę... Właśnie, już mnie tu nie będzie. 
I to wszystko jest takie dziwne, bo z jednej strony chcę wrócić, bo przecież przyjaciele, rodzina, plany na studia, które mnie jarają i pracę, która też mnie jara. A z drugiej strony teraz mam przyjaciół też tutaj. Mam tu prawie-pracę (prawie, bo jednak to "pocket money" to mało ma wspólnego z prawdziwym "money"... A Bambę za coś trzeba kupować), mam gdzie mieszkać, co jeść, mogę pojechać nad ciepłe morze, mogę pojechać do Jerozolimy na jeden dzień. Mogłabym też imprezować w Tel Avivie, gdybym lubiła imprezować. 
Te 7 miesięcy to jednocześnie dużo i mało. Dużo, bo jednak zdążyłam zobaczyć ogromną część Izraela, byłam w wielu miejscach, poznałam mnóstwo ludzi, dużo robiłam tu w ośrodku, ale też (pewnie dla niektórych moich znajomych i przyjaciół) - długo mnie nie było na miejscu (znaczy w Trójmieście). Mało głównie ze względu na relacje tutaj. Zanim jakoś się nawiązały i ożyły to minęło trochę czasu. No bo najpierw przyjechałam, byłam obca, prawie nie rozumiałam, co się do mnie mówi (mało kto tu mówi po angielsku, jak już pisałam na początku pobytu, a moje rozumienie hebrajskiego przez te 7 miesięcy na prawdę poszło w górę), potem już było wiadomo, że tu jestem, że się mijamy codziennie w pracy i mówimy sobie "Dzień dobry" i "מה נישמה?" (jak się masz?"), potem gdzieś tam parę słów w pracy albo pomiędzy pracą i okazuje się, że mnóstwo tutaj bardzo wartościowych ludzi, z którymi chciałoby się rozmawiać i rozmawiać, ale przychodzi koniec czerwca i trzeba jechać do domu. Całe szczęście, że jest internet, że mamy facebooki i whatsappy, może uda się jakoś te relacje podtrzymać. Mało czasu też na język - nie ukrywajmy, że nie siedziałam nad nauką jakoś intensywnie, tylko trochę (umiem np. odmieniać większość czasowników w czasie teraźniejszym), ale miałam go dookoła cały czas i od jakiegoś czasu nawet trochę rozumiem i umiem się wypowiedzieć całym zdaniem po hebrajsku - owszem, może nie zawsze poprawnie, poza tym znam mało słów, a jeszcze poza tym ciągle zapominam o męskich formach, bo więcej używam żeńskich... Po powrocie na pewno będę się dalej uczyć. Mój mały, ukryty (już nie) cel to podczas następnego pobytu w Izraelu móc już w większości codziennych sytuacji porozmawiać po hebrajsku. Nie mówię tu o niczym skomplikowanym, bo są tematy, o których trudno się mówi nawet po angielsku, bo żaden z rozmówców nie zna specjalistycznego słownictwa (na przykład takiego dotyczącego religii).
Mam jeszcze zaległości w postach o moich przygodach tutaj, więc jeszcze będą. Ale ten post musiał być dziś. Musiał.
No i jedno jest pewne - ja tu jeszcze wrócę!





* np. to https://www.youtube.com/watch?v=h0SuqxOe1Bs, świetnie pasuje do Nawy - bardzo lubi muzykę i zawsze "tańczy" - jak siedzi, to samymi rękoma, ale jak stoi to się tak śmiesznie kiwa na boki. Dlaczego pasuje? Bo tytuł, "rak roca lirkod" oznacza "(Ona) chce tylko tańczyć" :)

czwartek, 12 kwietnia 2018

Połóż mnie, jak pieczęć na sercu...

Walcowe pieczątki
Przyjechałam tu nie tylko po to, żeby siedzieć w ośrodku na końcu świata, ale też po to, żeby coś zobaczyć. Dlatego pesachowy tydzień spędziłam na wyprawie na południe Izraela.
Wyprawa jakoś tak naturalnie i trochę przypadkowo podzieliła się na 3 zupełnie różne od siebie etapy, o których napiszę w oddzielnych postach. Etapy są nierówne czasowo, ale w miarę równe w stosunku do ilości rzeczy, które się działy.
Dziś o etapie pierwszym, czyli Jerozolimie i Qumran - w sumie to jakieś 1,5 dnia.
Wyruszyłam z mojego końca świata o 7 rano w niedzielę. Pracowniczym transportem do miejsca, z którego mam autobus do Jerozolimy, a potem dalej, na tyle szybko, że pod Muzeum Ziem Biblijnych byłam trochę po 9, a w międzyczasie zdążyłam wypić kawę za 5 szekli.
Otwierali o 9.30, a z okazji Pesach było za darmo. Ogólnie w muzeum znaleźć można artefakty z czasów dawnych, tych opisywanych w Biblii - muzeum łączy historię tych ziem z zapisami w Biblii i ówczesną geografią. Wiele gablot opatrzonych jest cytatem ze Starego Testamentu, który opisuje te czasy. Na samym wejściu zrobiły na mnie wrażenie kamienne miseczki, datowane na ok. 6500 lat przed naszą erą, czyli mega dawno - jak oni je robili...? Ale zostałam największą fanką stempli do toczenia. Taka pieczątka, tylko wyryta na walcu, jak się przetoczy po miękkiej glinie albo czymś takim, to zostawia wzór. Niesamowita była dokładność tych wzorów i to, że to im w ogóle ładnie wszystko współgrało na tym maleńkim walcu...
Jeden z obrazów Zoji

Jak to zwykle bywa w takich miejscach, nagle połączyły mi się różne wątki, coś zaczęło nagle mieć więcej sensu...
Wystawa w muzeum opowiadała m.in. o tym, jak to kiedyś pieczęcie były swego rodzaju podpisem - prawie każdy miał swoją i jak ją postawił na dokumencie, to było wiadomo, że aprobuje. Pieczęciami opatrywało się też różne rzeczy, żeby było wiadomo, czyje są, tzn. żeby zaznaczyć własność, a może nawet powiązanie między rzeczą a właścicielem. Przy tej części, jak przy większości, też był cytat z Biblii - i to jest ten drugi wątek. Bo cytat jest świetnie znany, myślę, że nie tylko mnie - pochodzi z  8 rozdziału Pieśni nad Pieśniami:
Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu... (PnP 8,6)*
Sztuka współczesna
Nie ukrywam, że te słowa mi się zawsze w głowie "śpiewają" w piosence Rubika (hehe, https://www.youtube.com/watch?v=3WWwuA6twKI), ale niezależnie od piosenki, nagle zaczęłam rozumieć bardziej ten wers. Dla mniej obeznanych z tematem, Pieśń nad Pieśniami, w uproszczeniu, opowiada o intymnej relacji Oblubienicy i Oblubieńca (wg pewnych interpretacji Oblubienicą jest lud Izraela, a Oblubieńcem Bóg) i powyższe słowa wypowiada Ona do Niego.
Mając w głowie te dwa fakty, zaczęłam się zastanawiać, czemu ona tak powiedziała i co miała na myśli. I mam taką swoją (swoją, z mojej głowy, nie z innego źródła) interpretację, która mówi mniej więcej tak:
Pieśń nad Pieśniami powstała dawno (Wikipedia mówi, że prawdopodobnie VI-III w. p.n.e.), w tych czasach, kiedy właściwie jedynym, a na pewno najistotniejszym sposobem "podpisywania" rzeczy i nadawania im pewnej wartości "urzędowej" były pieczęcie (właściwie w naszych urzędach nadal tak jest...) => ktoś, kto stworzył PnP, chciał podkreślić bliskość kochanków i pewnego rodzaju "przynależność" do siebie.
Chociaż, jeśli wziąć pod uwagę to, że Oblubieniec miałby być Bogiem, a Oblubienica Izraelem, ten wers mógłby brzmieć mniej więcej jak "Panie Boże, pozwól nam przybić na sobie naszą pieczęć, jako znak tego, że jesteś naszym Bogiem" (nadal moja luźna interpretacja).
Może moje "łączenie wątków" nie jest jakoś szczególnie odkrywcze, nie umiem tego ubrać w słowa, ale w mojej głowie te dwie rzeczy brzmiały bardziej jak "ej, to rzeczywiście ma sens".

ahava, czyli miłość
W muzeum spędziłam ok. 2,5 h, poczytałam jeszcze trochę w gablotkach o bogach sumeryjskich i egipskich, pooglądałam eksponaty, wymyśliłam zrobienie własnego zeszytu symboli (taki zeszyt, w którym zamierzam spisywać z różnych źródeł znaczenia symboli, bo zwyczajnie mnie to jara) i poszłam dalej.

Dalej, to znaczy do Muzeum Izraela, które jest po drugiej stronie ulicy. Moim głównym celem były zwoje z Qumran, zwane także zwojami znad Morza Martwego - rękopisy, datowane na I w. p.n.e. i znalezione w latach 1947-1956, które zawierają m.in. pełną Księgę Izajasza, ale także wiele fragmentów większości ksiąg Starego Testamentu i inne pisma, np. dotyczące zasad życia wspólnoty mieszkającej w Qumran.
Pokrywka
Jednak zaczęłam od obejścia reszty muzeum, które jest ogromne... Momentami trochę trudno się w nim połapać, ale ja się gubię nawet stojąc na strzałkach, które pokazują kierunek zwiedzania... W dużej części muzeum jest galerią sztuki, głównie obrazów. Jest też dużo sztuki współczesnej, do której wciąż nie potrafię się przekonać...
Z najciekawszych rzeczy, które mnie tam spotkały, to galeria satyrycznych obrazów Zoji Cherkassky, imigrantki z Ukrainy, dzięki której dowiedziałam się między innymi, dlaczego tak wiele rosyjskojęzycznych ludzi przyjechało tutaj na początku lat 90. - "po prostu" rozpadał się Związek Radziecki, oni musieli walczyć o swoją żydowską tożsamość, a Izrael był przedstawiany jako dość "idealne" miejsce. Obrazki w satyryczny sposób mówią o asymilacji tych imigrantów, którzy dopiero tu na miejscu zaczynali uczyć się hebrajskiego i być "prawdziwymi Żydami".
Drugą, bardzo ciekawą rzeczą, ale bardzo drobną, była wystawa o powstaniu alfabetów, dokładniej o "ewolucji" liter i o tym, jak to się historycznie wydarzyło, że alfabety hebrajski, grecki, łaciński i arabski mają wspólne źródło, a tak bardzo się różnią. Niestety wystawa dała mi tylko ideę i zdjęcie tabelki z literami i czasem ich pochodzenia. Muzeum Ziem Biblijnych dało mi też tytuł książki, od której mogę zacząć czytać na ten temat.
Mykwa z Qumran
W końcu dotarłam do "budynku", w którym jest wystawa o zwojach. Wzięłam budynek w cudzysłów, bo jest to miejsce, którego dach ma wyglądać jak pokrywka dzbanów, w których znaleziono zwoje. W środku na początku idzie się przez "jaskinię", w której są gablotki z opisami tego, jak w ogóle wyglądało życie w Qumran w czasach, kiedy rękopisy zostały napisane i kto właściwie je napisał - najogólniej mówiąc, była to pewnego rodzaju sekta żydowska, której głównymi zajęciami były modlitwy i przepisywanie ksiąg (spłycam, ale mniej więcej tak było). Potem wchodzi się do "dzbana", można tu poczytać więcej o zwojach, zobaczyć kilka z nich (takich oryginalnych), a w centrum znajduje się reprodukcja (właściwie faksymile) zwoju zawierającego Księgę Izajasza, który to zwój ma 734 cm długości (dużo). Nie jest to jednak najdłuższy ze zwojów - ten ma 8,15 m i 66 kolumn tekstu i jest opisem świątyni, ze wszystkimi wskazówkami, jak powinna wyglądać i gdzie co powinno być.
Tam jest faksymile zwoju
z Księgą Izajasza
Spędziłam w tym muzeum około 4 godzin - można by było więcej, ale niestety zamykali... Muzeum jest ogromne i zawiera niesamowitą dawkę wiedzy.

Kolejnym punktem programu był hostel - wyjątkowo inny niż zwykle w Jerozolimie, ale było spoko - spotkałam kobietę z Tajlandii i chłopaka z Szanghaju, dzięki któremu dowiedziałam się, że używają tam dialektu, który jest mieszanką chińskiego (mandaryńskiego) i angielskiego, co więcej jak do siebie piszą, to część słów zapisują swoim "alfabetem", a część alfabetem łacińskim. "Zarządca" hostelu też był spoko i nie mogę nie przytoczyć pewnej "anegdotki" - przy okazji jakiejś rozmowy powiedział, że jest wegetarianinem w 90%, więc zapytałam "czyli co, jesz tylko kurczaka?". Zgadłam - tak dokładniej to pierś z kurczaka. To trochę jak ja, kiedy muszę sobie sama gotować, chociaż ja czasem robię sobie jeszcze wątróbkę.

Qumran
Poniedziałkowy poranek zaczął się wcześnie, prawie spóźniłam się na autobus o 8, ale i tak pojechałam następnym, bo było za dużo ludzi. Autobus zawiózł mnie do Qumran.
W samym Qumran nie ma żadnej wystawy, na której byłyby pokazane zwoje, za to można zobaczyć pozostałości "miasta" (twierdzy?), w której żyli Żydzi - jest sporo mykw, czyli rytualnych basenów, co potwierdza ich religijność. Można się także przejść w kierunku grot specjalnie oznaczonym szlakiem - trochę się przeszłam po pustyni (jedna z rzeczy do zrobienia), właściwie tylko wdrapałam się na jakiś szczyt, a potem zeszłam, bo nie było sensu iść dalej. Trudność szlaku była jak w Beskidzie, więc najbardziej zmęczyło mnie słońce i to, że woda, którą miałam, zdążyła się nagrzać. Nie mniej jednak warto było zobaczyć miejsce, z którego pochodzą zwoje.
Spacer po pustyni

To koniec pierwszej części - w tej części mało przygód, dużo wiedzy, czytania, oglądania i historii - ja jednak nie nazwałabym tej części ani trochę nudną.
Zostawię Was więc w połowie poniedziałku, ciąg dalszy nastąpi.




*Polskie tłumaczenie z Biblii Tysiąclecia, konkretnie stąd - http://www.nonpossumus.pl/ps/

sobota, 31 marca 2018

La la la - APSIK!

Już ponad połowa pobytu za mną. Przez te kilka miesięcy zdążyłam poznać trochę ludzi, zarówno pracowników, jak i podopiecznych ośrodka. I dziś będzie o tych drugich. I będzie długo.

Ten post powstaje z dwóch powodów - po pierwsze, będziecie mogli poczytać, w jakich "warunkach" ja tu pracuję. Po drugie - ja sama będę sobie mogła za jakiś czas przypomnieć, jak to było.

Na początek trochę o tym, jak tu jest to wszystko zorganizowane. Cały ośrodek to kilka budynków, wszystko ogrodzone płotem. Wyjść/wejść da się tylko przez jedną bramę, przy której siedzi ochroniarz. To miejsce nazywa się Kfar Avoda - Kfar - wioska, Avoda - praca. Hehe. W ogóle ośrodek został wybudowany kilkadziesiąt lat temu (przypuszczam, że około 50 lat temu) i początkowo pracownicy, albo przynajmniej część z nich, mieszkali w budynku o nazwie Vilot (Wille), który jest odgrodzony płotem od reszty ośrodka. Na terenie jest kilka budynków gospodarczych (są też kury), duża kuchnia ze stołówką, Kidum - budynek, gdzie są dyskoteki i ćwiczenia, Mass - budynek, w którym część podopiecznych pracuje przy pakowaniu plastikowych sztućców albo gier, budynek fizjoterapii, klinika (to chyba nie jest najlepsze słowo, ale tak je tłumaczą google) - miejsce, w którym są leki i sanitariusze, no i najważniejsze - domy, w których mieszkają podopieczni. Domów jest 12, przy czym dwa (Gefen i Jasmin) są puste, a każdy ma nazwę jakiejś rośliny. 
Narkis - czyli Narcyz - to budynek, w którym mieszkają wolontariusze, czyli ja też. 
Kalanit - Zawilec - męski dom, nie wiele o nim wiem, ale tam są podopieczni, którzy raczej z niego nie wychodzą. Mają ogrodzony teren przy budynku i czasem tam siedzą. Dużo krzyczą i ogólnie to raczej trudniejsze przypadki.
Oren - Sosna - męski, tu są raczej spokojniejsi (mniej problematyczni) i bardziej sprawni, chyba wszyscy chodzą i większość mówi w miarę sensownie. Niektórzy z tego domu chodzą sami po ośrodku.
Brosh - Świerk - męski, nie wiele o nim wiem, tam raczej wszyscy siedzą w środku (niektórzy na ziemi, przed samymi drzwiami...), czasem wychodzą posiedzieć na ławeczkach, więc raczej nie są z tych, co by uciekali, jak w Kalanit.
Dafna - Wawrzyn - męski, wszyscy są mobilni, ale niezbyt rozmowni. 
Haruv - Szarańczyn - mieszany dom, ale są oddzielne części dla kobiet i mężczyzn. Wszyscy są na wózkach albo w łóżkach. Mało kto mówi jakoś sensownie, ale sporo z nich rozumie i jakoś się komunikuje. Niektórzy w ogóle. W tym domu na początku pomagałam przygotowywać śniadania i karmić - mało kto je samodzielnie. Czasem zabieramy wózki na spacer.
Tilia - Lipa - chyba jedyny całkiem mieszany dom. Mam wrażenie, że jest to dom o najwyższej średniej wieku, a na pewno mieszka tu najstarsza rezydentka - ma 86 lat. Część na wózkach, ale czasem chodzą z "chodzikiem" w ramach fizjoterapii, część ma "balkonik", część chodzi bez, ale trochę krzywo. Z mówieniem różnie, ale z reguły dobrze, no i zdaje się, że wszyscy rozumieją, co się do nich mówi. Na początku z nimi chodziłam na poobiednie spacery.
Hadas - Mirt - żeński dom, dość "lajtowy" - wszyscy chodzą, większość mówi, niektórzy nawet chodzą sami po ośrodku. Niektórym czasem odbija i robią się odrobinę bardziej agresywne, ale nie są niebezpieczne dla otoczenia, tylko czasem dla siebie nawzajem.
Vered - Róża - żeński dom, wszyscy chodzą i mniej lub bardziej mówią. Czasem pomagają pracownikom np. zmieniać pościel, odnieść rzeczy do prania albo przyprowadzają się nawzajem na posiłki i leki. Mimo wszystko czasem nie bywa zbyt kolorowo - ale o tym dalej. W tym domu aktualnie spędzam czas przed śniadaniem i przed obiadem, głównie chodzę na spacerki. 
Zait - Oliwka - żeński i chyba najmłodszy (pod względem średniej wieku) dom. Kontakt z mieszkankami jest raczej ograniczony - nigdy nie wiem, czy one rozumieją cokolwiek, co się do nich mówi - dają radę z prostymi poleceniami, typu "chodż", "siadaj", "wstań", "idź tam", ale na tym kontakt się kończy. Z nimi teraz chodzę na spacery codziennie po obiedzie.

A teraz będzie o konkretach. Jako że nie wszystkie imiona pamiętam, będzie o "takich jednych". Uprzedzam, że niektóre napisane tu rzeczy mogą być nieco obrzydliwe, no ale... tak właśnie tu jest. 

Jest taka jedna...

... w Haruv, która zawsze się uśmiecha, jak się do niej przychodzi. Co prawda nie ma większości zębów, ale to nie przeszkadza. Ma spojrzenie dobrej babci. Wszystko rozumie, ale niestety ma problem z mówieniem, czasem wydusi z siebie jakieś słowo. Cały czas jest w łóżku - czasem w takim mniejszym, jeżdżącym, więc można ją zabrać na spacer. 

... w Haruv, na wózku, ale czasem sama na nim jeździ. Czasem ma gazetę i przewraca strony (nie czyta), czasem z całej siły wali ręką w stolik i drze się w niebogłosy, czasem wali ręką w swoją głowę. Lubi masaż i czasem pokazuje na swoje nogi i chce, żeby ją masować. Nigdy nie chce wracać ze spaceru z powrotem do budynku.

...w Haruv, która zawsze na wszystko mówi "lo, daj, zeu", czyli "nie, przestań, koniec", ale czasem chce się przytulać i nie chce potem puścić. Wygląda trochę jak wiedźma - ma bardzo męskie rysy twarzy, rosną jej włosy na brodzie i zawsze ma albo wściekłą minę albo szyderczy uśmiech.

...w Haruv, taka malutka, że siedzi mieści się na wózku siedząc z podkurczonymi nogami. Jak się do niej podejdzie, to wyciąga ręce i łapie za dłonie. Czasem śmiesznie się obraca na wózku, tak, że siedzi przodem do oparcia. Ma około 60 lat, ale wcale nie wygląda.

...w Tilia, która urodziła się w Londynie i mówi po angielsku (z pięknym brytyjskim akcentem). Jest bardzo zaborcza i chce, żeby spędzać czas tylko z nią. Ciągle mówi, że źle się czuje, czasem rzeczywiście coś sobie zrobi, jak upada - chodzi z takim balkonikiem na kółkach, ale to jakoś nie przeszkadza jej się czasem przewrócić. Czasem chce, żeby puszczać jej piosenki z filmu "Sound of music", zna je na pamięć i śpiewa. Swoją drogą, całkiem przyjemny film. 

...w Tilia, ma 86 lat i jest najstarsza w całym ośrodku. Mówi trochę niewyraźnie, chodzi z balkonikiem. Ma koleżankę, z którą zawsze siedzą sobie razem i czasem rozmawiają.

...w Tilia, ma ponad 80 lat, jest bardzo pomarszczona i trochę głucha. Zawsze woła i chce się przytulać i dawać buziaki. Ma sporo maskotek i zawsze którąś (albo kilka) przy sobie.

...w Hadas, która próbowała mi podciągać spodnie, bo myślała, że są za nisko. 

...w Hadas, podobno wysłali ją do ośrodka po tym, jak mając mniej więcej 18 lat ukradła sąsiadowi pieniądze. To znaczy pewnie po tym wydarzeniu zauważyli, że coś jest z nią nie tak. Trochę mówi po angielsku i czasem niby po japońsku (chyba musiała się kiedyś uczyć). Ogólnie wydaje się spokojna, ale słyszałam, że ostatnio złapała inną kobietę za włosy i zaczęła walić jej głową w stoł. 

...w Hadas, która niby chodzi pracować do Mass, ale wydaje mi się, że i tak nic tam nie robi i zwykle wraca szybciej niż powinna do swojego domu. Cały czas narzeka pod nosem i trudno ją uciszyć.

...w Vered, która ma różne humory - czasem jest ok, czasem nie można jej powiedzieć "dzień dobry", bo mówi, że masz sobie pójść. Czasem chodzę z nią na spacery po ośrodku i słuchamy hebrajskich piosenek dla dzieci. Raz znalazła bluzę w śmietniku i koniecznie musiała ją ubrać. Innym razem w Tilia przerzucała kosze z praniem, zdjęła swoją bluzę i założyła inną, którą tam znalazła. Czasem po prostu ściąga bluzkę, bo jej się nie podoba i trzeba jej dać inną, bo będzie chodziła goła od pasa w górę... Bardzo lubi chodzić do szpitala, ale podobno w szpitalu też potrafi się rozbierać... Podobno jeszcze jakieś 10 lat temu uciekała z ośrodka przez płot.

...w Vered, która zawsze chce, żeby z nią spacerować, nawet jeśli tylko w budynku. Nie mówi za bardzo, ale jak widzi się na ekranie telefonu, to mówi swoje imię. Poza tym trochę wydaje z siebie skrzeki jak papuga. Da się czasem z tych skrzeków wyróżnić słowa, jak na przykład "letajel", czyli spacer. Czasem stoi w oknie pokoju przyklejona nosem do moskitiery, czasem wali nosem w kolano, ale nie wygląda na to, żeby robiła sobie krzywdę. Ma bardzo ciekawą mimikę twarzy, czasem wygląda to tak, jakby każdy mięsień poruszał się zupełnie niezależnie. 

...w Vered, która cały czas chodzi w specjalnej czapce, takim miękkim kasku, bo czasem robi sobie krzywdę. Raz miała mocno podbile oko, innym razem złamany palec, nikt nie wie, jak. Czasem dostaje leki, które ją zamulają, ale mimo to próbuje czasem chodzić, dopóki nie zaśnie. Potrafi bardzo mocno złapać za rękę. Ma kolekcję różnych rzeczy - kilka małych, plastikowych zabawek, dwie paczki po papierosach, ostatnio znalazła korek od butelki - przypuszczam, że dołączył do kolekcji. Jak się z nią idzie, to trzeba jej przypominać, żeby podniosła głowę, bo inaczej się garbi i zaczyna się uwieszać na ręcę. Potrafi zrobić siku na ławce - po prostu ściąga gacie i sika. Jak się widzi w przedniej kamerce telefonu to zawsze mówi jak się nazywa, czasem też pokazuje na czapkę, oczy, usta, nos i wymienia ich nazwy. Czasem śmieje się z ludzi i macha wszystkim po drodze.

...w Vered, która zawsze siedzi sama w jednej ze stołówek (w Vered są 3 stołówki). Czasem zabieram ją na spacer, chodzi generalnie całkiem nieźle. Ale miewa "trudne dni" - czasem nie chce iść do miejsca, gdzie mają różne gry i zabawki (nakładanie koralików, czy dopasowywanie drewnianych kształtów), kiedyś widziałam, jak zaczęła uciekać widząc swojego brata, który przyszedł ją odwiedzić - generalnie raczej nie ucieka.

...w Vered, która 10 razy pod rząd pyta "Mi at?", czyli "Kto ty?", mimo że pamięta moje imię...

...w Vered, która nie chce jeść. Moim niewdzięcznym zadaniem jest próba nakarmienia jej, ale w "gorsze" dni musi to zrobić ktoś z pracowników. Najgorsze jest to, że jak już się jej włoży łyżkę z jedzeniem do buzi (czasem się to nie udaje, bo zsuwa się na krześle i kręci we wszystkie strony), to potem trzyma jedzenie w buzi bardzo długo, zanim je połknie. Czasem weźmie drugą łyżkę, trzecią - a potem wszystko z powrotem wypluje na talerz. Czasem chodząc po budynku ściąga na chwilę spodnie i gacie, a potem je podciąga.

...w Vered, która mieli ustami jak wielbłąd. Tak jakoś żuchwą na boki, ja tak nie umiem.

...w Vered, która ciągle powtarza "pele, pele" (nic to nie znaczy), czasem też mówi "en ima, en aba, en Hana, en pele", czyli "nie ma mamy, taty, Hany, pele". Czasem krzyczy to "pele". Co więcej mówi też jedząc. Przy okazji macha ręką. Czasem mam wrażenie, że czaruje albo coś, bo kiedyś robiła ręką tak, jakby zabierała niewidzialne paproszki ze swojej nogi, kładła ją na moją dłoń, a potem przekładała je z powrotem.

...w Vered, która ma siniaki tak na wysokości kości policzkowych, bo czasem (często) uderza się tam palcami, albo całymi dłońmi wali w obie strony głowy.

...w Zait, która ma zawsze uśmiech, jakby coś knuła. Jak się ją zabierze na spacer, to próbuje uciekać. Czasem mam ochotę ją puścić i zobaczyć dokąd ucieknie (tu serio nie ma gdzie uciekać...), ale nie chce mi się potem za nią latać.

...w Zait, która na spacer najchętniej chodziłaby tam, gdzie nie ma drogi - po trawie, między drzewami. Siada w kucki, ale tak, że siedzi tyłkiem też. Czasem w tej pozycji odwraca się tyłem do oparcia ławki i jeszcze się buja, więc zawsze się obawiam, że spadnie (nie spada). Czasem jak wracamy ze spaceru i czekamy chwilę pod drzwiami, żeby ktoś je otworzył, to ona kuca i sika. 

...w Zait, która śpiewa, a właściwie bardziej nuci, bo nie ma tam słów. Ale za to są prawdziwe melodie, tylko nie wiem, co to za piosenka, którą często śpiewa...

...w Zait, która jest taka malutka (sięga mi mniej więcej do piersi), nie widzi, nie wiadomo czy słyszy. Często się śmieje, jak się z nią idzie na spacer i lubi się przytulać, czasem co parę kroków. Jak z nią idę, to czuję się jak w jakimś memie pt. "kiedy prowadzę pijaną koleżankę do domu" - nigdy nie prowadziłam pijanej koleżanki do domu, ale tak mi się to kojarzy, bo ona chodzi zygzakami, trochę się czasem obija o mnie i do tego się śmieje. 


Jest taki jeden...

...w Oren, z którym raz w tygodniu bawię się piaskiem kinetycznym (nie wiem, kto bawi się lepiej). To jedna z niewielu jego aktywności, bo on za bardzo nie chce wychodzić. Głównie przerzucamy piasek z jednej kuwetki do drugiej.

...w Oren, który zawsze chciał z nami tańczyć, jak chodziłyśmy na "disco". Ciągle powtarza swoje imię i pokazuje na siebie. Ostatnio też pyta o Jimi (jedną z koreańskich wolontariuszek), chyba się zakochał.

...w Oren, który często rano stoi w oknie i krzyczy jak przechodzę "Szalom Geveret" (geveret - pani). 

...w Oren, który pochodzi z Hiszpani i czasem mówi do ludzi po hiszpańsku. Zawsze się pyta, jak się masz, wymieniając chyba wszystkie "teksty" na powitanie (typu "jak się masz?", "co słychać?" itp.).

...w Oren, który chodzi po ośrodku, czasem z kwiatami i ma co najmniej dwie dziewczyny, czasem za nimi płacze, czasem udaje king konga, czasem miewa napady złości i krzyczy, ale raczej nie robi krzywdy ludziom.

...w Oren, który zawsze ma gazetę, z reguły taką z ogłoszeniami i chodzi trochę tak, jakby był jakimś chytrym sprzedawcą.

...w Dafna, który jest autystykiem i kręci się po całym ośrodku. Jak cię widzi, to zaczyna uciekać. Kiedyś wchodził do naszego budynku przez okno, bo kiedyś to był jego budynek. Teraz już mamy naprawioną kratę w oknie, więc już nie wchodzi.

...w Dafna, który podchodzi i chce, żeby go głaskać po głowie. Ale to wygląda gorzej niż brzmi.

...w Dafna, który ma fetysz stóp i potrafi masturbować się stopą (tylko słyszałam o tym, żeby nie było...).

...w Tilia, który cały dzień siedzi na fotelu i trzyma obiema rękoma małą maskotkę - wygląda to przesłodko.

...w Tilia, który chodzi w czapce/kasku, żeby nie obić sobie głowy, ale jest takim pomocnikiem - pomaga przy przebieraniu reszty. Czasem idąc po budynku ściąga gacie i idzie kawałek dalej, ze spodniami i gaciami na kolanach. 

...w Tilia, który jeździ na wózku, lubi piosenki dla dzieci i to od niego jest tytuł posta, bo jak się mu zaśpiewa "la la la" to robi "apsi!" (link do piosenki: https://www.youtube.com/watch?v=LL-WjcVDl6s). Bardzo go bawi, jak się klaszcze i się wtedy śmieje i też klaszcze.

...w Haruv, który potrafi się wychylić głową do tyłu tak, jakby nie miał kręgosłupa. Jedną z jego ulubionych "zabaw" jest to, jak ktoś bierze zamach rękami do podskoku, a potem podskakuje, a on robi efekt dźwiękowy: "ooo ooo ooo opa!".

...w Haruv, zupełnie niewidomy, większość dnia śpi, ale jak da się mu taką zabawkę, która polega na wkładaniu małych klocków w kratkowaną planszę (można tam układać wzory), to bawi się świetnie i zwykle wkłada wszystkie 125 elementów, które są dołączone. 


Jestem pewna, że to nie wszystkie ciekawe przypadki, z którymi mam tu do czynienia, ale skończyły mi się pomysły. Jak widzicie, jest ciekawie. Na pewno będzie co wspominać.

czwartek, 18 stycznia 2018

A tefach hecher

Nowy rok trwa już prawie trzy tygodnie, a ja nie mogę się zabrać za pisanie posta...
Na szczęście temat jest tak uniwersalny, że można o nim pisać/czytać/mówić/pamiętać zawsze. I właściwie zawsze się powinno...
Bardzo dużo ludzi z okazji nowego roku czyni jakieś, mniejsze lub większe, postanowienia. Nowy rok, nowa ja i te sprawy. Pójdę na siłownię i zacznę się odchudzać. Pewnie brzmi znajomo, jeśli nie z doświadczenia, to z internetów.
Ja w tym roku miałam jedno postanowienie, ale już nie wyszło. Miałam nie pić kawy i energetyków, ale wystarczyły mi chyba 3 dni, żeby sobie jednak odpuścić. Wiem jednak, że trochę źle się zabrałam za zmianę tej części swojego życia. Czy to znaczy, że zamierzam nic z tym nie robić i czekać na początek 2019 roku? W sumie, brzmi jak plan. Ale nie mój... Dlaczego?
Są dwa powody.
Pierwszy znajduje się w nowym, zmienionym, 10. punkcie Prawa Harcerskiego. Harcerz pracuje nad sobą, jest czysty w myśli, mowie i uczynkach; jest wolny od nałogów. Ta zmiana oczywiście ma swoich zwolenników i przeciwnków, ale ja teraz nie o tym. Tylko o tym, że skoro jestem harcerką, to powinnam tego Prawa przestrzegać, a przynajmniej świadomie dążyć do ideału, który on przedstawia. Szczerze przecież mogę powiedzieć, że nie jestem "wolna od nałogów", bo przecież moja kofeina jest uzależnieniem jak każde inne. Jak na razie mam na koncie tylko kilka niepowodzeń związanych z wyjściem z tego nałogu, ale ciągle pracuję nad tym, żeby to się w końcu udało. Ktoś może powiedzieć - co to za uzależnienie, wszyscy piją kawę i jest spoko. Owszem, jest, dopóki nie jest tak, że MUSISZ wypić kawę/energetyka, bo czujesz się psychicznie źle. Głównie psychicznie, bo nie ukrywajmy, że kofeina w dawkach, które nie rozwalają mi żołądka, już od bardzo dawna nie działa na mnie pobudzająco.
Jest jeszcze podpunkt do pierwszego powodu - Zobowiązanie Instruktorskie. Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, niedawno sobie o nim "przypomniałam". Trochę już czasu minęło, odkąd je składałam (w czerwcu będzie 7 lat), ale ostatnio miałam i mam podopiecznych na przewodnika, więc sobie "przypomniałam" co tam jest. Piszę "przypomniałam" w cudzysłowie, bo to nie jest tak, że zapomniałam o tym co tam mówiłam i nie realizuje, tylko raczej na tyle to wrosło w świadomość, że przestałam zwracać uwagę na to, jakie dokładnie tam są słowa. Więc teraz, przy okazji pracy z podopiecznymi, a także przemyśleń dotyczących mojej próby harcmistrzowskiej, przypomniałam sobie, że jako instruktorka zobowiązałam się m.in. do pracy nad sobą.
Drugi powód będzie wyjaśnieniem tytułu posta, a także tego, dlaczego jestem w Izraelu, przynajmniej częściowo, ale chyba jeszcze ani razu o tym nie pisałam.
Będzie już pewnie ponad rok, jak zaczęłam trochę słuchać żydowskiej muzyki. Nie takiej klezmerskiej, żeby nie było. Takiej popularnej, ale żydowskiej. Zaczęło się od chóru, a potem przypadkiem (proponowane na Youtube) trafiłam na 8th Day - amerykański-żydowski zespół, którego mozykę można opisać jako połączenie rocka, popu i alternatywy (nie znam się na stylach muzycznych, ale trafiło w mój gust). No i tak zaczęłam sobie słuchać, oglądać teledyski, potem czytać trochę więcej o zespole, potem o chasydyzmie. Warto dodać, że większość (jeżeli nie wszystkie) piosenki są "z przesłaniem". Fakt, że większość (prawie wszyskie) mówią o Bogu, ale nadal niosą za sobą też uniwersalne przesłanie. W każdym razie tak sobie czytam kiedyś o tym chasydyzmie (tak dokładniej, to chłopaki z zespołu są z Chabad-Lubawicz) i tak sobie myślę - ej, w sumie to jest mniej więcej właśnie to, do czego moje przemyślenia na temat duchowości mnie prowadziły. Nadal nie do końca przemawia do mnie idea osobowego Boga, ale takie rzeczy, że trzeba być dobrym dla innych już bardziej. Bardzo spłaszczam i wiem, że chrześcijaństwo też mówi, żeby być dobrym dla innych, ale to nie wszystko co wyczytałam. Było też trochę o duszy - to jedna z tych "rzeczy", w którą nie tyle wierzę, co uważam, że mogłaby istnieć czy może wyrażam nadzieję na jej istnienie. Dusze w judaizmie (a przynajmniej w niektórych jego wersjach) wędrują i reinkarnują. Niektórzy kabaliści uważają, że było ileśtam dusz żydowskich, które mieli potomkowie Abrahama i te właśnie dusze sobie wędrują. Nie jestem ekspertką od dusz (jeszcze), ale podobno mogą się też dzielić, łączyć, są na różnych poziomach. Ale to nie na teraz. Na teraz (a właściwie na wtedy) przyszła taka myśl - skoro ja w mojej głowie, niezależnie od czegokolwiek żydowskiego, dochodzę mniej więcej do tego, co oni tu piszą, to może dusza istnieje i ja mam żydowską duszę...? Postanowiłam powiedzieć "sprawdzam", pojechać do Izraela i poznać żydowską religię i kulturę bardziej niż tylko w Internecie. To właśnie dlatego tu jestem.
Wszyscy (a przynajmniej tak myslę, że wszyscy) wiedzą, że Żydzi mają całe mnóstwo swoich zasad. Nie tylko Dekalog, ale też 613 Micwot (czyli takich wytycznych, co trzeba robić, albo czego nie można), koszerność i takie tam. Jedne mają więcej sensu, inne w obecnych czasach, mniej. A jedną z tych rzeczy, którą Żydzi robią (a przynajmniej powinni) jest ciągłe uczenie się i poprawianie swojego życia. Fakt, że większość dotyczy nauki Tory i osiągania jedności z Bogiem, ale dlaczego tego nie przełożyć na "zwykłe" życie i nie zacząć się doskonalić...?
Tu mogę przejść do "a tefach hecher" - to słowa w języku jidysz, oznaczające "o tefach wyżej" (hehe). Tefach to jednostka miary wynosząca mniej więcej szerokość dłoni, czyli według różnych źródeł od 8 do 11 centymetrów. To nie dużo. I właśnie o to w tym chodzi, żeby codziennie być o te kilka centymetrów wyżej - czyli coś poprawić w swoim życiu, coś zmienić, czegoś nowego się nauczyć, pracować nad swoimi relacjami z innymi ludźmi. Wiadomo, że nie da się zmienić całkowicie z dnia na dzień, więc warto zacząć od tych kilku centymetrów.

Na koniec jeszcze chciałabym podsumować to wszystko kawałkiem nauki Baal Shem Tova, rabina, jednego z twórców chasydyzmu (w XVIII w. na terenach m.in. Polski).

Bóg powiedział Noemu "Zrób tzohar dla arki*". Słowo arka po hebrajsku to teivah, co oznacza również słowo. Tzohar to coś, co świeci, błyszczy. Więc ten wers może znaczyć "Spraw, by każde Twoje słowo miało w sobie blask."

Bardzo źle mi to brzmi w moim tłumaczeniu na polski... Ostatnie zdanie po angielsku brzmi Make each word you say shine. Dalsza część tej nauki mówi o tym, że słowa będą błyszczeć, jeśli będą wypowiadane tak, by sprawić przyjemność Stwórcy. Ja mam nieco bardziej ateistyczną alternatywę - słowa będą miały blask, kiedy będziemy mówić to, co służy dobru. Co to ma wspólnego z całością posta? Tyle, że nad byciem dobrym człowiekiem też stale trzeba pracować, trzeba się rozwijać i zwracać uwagę na najmniejsze rzeczy, które mogą nie być dobre dla nas czy, przez nas, dla innych i "naprawiać" te rzeczy.

Więc... Make each word you say shine i spróbuj(my) codziennie wspiąć się chociaż o tę szerokość dłoni wyżej.


Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie "ukradła" tytułu posta z piosenki - https://www.youtube.com/watch?v=QSSFB5K5JwE (w nagraniu koncertowym, ale na yt nie znalazłam lepszej wersji...)
Dorzucam też link do nauk Baal Shem Tova, do których tu się odwołuje - http://w2.chabad.org/media/pdf/507/ECvc5078543.pdf i przy okazji zainteresowanym polecam materiały na chabad.org.

* polskie tłumaczenie tego kawałka wersetu z Biblii Tysiąclecia brzmi "Nakrycie arki, przepuszczające światło, sporządzisz na łokieć wysokie". W angielskim tłumaczeniu w mojej apce z hebrajskim i angielskim tekstem jest "A light shalt thou make to the ark" - Zrobisz arce światło??

niedziela, 10 grudnia 2017

Wieża Babel

Dziś chyba nie będę długo pisać. Nie wiele mam do napisania, bo kolejny weekend spędziłam w okolicy ośrodka. Miałam jechać do Jerozolimy i Betlejem, ale ze względów bezpieczeństwa nie był to najlepszy pomysł... 
Jestem w Izraelu już ponad 3 tygodnie. Sporo ludzi do mnie pisze i poza pytaniem, co tu robię, pyta - jak Ty się tu dogadujesz?
Zaczęło się od angielskiego - zanim jeszcze tu przyjechałam, pisałam z koordynatorką po angielsku. Najzabawniejsze były błędy "fonetyczne", tzn. jak dostawałam wiadomości, w których zamiast week było weak, albo zamiast will było well. Pierwsze dwa rzeczywiście brzmią tak samo, drugie nie do końca, ale przecież angielskie "e" w alfabecie to "i" (ej, bi, si, di, i, ef, dżi...), więc wszystko jedno. 
Po przyjeździe na miejsce okazało się, że nie jest już tak kolorowo, bo w ośrodku mało kto mówi dobrze po angielsku... Obowiązującym tu językiem, w którym mówią wszyscy, jest hebrajski. Ale dla większości tu zatrudnionych nie jest to jedyny znany język. Problem w tym, że ten drugi (trzeci, czwarty) to nadal nie jest angielski...
Hassida, moja koreańska współwolontariuszka, po angielsku mówi raczej słabo. Rozumie wszystko, co mówię i mam też wrażenie, że mówi lepiej niż na samym początku mojego pobytu. Nie rozstajemy się jednak z Tłumaczem Google, który pomaga w tych trudniejszych kwestiach. Hassida zna już trochę hebrajski, przynajmniej rozumie mniej więcej, co się do niej mówi. Bardziej w kwestii "umiejętności" językowych i odwagi podziwiam Jimi, nową wolontariuszkę z Korei (przyjechała tydzień temu), która hebrajsku nie rozumie ani słowa, a po angielsku trochę lepiej rozumie, ale nie wiele mówi. W ogóle to bardzo miła i fajna dziewczyna, chociaż na pewno byłoby jej milion razy trudniej, gdyby nie to, że Hassida tłumaczy jej po koreańsku, co i jak. 
W pierwszym tygodniu pobytu tutaj nauczyłam się kilku hebrajskich zwrotów, takich jak boker tow (dzień dobry, w znaczeniu bardziej "dobrego poranka"), ma nishma (jak się masz?), beseder (dobrze, taki odpowiednik angielskiego how are you? fine.) i, oczywiście, hadaszia (nowa) Teraz znam jeszcze kilka słów więcej ;) Ale na początku wiedziałam tylko tyle, że jak w wypowiedzi słyszę Polin (Polska), to mówią coś o mnie. I jak ktoś zadaje pytanie kończące się na iwrit (hebrajski) to prawdopodobnie pyta o to, czy mówię po hebrajsku. Nie wiem, jaki jest początek tego pytania. 
Zastanawiałam się też nad tym, jak Hassida radziła sobie tutaj zanim poznała hebrajski. Przypuszczam, że na (jej) początku też był tu jakiś inny wolontariusz, który był dłużej. Ja "wygrałam życie" czymś innym.
Rosyjskim. Pracuje tu całe mnóstwo osób, które mówią po rosyjsku. Celowo nie piszę, że Rosjan, bo chyba nie spotkałam żadnego, sami Ukraińcy i Białorusini. Jeśli chodzi o mówienie po rosyjsku, to umiem powiedzieć priviet, haraszo, spasiba i nie znaju. No i, że nie umiem mówić po rosyjsku, ale rozumiem. No i kilka innych słów, ale mało. Najcenniejsze jest to, że rozumiem i mogę się dogadać z ludźmi. Szczególnie, że większość z nich rozumie, jak mówię do nich po angielsku, tylko oni z angielskim, jak ja z rosyjskim - rozumieją, ale nie mówią. I tak sobie gadamy, oni po rosyjsku, ja po angielsku. Gorzej jak ktoś próbuje do mnie po ukraińsku - niby bardziej podobny do polskiego, ale przy dłuższej wypowiedzi nie ogarniam i wolę jednak rosyjski.
To jeszcze nie koniec "wieży Babel" - są tu oczywiście też muzułmanie, którzy mówią po arabsku. Większość mówi też po hebrajsku, ale dla mnie to żadna różnica. W każdym razie często ci od arabskiego ze sobą mówią po arabsku, ci od rosyjskiego po rosyjsku, a wszyscy jeszcze po hebrajsku.
Żeby było zabawniej (hehe) każdy ma inny alfabet. Hebrajski, arabski, rosyjski (cyrylica), koreański, polski, angielski. No, polski i angielski to prawie ten sam, tylko kilka znaków różnicy. Cyrylicę znam, ale widziałam tylko kilka razy gdzieś na mieście. Hebrajski w miarę ogarniam, ale czytanie jest trudne, bo nie mają samogłosek. Ogarniam jednak co jest napisane na autobusie, tzn. wiem, dokąd jedzie i czy to jest ta miejscowość, którą chcę. Z arabskiego alfabetu znam jedną literę - t - bo wygląda jak uśmieszek (‏ت‎).
Trochę się bałam, jak to będzie z tymi językami - czy zapomnę polskiego? czy będzie mi się samo w mózgu przełączać na odpowiedni język? A co, jak będę ciągle zapominać słów (nie tylko w angielskim, ale potem w polskim)?
Wygląda na to, że jednak dalej po polsku piszę poprawnie, chociaż czasem mi się zdaje, że jak piszę do kogoś na facebooku, to w niektórych zdaniach coś mi nie gra ze składnią. Nie potrzebuję jakiegoś specjalnego "kliknięcia" w mózgu, żeby mówić po angielsku, czy rozumieć po rosyjsku (zwykle jednocześnie). Myślę w większość ciągle po polsku, chociaż czasem angielski też się wciska. Ale jakoś tak wszystko przechodzi przez mózg naturalnie - jak mam mówić po angielsku, to mówię po angielsku, jak mam słuchać po rosyjsku, to rozumiem po rosyjsku.
Są słowa, których nie znam w obcych językach, ale od czego jest Tłumacz Google.


Jednak się trochę rozpisałam. Za to nie będzie dziś zdjęć, bo nie mam za bardzo pasujących i nie chce mi się nic szukać. Dorzucę za to link do jutuba, do piosenki z musicalu Metro: https://www.youtube.com/watch?v=mmM-Hewz1LE (ta piosenka ma też wersję, w której jest cała po polsku, ale specjalnie wrzucam tę w trzech wersjach).

piątek, 1 grudnia 2017

Wanna wake up in Jerushalaim

Brama Damasceńska
Minął już prawie tydzień odkąd byłam w Jerozolimie, ale czas w końcu opisać co nie co.
Pojechałam właściwie bez jakiegoś większego planu, zarezerwowałam przez booking losowy (najtańszy) hostel na Starym Mieście, w kwestii dojazdu tam zdałam się trochę na Hassidę, która co tydzień jeździ do Jerozolimy na spotkanie koreańskich wolontariuszy.
Bilet na autobus kosztował mnie 27 szekli. Niezbyt dużo, jak za ponad 80-kilometrową trasę. W ogóle busy tu są generalnie tańsze niż pociągi, a sieć bardziej rozbudowana. Dojechałyśmy, potem Hassida powiedziała mi, jak dotrzeć do Starego Miasta (tramwajem) i gdzie wysiąść (Damascus Gate, znaczy Brama Damasceńska). Z docieraniem w różne miejsca w obcych krajach nie mam problemu, więc poszło gładko. Stare Miasto w Jerozolimie otoczone jest wysokim murem, a w nim 8 bram (tak twierdzi wikipedia, nie liczyłam). Dzieli się na 4 części - arabską (muzułmańską), armeńską, chrześcijańską i żydowską. Dzielnice bardzo się między sobą różnią - wyglądem, ludźmi, straganami.
Widok z dachu hostelu
Brama Damasceńska prowadzi prosto do arabskiej części. Na początku było... dziwnie. Arabska część jest bardzo zatłoczona, mnóstwo tu mniejszych i większych straganów, sklepików, można kupić chyba wszystko. Oczywiście mnóstwo straganów to pamiątki, biżuteria i takie tam, ale są też np. zabawki i artykuły papiernicze. Jeśli ktoś by chciał, może sobie kupić kawał mięsa - na witrynie wisiały takie jeszcze z nogami, po prostu odkrajali od tego kawałek. Nie wiem nawet, co to było za zwierzę. Uliczki są bardzo wąskie, brudne (wszędzie walają się śmieci, szczególnie w tych bocznych), a nad głową ma się sklepienie, więc można zapomnieć o sensownej nawigacji GPS. (Celowo nazwałam to sklepieniem, bo nie wiadomo, czy to dach, czy co tam u góry właściwie jest...). W tej części był mój hostel, który zaskakująco szybko udało mi się odnaleźć - wystarczyło iść prosto od bramy i wejść w odpowiednią odnogę na rozwidleniu, 50% szans na powodzenie, mi się udało. Niestety tak czy inaczej przejście nie jest łatwe, bo co chwilę zaczepiają Cię sklepikarze z propozycją, żeby zajrzeć do ich sklepu. Trochę to męczące, kiedy i tak wiesz, że nic nie kupisz, ale nie chcesz ich urazić... Zdarzyło mi się też dostać propozycję (na szczęście w żartach) zostania trzecią żoną. Ogólnie nie są bardzo nachalni, ale i tak ktoś zatrzymuje cię co kilkanaście metrów, żebyś zajrzał do jego sklepu. Szczególnie, jak jesteś samotną kobietą o wyraźnie europejskiej, a nawet słowiańskiej, urodzie. Chociaż chłopak z Polski, którego potem poznałam, twierdził, że jego też zaczepiają, więc chyba jednak nie chodzi tylko o płeć.

Ściana Płaczu
Hostel, w którym spałam, jak już wspomniałam, był jednym z najtańszych - za dwie noce zapłaciłam 93 szekle. Czy w Polsce są jakieś mega-turystyczne miasta, w których w samym centrum można spać za 45 zł za noc? Oczywiście za ceną szedł standard - pokoje wieloosobowe, piętrowe łóżka z poduszką i kocem (ja sprytnie zabrałam śpiwór). Z tych lepszych rzeczy - wifi, toalety i łazienki nie jakieś wypasione, ale ok, darmowa kawa i herbata 24/7 w kuchni. A z najlepszych rzeczy - darmowa kolacja codziennie o 18 :D Co prawda codziennie to samo - ryż, jakieś warzywa (w tym ziemniaki - tu wszyscy jedzą ryż z ziemniakami), kulki z mięsa mielonego i na to orzechy ziemne. Da się najeść.
Właścicielem hostelu jest Mustafa - imię, wygląd i położenie hostelu sugeruje, że jest arabem. Czytałam w opiniach o hostelu, że jest bardzo miłym i serdecznym człowiekiem i potwierdzam. Jego głównym powiedzeniem jest "You are very welcome" - oczywiście z arabskim akcentem. Ogólnie jakby ktoś szukał taniego noclegu w Jerozolimie, to polecam Hebron Hostel (audycja zawierała lokowanie produktu).
Jak zwykle nie zamierzam opisywać moich poczynań godzina po godzinie, ale spróbuję jakoś wszystko uporządkować. O arabskiej części już napisałam - nie wiele więcej mam o niej do powiedzenia, poza tym, że starałam się zawsze jak najszybciej ją ominąć. Przejdźmy więc może do kolejnej - armeńskiej.
Armeńska część jest trochę mniej zatłoczona niż arabska, a uliczki nie są już tak bardzo zakryte z góry. Jednak tu też wszyscy zapraszają do swoich sklepików. Co gorsza, dają prezenty i chcą z Tobą rozmawiać. Stanowczo czasem żałowałam, że nie jestem tam z jakimś facetem, byłoby łatwiej.
Przy okazji armeńskiej części kilka słów o Wieży Dawida (Tower of David), która nie jest armeńska, ale znajduje się na skraju tej części. Jak sama nazwa mówi, Wieża Dawida jest cytadelą ;) Legenda mówi, że tam król Dawid tworzył Psalmy, wikipedia jednak twierdzi, że to miejsce nie było jeszcze zasiedlone w jego czasach, nazwa jednak jest jaka jest. Aktualnie w środku znajduje się muzeum historii Jerozolimy - żeby wejść, trzeba zapłacić 40 szekli - trochę boli ta kwota, ale nie żałuję. Na wystawach 4000 lat historii Jerozolimy, podzielone na poszczególne okresy. Po drodze znajduje się też kilka makiet Jerozolimy z różnych okresów. Dużo historii Pierwszej i Drugiej Świątyni, wszelkich okupacji, nawet wspomnienie o powstaniu chrześcijaństwa. Na wieży jest punkt widokowy, są tam też wydrukowane zdjęcia panoramiczne z podpisanymi niektórymi, ważniejszymi budynkami.

Wnętrze Tower of David
Chrześcijańska część jest pełna pielgrzymów. Sklepiki wyglądają bardziej cywilizowanie, ale wyraźnie widać wycieczki, które przyjechały odwiedzić Bazylikę Grobu Pańskiego. Będąc w pobliżu, weszłam do środka, w końcu lubię kościoły. No i... rozczarowałam się. Najbardziej tym, że jak się wejdzie do środka to nie czuć tego, że to świątynia. Wszędzie są ludzie, mnóstwo ludzi, wycieczki, przewodnicy, wszyscy gadają. Owszem, niektórzy się modlą. Ale gdybym się modliła, to chyba nie chciałabym tego robić w miejscu, gdzie ktoś mi łazi nad głową. Co ciekawe, głównie słyszałam i widziałam wycieczki prawosławne (może taki dzień...) w jednej kaplicy nawet grupa prawosławnych (poznałam po mnichach) śpiewała jakąś pieśń, zaryzykowałabym stwierdzenie, że w starocerkiewnosłowiańskim, ale nie mam pewności. To była chyba najciekawsza "rzecz" wewnątrz... Bardziej rozczarowujący był tylko Kościół Odkupiciela, ale to luterański kościół, więc w środku nawet nie ma na co popatrzeć. Wejście do podziemi i na wieżę było płatne, więc tym razem nie skorzystałam. Żeby nie było - szanuję te miejsca, jako ważne dla chrześcijaństwa. Nie darzę ich uczuciami religijnymi, bo ich nie mam, ale szanuję. Nie podobało mi się głównie to zadeptanie przez pielgrzymów i te rozmowy w świątyni...

No i na koniec moja ulubiona (hehe) część - żydowska. Chyba jedyna z tych czterech, w których da się spędzać czas, tzn. na przykład jest gdzie usiąść. Bardzo przyjemny jest Plac Hurva - nie ma w nim nic szczególnego, poza przestrzenią, której nie ma w innych częściach Starego Miasta. Żydowska część jest też najczystsza i sprawia wrażenie najmniej uczęszczanej przez turystów (poza Ścianą Płaczu) - domyślam się, że większość tych Żydów, którzy tam przechodzili, to są przyjezdni, ale oni się nie wyróżniają, więc są jakby "swoi".
Żeby wejść na plac koło Ściany Płaczu trzeba przejść przez bramki przy których stoi ochrona/policja. Wszystko ze względów bezpieczeństwa oczywiście. W szabat bramki są wyłączone, ale ochrona nadal jest. W szabat także nie wolno robić zdjęć, używać telefonów, czy pisać - jest to prośba kierowana do wszystkich, nie tylko religijnych Żydów. Pod samą ścianę można podejść od "damskiej" (mniejszej) i "męskiej" (większej) strony. Przy wejściach na tę męską są ostrzeżenia, że tylko mężczyźni mogą. Jest również koszyk z jarmułkami, bo pod ścianę nie można podejść bez nakrycia głowy. Pod Ścianą Płaczu jest znacznie spokojniej niż w Bazylice Grobu Pańskiego i czuć atmosferę modlitwy. I chociaż sama ściana nie jest zbyt imponująca (no, kawałek muru, nie ukrywajmy...), to jest to dobre miejsce na wyciszenie i chwilę zadumy, nawet jeśli ktoś nie chce się modlić.

Niestety większość mojego pobytu w Jerozolimie przypadła na sobotę, kiedy wszystko było zamknięte, a komunikacja nie jeździła - między innymi dlatego nie udało mi się dotrzeć do ZOO. W niedzielę pojechałam tylko do Yad Vashem, o czym pisałam w poprzednim poście.
Powrót był mało skomplikowany. Jak już człowiek się zaprzyjaźni z izraelskimi autobusami, to nie jest źle.
A tytuł posta jak zwykle "ukradłam" z piosenki. Tym razem zespołu 8th Day (amerykański żydowski zespół, mój ulubiony. Niestety nie ma żadnej dobrej wersji na yt, jest tylko taka - https://www.youtube.com/watch?v=uyqWX9s3YgE. Jednak jak ktoś bardzo chce i ma Apple Music/Mostly Music/Spotify to może sobie poszukać.

niedziela, 23 lipca 2017

Przeżyj swoje życie tak, żeby ktoś wieczorem mógł podziękować Bogu, że istniejesz

Byłam wczoraj na pogrzebie kpt. Andrzeja Drapelli. Można powiedzieć, że byłam tam "służbowo", choć raczej nie czułam się jakoś specjalnie zmuszona. Nie powiem, że biegłam tam z przyjemnością, bo kto się cieszy z tego, że idzie na pogrzeb...?
Właściwie nie znałam tego kapitana. Może raz widziałam go na oczy, ale nawet nie jestem pewna. Był kapitanem Zawiszy jeszcze zanim się urodziłam i chyba już wtedy był na emeryturze, więc po prostu nie było okazji, szczególnie, że w ostatnich latach chorował i miał problemy z poruszaniem się. Nie będę się tu rozpisywać o samym kapitanie, bo każdy ma google, a ja nie o nim chciałam pisać, a o pewnej refleksji, która mnie naszła, zresztą już nie po raz pierwszy w ostatnim czasie. 
Na pogrzeb przyszło mnóstwo ludzi. Myślę, że ponad 100 osób. Przy grobie był czas na wspomnienia i kilka słów od różnych ludzi. Wypowiadały się osoby, które z nim współpracowały w różnych organizacjach, no i oczywiście rodzina. O zmarłych właściwie nigdy nie mówi się źle, szczególnie na pogrzebach. Jednak tu wyraźnie było widać, że ci wszyscy ludzie mówią z serca, mówią prawdziwie i nie kryją wzruszenia. Kpt. Drapella był kimś ważnym w ich życiu, kimś, kogo warto było słuchać i od kogo się uczyć. 
Powyższe akapity to historia jakich wiele, pewnie z powodzeniem można by wstawić jakieś inne nazwisko i też by działało. Jednak to historia, która po raz kolejny przypomniała o jednej ważnej rzeczy - że codziennie powinniśmy być dla innych ludzi. Codziennie dawać im coś od siebie, nawet coś bardzo drobnego, czasem wystarczy uśmiech czy dobre słowo. Przecież nic nas to nie kosztuje. 
Aktualnie żyjemy w świecie pełnym nienawiści, hejtu, co chwilę ktoś sączy jad w internecie (i nie tylko), wyzywa tych, którzy się z nim nie zgadzają od takich i owakich... Po co...? Może czas to w końcu zmienić i być po prostu dobrym człowiekiem? 

Jak przejrzycie mojego bloga, to pewnie zauważycie, że jest tu sporo muzyki. Zwykle nieprzypadkowej. To nie tak, że wrzucę, bo fajnie brzmi. Zwykle jednak jest tam coś więcej.
Dziś będą dwie piosenki, choć pewnie mogłoby ich być w tym temacie więcej.

Pierwsza jest po angielsku (dla tych, którym trudno zrozumieć co śpiewają, tu jest tekst, można sobie wrzucić w tłumacz), a część jej refrenu pokrywa się z tym, co napisałam powyżej:
So listen brother, listen friend
Just a little smile, a helping hand
And we all will find a loving kind humanity

https://www.youtube.com/watch?v=F_iZJnFyxOY - tu można posłuchać

Druga przypomniała mi się, kiedy pisałam ten post. Jest niezbyt nową polską piosenką. Na pewno znacie: https://www.youtube.com/watch?v=FWZNF4F1r7Y

Jeszcze krótkie wyjaśnienie do tytułu posta. Pochodzi on z książki "Świadectwo skazanych na śmierć - sześćdziesiąt lat później". Autorka książki po 60 latach od zakończenia wojny odnajduje osoby ocalałe z obozów koncentracyjnych, które po wyzwoleniu wypełniały ankietę dotyczącą ich przeżyć i opisuje te ankiety i rozmowy. Jedna z kobiet zapytana o przesłanie dla współczesnej młodzieży przypomniała sobie wiersz, w którym było zdanie, służące za tytuł dzisiejszego posta. Niestety nie wiem, co to za wiersz, ani nawet w jakim był języku...

wtorek, 12 listopada 2013

...że wędrowca los to jest mój los...

Idę w góry w marzeniach, dalej i dalej
Znajdę, to co mi dane jeszcze odnaleźć...


Ogień i dym!
Ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie
Ogień i dym!
Tysiąc dni zgubionych w pieśni nieskończonej...


Wędrówką jedną życie jest człowieka
Idzie wciąż, dalej wciąż...
(...)
To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił jednak iść, przecież iść, będę iść!
To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił będę szedł, będę biegł, nie dam się!


Wolność to tylko brak świateł w dali i pusta droga aż po kres
Poczucie, że bycie w drodze jeszcze nadaje rzeczom sens



Wędrownikowi nie wystarcza znajomość miejsca zamieszkania, wędrownika ciekawi świat (...) Wędrownika ciągnie siła nieprzeparta w dal, na coraz to nowe, nieznane szlaki, nie pozwalając zastygnąć mu w wygodnym, osiadłym życiu, toczącym się zbyt wolno. (...) Wędrownik zna (...) piękno zdobywania samotnie niewydeptanych ścieżek. Wędrownik - stale uprawia wędrówki, wędruje w zimie, w lecie, na wsi, w mieście...


Ile gór, ile dróg, ile miast
Ile domów, placów, ulic, ile plaż...
To co mam za sobą, to co jeszcze czeka
To co zawsze w sercu mam...
Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta twarz
Ani jednej podłej, dobry Bóg tak chciał
(...)
Buty, plecak i to coś, co wciąż gdzieś gna


Kręci, kręci się busola naszych marzeń
Nikt nie zgadnie jaką drogę nam pokaże
Jakim kursem przeznaczenie się potoczy
Jakim wiatrom powierzymy nasze losy
Kiedy w chłodnej, morskiej wodzie moczę dłonie
Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec


Ktoś mnie skazał na wieczną wędrówkę
Po śladach, które sam zostawiłem


Bo przecież wiem, że to dla mnie każdy nowy dzień
Bo przecież wiem, że to dla mnie chłodny lasu cień
Bo przecież wiem, jak upalna bywa letnia noc
Bo przecież wiem, że wędrowca los to jest mój los



...ciągle w drodze, kiedy koniec nie wiem...


Źródła:
Wędrówką życie jest człowieka: http://www.youtube.com/watch?v=sN99pEg2M6A
Tu powinien być link do piosenki Słodkiego Całusa od Buby pt. Między 1 a 7, ale nigdzie nie mogę jej znaleźć... 
Kodeks Wędrowniczy
Wędrowiec: http://www.youtube.com/watch?v=2zFbfRk2evI (w mojej wersji lekko przerobione)
I znów Przeczucie

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?

Białoruskie drogi zawiodły mnie z Lidy do Woronowa - "osiedla typu miejskiego" (Wikipedia), na które mówimy zwykle po polsku Woronowo, ale Wikipedia twierdzi, że to Woronów.
To było chyba jedyne miejsce, w którym nie planowałam za wiele zwiedzać, bo nie wiele jest, ale za to bardziej zrealizować drugą część celu wyjazdu na Białoruś - odwiedzić znajomych. W Woronowie byłam u Eugeniusza (hmm... Dziwnie to brzmi... Byłam u Żeni). Obeszliśmy miasteczko dookoła co najmniej 2 razy. Byliśmy w jednym kościele trochę oddalonym od Woronowa (samochodem) i w drugim kościele oddalonym od Woronowa trochę mniej (na piechotę). W sumie przez większość czasu łaziliśmy i gadaliśmy. Znalazłam dworek, który chętnie bym kupiła, gdybym miała pieniądze.
Byliśmy przy masowym grobie ponad 1800 "sowieckich grażdan", których rozstrzelali faszyści. Podobno jak ich zakopali to ziemia w tamtym miejscu jeszcze przez kilka godzin się poruszała...
W międzyczasie, kiedy trafiliśmy do domu, graliśmy na gitarach (pierwszy raz tak dużo grałam na elektryku) i na klawiszach, które dzięki komputerowi mogły też brzmieć jak perkusja. Oczywiście ja nie umiem grać, w przeciwieństwie do Żeńki, który ma słuch absolutny i dziwną zdolność trafiania w odpowiedni klawisz albo odpowiednią strunę.
O samym Woronowie właściwie nie wiele mam do powiedzenia. Małe miasteczko, ale wszystko w nim jest, podobno można też dostać niezły "wp*****l".
A co do Żeni. Poznaliśmy się na obozie rok temu. Jak przejmowałam obóz od Moniki to usłyszałam, jaki to on jest zły i niedobry i jak ciężko go ogarnąć. Skończyło się tym, że w sumie się zaprzyjaźniliśmy, rok później na obozie (czyli w tym roku) w wolnych chwilach gadaliśmy o głupotach i nie tylko i jakoś tak wyszło, że dotarłam do Woronowa w odwiedziny. Życie jest jakieś dziwne, skoro robi tak, że człowiek ma 5 lat młodszego przyjaciela 600 km od domu, po drugiej stronie granicy, jeszcze w dodatku takiej, na której przekroczenie potrzeba wizy.
Na koniec mojej wizyty usłyszałam "Nie chcę, żebyś wyjeżdżała". Ja też nie chciałam stamtąd wyjeżdżać, ale wiza się kończyła...
W pociągu do Lidy ciężko mi było nie płakać. Nie tylko ze względu na Żenię, ale raczej dlatego, że moja wyprawa już się kończyła, że musiałam wracać. Tylko dokąd?

"Jakie miejsce nazwę swym domem?
Jakim dotrę do niego szlakiem?"

PPS. Na zdjęciach u góry kościół, do którego jechaliśmy autem, a niżej - przy drodze wjazdowej do Woronowa.

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Bo wszyscy harcerze to jedna rodzina...

Strasznie długo już nie mogłam się zabrać za pisanie czegokolwiek, ale w końcu przyszedł na to czas.
Byłam sobie na obozach. Najpierw z moimi harcerzami w Przerwankach, potem z moimi HS-ami w Bieszczadach, a potem na obozie z (nie moimi) harcerzami z Białorusi. Na wszystkich przekonywałam się, że są ludzie, którzy pomogą Ci zawsze, cokolwiek by się nie działo. Po prostu przychodzisz z problemem, a oni zrobią wszystko, żeby pomóc Ci go rozwiązać.
Na obozie z harcerzami byliśmy na zgrupowaniu Zespołu Pilota, czyli u Wery (i oczywiście reszty zespołu niesamowitych ludzi). Na szczęście nie mieliśmy żadnych wielkich problemów, jedyny to taki, że jedną z harcerek użarł jakiś wredny owad. Ręka jej spuchła, próbowaliśmy coś zrobić, nawet byliśmy u bazowej pielęgniarki, ale nic nie przechodziło. W końcu późnym wieczorem wylądowaliśmy w białym domku. Właściwie z jednej strony nie wielka była ich pomoc, padła decyzja o pojechaniu do lekarza. Ale sposób, w jaki tą moją harcerkę uspokajali - coś takiego, co ciężko opisać, ale wiesz, że wszystko będzie dobrze i że jeżeli kiedyś przyjdziesz z naprawdę ciężkim problemem to on też zostanie rozwiązany...
Drugi obóz. Nie ma obozu bez wyjazdu do szpitala. Złamana noga. Częściowo rzeczywiście było zabawnie, a częściowo wiadomo, trzeba trochę rzeczy ogarnąć, porozmawiać z rodzicami, z komendantem, postanowić co dalej z obozem, skoro harcerka z gipsem na nodze i za daleko na obozie wędrownym nie pójdzie. Szczęście mieliśmy w tym, że byliśmy wtedy w Nasicznem, w bazie naszej chorągwi, gdzie nie ma zasięgu, a jedyny kontakt ze światem to bazowy telefon. I tam pomógł nam komendant bazy - Artur, instruktor naszego hufca, który miał wystarczająco swoich problemów na bazie, żeby jeszcze zajmować się naszym obozem wędrownym, który wylądował w Nasicznem trochę bez zapowiedzi i na chwilę. A jednak, zrobił wszystko co mógł, żeby nam pomóc wszystko pozałatwiać. Nie wiem co by było gdyby nie jego pomoc. Chyba mogłabym się tylko załamać.
No i jeszcze obóz z Białorusinami. Tu w sumie nie odpowiadałam za nikogo bezpośrednio. Ale za to też wiele się zdarzyło. Przyjechał do mnie na kilka dni Adam w odwiedziny. Jak wracał to pojechaliśmy wraz z Rozbitem go odwieźć autem i przydarzył nam się wypadek. Zrobiliśmy 2 i pół fikołka samochodem. Właściwie nic nam się nie stało. Chociaż jak już adrenalina trochę opadła, to było trochę ciężko psychicznie. Na szczęście były tam osoby, które przytuliły. Tak normalnie, szczerze, po prostu przytuliły. Niby taka drobna sprawa, ale czułam, że nie jestem sama, że ktoś obok mnie jest.
I znów pomyślałam sobie o rodzinie. O tym, że nie mam rodzeństwa i jeśli zabraknie kiedyś rodziców (a kiedyś to się stanie, bo taka jest kolej rzeczy) to zostanę sama. Ale ostatnio coraz częściej przekonuje się, że sama na pewno nie. Bo mam rodzinę, nie tylko tą spokrewnioną, ale też tą wybraną - przyjaciół, harcerzy. Ludzi, którzy stają się w pewnym momencie jak rodzeństwo i jak "dodatkowi" rodzice. Ludzie, do których wiem, że mogę się zwrócić w każdym momencie, cokolwiek w moim życiu się wydarzy, a oni będą i zrobią tyle ile będą w stanie, żeby mi pomóc. Zresztą ja dla nich też.
I dziś piosenka po białorusku, ale pasuje nawet. http://youtu.be/Q7hHNcjA0gk

poniedziałek, 13 maja 2013

Próba, próba i po

No to zamknęłam HR. Negatywnie. Tłumaczyć się długo nie będę, trzeba było zrobić zadania i tyle.
Było to już trochę czasu temu. Minął pewnie już co najmniej miesiąc od tego czasu, ale mój czas jest na tyle zakrzywiony, że leci własnym torem, poza tym to nie łatwe pisać o uczuciach.
W końcu przyszedł moment na to, żeby podziękować ludziom, którzy w tym czasie przy mnie byli - całej mojej kapitule - Cywilowi, Justce i Oli, no i oczywiście Karinie, mojej opiekunce.
Dziękuję Wam za poświęcony mi czas. Jest mi smutno, że nie wykorzystałam tego, co chcieliście dla mnie zrobić. Nienawidziłam spotkań z Wami, ale nie z Waszego powodu, tylko sama przez siebie. Dziękuję za to, że Wam na mnie zależało i pewnie nadal zależy. I przepraszam, że Was rozczarowałam.
Celowo piszę o tym na blogu, a nie mailem. Chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że dziękuję i przepraszam.
A że często ostatnio bywały jakieś piosenki, to i teraz będzie, bo i mi "przyda się taka chwila, żeby nad życiem się zatrzymać." http://www.youtube.com/watch?v=wbZfiSjtdHg

PS. Ale na blogu nadal czasem będę coś tworzyć.

wtorek, 26 marca 2013

Dobrze, że jesteś...

Długo nie pisałam, bo nie specjalnie znalazł się jakiś temat, poza tym jakoś czas przez palce leci...
Czasem przychodzi do człowieka takie dziwne uczucie, kiedy bardziej martwi się o kogoś bliskiego niż o siebie. Może nie jest takie dziwne dla innych, dla mnie jest, bo ja raczej rzadko angażuję się emocjonalnie w "związek" z drugą osobą. A teraz jest inaczej. I nie chodzi o chłopaka, o miłość i jakieś tam takie rzeczy, nic z tego. Tym razem to "tylko" przyjaźń. Chociaż, gdybym z kimś była i miała wybierać między facetem a przyjacielem, wybrałabym przyjaciela...
Czasem przychodzi taki moment, że wszystko co się budowało od pewnego czasu i wszystkie plany idą sobie gdzieś daleko. Bywa, że nie jest łatwo, ale chyba w końcu trzeba się z tym pogodzić i przebudować plany na nowo, w innych warunkach. Przecież z każdej sytuacji jest więcej niż jedno wyjście. I właśnie nadszedł moment, w którym muszę stworzyć nowe plany. Choć nadal mam nadzieję, że mi się nie przydadzą. Ale gdyby jednak, to już będą, będzie co realizować i nie będzie chaosu. Przynajmniej taki jest plan.
Nie napisałam nic konkretnego i na razie nie napiszę o sytuacji. Za wcześnie. Na razie tylko wiedzcie, że czasem trzeba znaleźć w sobie tyle siły, żeby przez łzy wymyślić nowy plan. Bo warto.
Na koniec znów piosenka. Z dedykacją. Dla osoby, dla której zrobiłabym absolutnie wszystko, która jest przy mnie wtedy, kiedy tego potrzebuję i którą przejmuję się bardziej niż sobą. Adaś... http://www.youtube.com/watch?v=aeGaAeaEeqY

wtorek, 19 lutego 2013

Czasu nie mam za nic

Nie wiem czy to jest to, co chciałam napisać wcześniej, ale przypomniało mi się dziś jak jechałam na uczelnię i słuchałam muzyki (http://w893.wrzuta.pl/audio/3vokIu008Qw/czasu_nie_mam_za_nic - z tekstem jednego z moich mistrzów, Edwarda Stachury)
Przypomniało mi się, jak bardzo uniwerek marnuje czas studenta. Na przykład teraz mam 2,5-godzinne okienko, podczas którego właściwie nie wiele konkretnego zrobię, bo to za krótko. To znaczy gdybym nie wzięła komputera to nic bym nie zrobiła. Tak to jest szansa, że wykorzystam te 2,5 godziny w jakiś bardziej sensowny sposób, chociażby pisząc na blogu. W poprzedni semestrze jeszcze udało mi się zmarnować dodatkowych kilka godzin na lataniu po wpisy do wykładowców po całym Trójmieście, bo przecież nie można mieć wszystkich wydziałów w jednym miejscu.
A, przypomniało mi się, o czym miałam napisać.
Właśnie w tym czasie, kiedy uniwersytet postanowił zmarnować trochę mojego czasu, ja postanowiłam mu na to nie pozwolić i stworzyłam sobie plan dnia. Co do godziny, z tym że istniał w harmonogramie przedział czasowy pt. "czas na wszystko", gdzie owe "wszystko" było wypisane w oddzielnej liście. W trakcie dnia oczywiście plany trochę się pozmieniały, ale ogólnie wyszło całkiem pozytywnie. Wiem przynajmniej co zrobiłam, czego nie. Drugiego dnia podobnie, trzeciego za to stwierdziłam, że nie mam aż tak dużo do zrobienia, więc lista nie będzie mi potrzebna. I ten trzeci dzień był straszliwie rozlazły. Miałam wrażenie, że nie zrobiłam absolutnie nic, że powinnam zrobić coś innego, a nie to co właśnie robię. Dziwne uczucie.
Dziś też nie mam listy, dzięki czemu jestem zła na uniwerek za marnowanie mojego czasu, ale mam jeszcze godzinę, więc obejrzę sobie NCIS, jeśli internet pozwoli.

poniedziałek, 18 lutego 2013

Po zimowisku

Czasem nie jest łatwo napisać coś mądrego, a głupot nie warto. Dlatego ostatnio marnie mi idzie pisanie czegokolwiek na blogu. Miałam nawet ostatnio jakiś temat, ale zapomniałam jaki...
Wróciliśmy z zimowiska, w sobotę późnym wieczorem. Szczęśliwie, bez jakichś wypadków i niemiłych niespodzianek.
Co mogę powiedzieć o zimowisku?
Programowo - fajnie, dzieciakom się podobało. We dnie głównie łaziliśmy po górach, wieczorami raczej luźno, trochę śpiewania, trochę odpoczywania. W piątek wyjazd do Tatralandii, która jednak trochę bardziej nudna niż przypuszczaliśmy (co dziwne nie tylko ja się nudziłam), ale i tak dzieciaki bawiły się świetnie, a to najważniejsze. Kierowcę autokaru też mieliśmy super - nie dość, że świetnie jeździł, mieścił autokar w miejsca, w które w życiu byśmy nie pomyśleli, że da się autokarem wjechać, to jeszcze poszedł z nami w góry i w ogóle był spoko. No i potrafił zjechać 2 kilometry z górki na wstecznym. Największą atrakcją wypadów w góry było oczywiście schodzenie, a właściwie zjeżdżanie. I choć warunki nie pozwoliły na wejście na Babią Górę, a na Policy była straszliwa mgła, to wszyscy byli zadowoleni, że udało im się choć trochę poznać swoje siły.
Organizacyjnie i "papierowo" - to chyba najgorszy wyjazd, jaki kiedykolwiek organizowałam. Nigdy nie prowadziło mi się całej dokumentacji tak źle i nigdy nie miałam wrażenia, że jest to aż tak nie ogarnięte. Ale na koniec wychodzimy na prostą, więc będzie dobrze.
A jeśli chodzi o ludzi... Hmmm... Najbardziej bałam się tego, jak będzie wyglądała sprawa drużyny z Wejherowa, która z nami była, ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Nie było żadnych przypałów, fajnie zżyli się z naszymi HS-ami i w ogóle byli bardziej harcerscy niż myślałam, że będą. Dzieciaki z 13 trochę roztrzepane, ale co się dziwić, skoro nie wszystkie są nawet w wieku harcerskim. Moje też nie zawsze są lepsze ;) Ale było pozytywnie.
Choć pierwszy dzień był trudny. Zmęczenie dało się we znaki i jeszcze nie do końca wszystko było dogadane... Dobrze w takim momencie mieć przyjaciela. Mój na szczęście był kiedy go potrzebowałam. Zresztą później udało mi się (chyba) mu trochę odwdzięczyć, bo pewnie dałby sobie radę beze mnie, ale mogłoby to być nieco trudniejsze... Warto mieć zawsze kogoś takiego, komu można zaśpiewać (http://www.youtube.com/watch?v=ireCkhc1QJc):
"Przyjacielu mojej drogi krętej
Wędrowaniem złączone światy dwa
Przyjacielu mojej drogi krętej
Jeszcze nie jeden przejdziemy razem szlak"
Oby każdy z Was miał takiego przyjaciela...


poniedziałek, 28 stycznia 2013

Ojczyzną moją jest muzyka...

Czym byłby post, bez tytułu będącego cytatem...?
Dziś jednak nie interesuje mnie zbytnio całość piosenki, bo jest o czymś innym niż chcę napisać. Chociaż sama piosenka też niesamowita (uwielbiam ten flet...). Do posłuchania tu: http://www.youtube.com/watch?v=KgI0FRCUjeM.
Dziś interesuje mnie tylko pierwszy wers.
Prawie za każdym razem, jak gdzieś jadę zakładam na uszy słuchawki. Jak siedzę w domu w dzień - leci muzyka. Właściwie nie ma dnia bez muzyki. To ona dodaje energii, motywacji i inspiracji.
I teraz, odkąd zaczęłam męczyć mój ścisły umysł humanistycznymi przedmiotami na studiach, powinnam zmienić swój system uczenia się na pisanie notatek w sposób rytmiczny, żeby się w jakikolwiek sposób ich nauczyć. Bo jeśli ktoś jeszcze nie wie, istnieje sporo typów inteligencji (najlepiej wpisać w Google "inteligencja wieloraka" i można sobie poczytać, ja się rozpisywać nie będę, bo nie znam się na tym dobrze) . Kiedyś mi się zdarzyło jakiś taki test zrobić i wyszło na to, że poza dość oczywistą przy moich osiągnięciach na konkursach matematycznych inteligencją logiczno-matematyczną, mam też całkiem nieźle rozwiniętą muzyczną. I bez muzyki nie ma życia. A właściwie to muzyka jest życiem. To niesamowite uczucie, uświadomić sobie, że jest w Twoim życiu coś ważnego, coś co jest całym Twoim życiem...
I jeszcze 3 słowa o obrazku. Kiedyś bawiłam się trochę Blenderem (taki program do grafiki trójwymiarowej), stworzyłam taki tam sobie obrazek. Nie pamiętam, żebym go jakoś bardzo rozpowszechniała, teraz jest na pierwszej stronie wyszukiwania w google-grafika hasła "nuty".

sobota, 12 stycznia 2013

Gdy czegoś pragniesz - siebie poproś

Dziś nie będę pisać zbyt wiele od siebie. Poza opisywaniem wszystkiego miało być na blogu inspirująco, więc dziś będzie.
Od kilku dni siedzi mi w głowie piosenka (Całusów, bo jakżeby inaczej, a dokładniej tekst autorstwa Mariusza Kampera), której też dziś jadąc autobusem słuchałam.
Szczególnie dla wszystkich tych, co by dużo chcieli, a jakoś nic nie chce samo przyjść...

"A wszystkie gwiazdy w Tobie lśnią
I światów nieodkrytych ogrom
A szczęście zawsze jest o krok
Gdy czegoś pragniesz siebie poproś"

A dla wszystkich spragnionych poezji śpiewanej dorzucam link z youtube: http://www.youtube.com/watch?v=2KirQ6TdFQo.
I mam nadzieję, że będzie to dla Was trochę takim "kopnięciem" do tego, żeby rzeczywiście coś zrobić, żeby spełnić swoje marzenia, bo od samego myślenia o nich to nic się nie zadzieje. 
I kradnę jeszcze gdzieś z internetu Wielką Niedźwiedzicę, żebyście za każdym razem jak zobaczycie ją na niebie pomyśleli sobie, że "Szczęście zawsze jest o krok"

środa, 2 stycznia 2013

Nowy rok

Dawno nie pisałam. Trochę nie było o czym, a trochę czas zaczął tak dziwnie lecieć, trochę mi się doła załapało, trochę nie chciało mi się kompletnie nic. Ale przyszedł nowy rok, wszyscy coś postanawiają, więc i ja będę mainstreamowa i coś postanowię. I wszyscy, co czytacie mojego bloga - przypomnijcie mi czasem, że sobie postanowiłam ;)
Przemyślałam postanowienia przez ostatnie 2 dni nowego roku i postanawiam, że w roku 2013 (kolejność absolutnie przypadkowa):
1. Nie będę pić tych okropnych energetyków i napojów gazowanych (nie wliczając w to gazowanej wody).
2. Nie będę jeść chipsów.
3. Dokończę próbę na HR.
4. Zrobię 6 Weidera.
5. Poprawie kondycję na tyle, żeby na basenie robić 60 długości, a nie 40.
6. Popłynę w jakiś rejs na morzu. 
7. Utrzymam moje zdrowie w takim stanie, żeby móc regularnie oddawać krew. 
8. Zapamiętam, że herbata to nie jedzenie.
I to na razie tyle. Pierwszym postanowieniem, które przyszło mi do głowy, jak zaczęłam o tym myśleć, było, że znajdę sobie męża, ale niestety trafiło na listę nierealnych postanowień na ten rok ;) 
Może komuś się wydaje, że część jest bez sensu, szczególnie postanowienie ostatnie. A jednak...
Ostatni biwak bardzo to pokazał. Ostatnio jakoś tak na biwakach wychodzi, że jedzenie schodzi na dalszy plan - ważniejszy jest program, to co do zrobienia, załatwienie czegośtam i wszystko inne. Nie zawsze nawet udaje się usiąść do jedzenia, a potem wychodzi na to, że jedyne, co zjadło się na kolacje czy śniadanie to herbata. I w ten sposób właśnie kadra doprowadza swoje i tak już dość słabe organizmy do jeszcze "lepszego" stanu - ja zemdlałam ostatnio po biwaku w niedzielę wieczorem, Adam w poniedziałek rano. Dlatego właśnie "herbata to nie jedzenie". 
A na koniec dzisiejszego niezbyt długiego posta, wrzucę sobie linka do piosenki, przez którą mój blog ma taki a nie inny tytuł, o. http://www.youtube.com/watch?v=K34glY2gP38