Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drużyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą drużyna. Pokaż wszystkie posty

środa, 26 września 2018

8 lat, 6 miesięcy, 20 dni

Odłożyłam napisanie tego posta na bliżej nieokreśloną przyszłość, ale właśnie chciałam odwiesić mundur do szafy, więc mnie natchnęło, żeby jednak zrobić to teraz. To pierwszy post w życiu, który w pełnym wymiarze powstaje na telefonie, wybaczcie więc, że mogą się zdarzyć literówki i braki w "ogonkach".
4 marca 2010 roku odbyła się pierwsza zbiórka mojej drużyny. 24 września 2018 przekazałam sznur następcy. Wiele się przez ten czas wydarzyło, sporo ludzi się "przewinęło", było dobre i mniej dobre chwile.
Zrobiliśmy 10 obozów (w jednym roku były 2) - w Czernicy (2010, 2011), Wenecji (2012), Przerwankach (2013), Bieszczadach (2013), Siemianach (2014, 2015, 2018), Wińcu (2016) i na Wielkich Jeziorach Mazurskich (2017). Chyba najlepiej nadal wspominam ten obóz w Wenecji. Ten, o którym ludzie mówili, że albo to się nie uda, albo oni by tego z harcerzami nie zrobili. Myśmy zrobili i się udało. To był obóz który sobie wymarzylismy - pół-wędrowny, najbardziej chyba wychowawczy i integrujący jednocześnie. Rok później próbowaliśmy to powtórzyć, ale nie było już aż tak ekstra.
Zimowisk nigdy nie potrafię sobie przypomnieć wszystkich i w kolejności, ale chyba tylko w jednym roku nie mieliśmy wyjazdu. Tym, które najbardziej zapadło mi w pamięci i było tym najbardziej wymarzonym, było to w Zawoi - jak dotąd jedyne zimowisko w górach.
Zrobiliśmy niezliczoną ilość biwaków, zbiórek i innych akcji. 
Na przekazaniu było sporo byłych członków drużyny, których już sama obecność świadczy o tym, że bycie kiedyś w drużynie było dla nich czymś ważnym. Niektórzy to potwierdzili słownie. Nie wiem, czy udało mi się wpłynąć jakoś na ich wychowanie, nie wiem, czy jestem jedną z tych osób, którym zawdzięczają to, kim są i gdzie są teraz. Mam nadzieję, że moja praca choć trochę się do tego przyczyniła.
To było bardzo ciekawe 8 lat. Każdy rok inny, moja rola jako drużynowej też zmieniała się i dojrzewała - od nawet-nie-przewodniczki biegającej z dziećmi, do podharcmistrzyni (prawie harcmistrzyni, jak w końcu ogarnę pracę hm...) pracującej głównie z kadrą. Drużyna też dojrzała przez te lata i myślę, że tak właśnie powinno być - wszystko się zmienia i dojrzewa.
Przedwczoraj przekazałam sznur na ręce (a właściwie na ramię) Łukasza, zwanego Pustym i wiem, że to dobra decyzja. Teraz jego kolej na popełnianie błędów, realizację marzeń i dojrzewanie wraz z drużyną.

sobota, 22 lipca 2017

Harcerz jest odpowiedzialny

Postanowiłam wrócić do bloga. Z kilku powodów, o których będzie w innych postach. Wchodzę sobie "na zaplecze" blogspota, patrze - a tu jakaś wersja robocza. Czytam. Czemu ja tego nie opublikowałam...?
Nie wiem, kiedy to pisałam, bo oczywiście zaczęłam edytować zanim spojrzałam na datę... Myślę, że to mogła być wiosna 2015 roku.
Od tamtej pory zdążyliśmy zmienić ostatni punkt obecnego Prawa Harcerskiego (o czym może też kiedyś w końcu napiszę). A ja nadal uważam, że od treści znacznie ważniejsza jest praca z tym prawem, wcielanie go w życie i dawanie przykładu.
Poniżej nieedytowany tekst pisany te 2 lata temu.

Od dłuższego czasu w ZHP wrze dyskusja o projekcie zmian w Prawie Harcerskim. Jako że rozmawiam z moimi harcerzami o wszystkim, postanowiłam zapytać też ich o zdanie, bo to przecież dla nich ma być to prawo. Zaczęło się od gawędy, od wprowadzenia, od tego po co, dlaczego i jak to działa. Porozmawialiśmy o odpowiedzialności i próbowaliśmy znaleźć jej definicję. Później powiedzieliśmy sobie, że "Harcerz powinien być ... , bo ...". No i po takim wstępie powiedziałam harcerzom, że mają zapomnieć dotychczasowe prawo (co w przypadku niektórych nie było trudne ;) ) i napisać w grupkach/zastępach nowe prawo. Jedyną sugestią było to, żeby trzymać się tego, że są punkty, nie koniecznie 10...
(Warto wspomnieć, że mówiliśmy na zbiórce też o składkach, co mogło mieć pewien wpływ na ich pomysły...)
Swoje prawo stworzyły 4 zastępy - 2 harcerskie, pomieszane płciowo (akurat było jakoś mało chłopaków i dużo dziewczyn, więc podzieliliśmy się mniej więcej po równo) i 2 starszoharcerskie - męski i żeński.
Wyniki ich prac są warte zaprezentowania - kto by przypuszczał, że takie "małe dzieci" są w stanie wymyślić tak mądre rzeczy. W poniższych tekstach oczywiście poprawiłam błędy ortograficzne, ale właściwie nic poza tym.

Harcerze, zastęp I:
1. Pomaga komu może.
2. Nie boi się nowych wyzwań.
3. Powinien dążyć do celów, które sobie wyznaczył.
4. Powinien dbać o swoje otoczenie.
5. Powinien wierzyć w sprawiedliwość.
6. Powinien znać zwyczaje harcerskie.
7. Powinien być sprawiedliwy wobec innych.
8. Powinien być gotów walczyć za Ojczyznę.

Harcerze, zastęp II:
1. Harcerz powinien być prawdomówny.
2. Powinien zawsze wykonywać swoje obowiązki.
3. Harcerz powinien być dobry dla ludzi.
4. Harcerz powinien być miły i pozytywnie nastawiony do życia.
5. Harcerz jest odpowiedzialny.
6. Harcerz powinien dbać o porządek.
7. Harcerz powinien być uczciwy.
8. Być obecny na zbiórkach.
9. Harcerz powinien być mądry i czujnie uważać na zbiórkach.
10. Harcerz powinien wierzyć w siebie.
11. Harcerz powinien pomagać wszystkim ludziom.
12. Harcerz powinien być opanowany.

Harcerze starsi:
1. Harcerz powinien być odpowiedzialny.
2. Harcerz powinien znać Prawo Harcerskie.
3. Harcerz powinien płacić składki.
4. Harcerz powinien być przyjazny dla otoczenia.

Harcerki starsze:
1. Harcerz szanuje siebie i innych.
2. Harcerz jest odpowiedzialny.
3. Harcerz dostrzega problemy w swoim środowisku i stara się je rozwiązać.
4. Harcerz stara się wiedzieć więcej niż wie i umieć więcej niż umie. (Tu widać wpływ naszych wcześniejszych rozmów - zapamiętali "najfajniejszy" punkt nowego projektu)
5. Harcerz dąży do samodzielności.
6. Harcerz jest prawdomówny.
7. Harcerz stara się odróżniać dobro od zła.
8. Harcerz jest wolny od nałogów. (Kolejny wpływ wcześniejszych rozmów)
9. Harcerz jest otwarty na innych.
10. Harcerz kocha Polskę!
11. Harcerzem może być każdy.

Po "prawach" harcerzy widać, że wymieniają właściwie te same wartości, co więcej - te, które w obecnym prawie są. Może więc nie potrzeba nam zmian, a lepszej pracy z obecnym prawem? A może, jeśli zmiany, to jedynie kosmetyczne?

wtorek, 26 marca 2013

Dobrze, że jesteś...

Długo nie pisałam, bo nie specjalnie znalazł się jakiś temat, poza tym jakoś czas przez palce leci...
Czasem przychodzi do człowieka takie dziwne uczucie, kiedy bardziej martwi się o kogoś bliskiego niż o siebie. Może nie jest takie dziwne dla innych, dla mnie jest, bo ja raczej rzadko angażuję się emocjonalnie w "związek" z drugą osobą. A teraz jest inaczej. I nie chodzi o chłopaka, o miłość i jakieś tam takie rzeczy, nic z tego. Tym razem to "tylko" przyjaźń. Chociaż, gdybym z kimś była i miała wybierać między facetem a przyjacielem, wybrałabym przyjaciela...
Czasem przychodzi taki moment, że wszystko co się budowało od pewnego czasu i wszystkie plany idą sobie gdzieś daleko. Bywa, że nie jest łatwo, ale chyba w końcu trzeba się z tym pogodzić i przebudować plany na nowo, w innych warunkach. Przecież z każdej sytuacji jest więcej niż jedno wyjście. I właśnie nadszedł moment, w którym muszę stworzyć nowe plany. Choć nadal mam nadzieję, że mi się nie przydadzą. Ale gdyby jednak, to już będą, będzie co realizować i nie będzie chaosu. Przynajmniej taki jest plan.
Nie napisałam nic konkretnego i na razie nie napiszę o sytuacji. Za wcześnie. Na razie tylko wiedzcie, że czasem trzeba znaleźć w sobie tyle siły, żeby przez łzy wymyślić nowy plan. Bo warto.
Na koniec znów piosenka. Z dedykacją. Dla osoby, dla której zrobiłabym absolutnie wszystko, która jest przy mnie wtedy, kiedy tego potrzebuję i którą przejmuję się bardziej niż sobą. Adaś... http://www.youtube.com/watch?v=aeGaAeaEeqY

poniedziałek, 18 lutego 2013

Po zimowisku

Czasem nie jest łatwo napisać coś mądrego, a głupot nie warto. Dlatego ostatnio marnie mi idzie pisanie czegokolwiek na blogu. Miałam nawet ostatnio jakiś temat, ale zapomniałam jaki...
Wróciliśmy z zimowiska, w sobotę późnym wieczorem. Szczęśliwie, bez jakichś wypadków i niemiłych niespodzianek.
Co mogę powiedzieć o zimowisku?
Programowo - fajnie, dzieciakom się podobało. We dnie głównie łaziliśmy po górach, wieczorami raczej luźno, trochę śpiewania, trochę odpoczywania. W piątek wyjazd do Tatralandii, która jednak trochę bardziej nudna niż przypuszczaliśmy (co dziwne nie tylko ja się nudziłam), ale i tak dzieciaki bawiły się świetnie, a to najważniejsze. Kierowcę autokaru też mieliśmy super - nie dość, że świetnie jeździł, mieścił autokar w miejsca, w które w życiu byśmy nie pomyśleli, że da się autokarem wjechać, to jeszcze poszedł z nami w góry i w ogóle był spoko. No i potrafił zjechać 2 kilometry z górki na wstecznym. Największą atrakcją wypadów w góry było oczywiście schodzenie, a właściwie zjeżdżanie. I choć warunki nie pozwoliły na wejście na Babią Górę, a na Policy była straszliwa mgła, to wszyscy byli zadowoleni, że udało im się choć trochę poznać swoje siły.
Organizacyjnie i "papierowo" - to chyba najgorszy wyjazd, jaki kiedykolwiek organizowałam. Nigdy nie prowadziło mi się całej dokumentacji tak źle i nigdy nie miałam wrażenia, że jest to aż tak nie ogarnięte. Ale na koniec wychodzimy na prostą, więc będzie dobrze.
A jeśli chodzi o ludzi... Hmmm... Najbardziej bałam się tego, jak będzie wyglądała sprawa drużyny z Wejherowa, która z nami była, ale bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Nie było żadnych przypałów, fajnie zżyli się z naszymi HS-ami i w ogóle byli bardziej harcerscy niż myślałam, że będą. Dzieciaki z 13 trochę roztrzepane, ale co się dziwić, skoro nie wszystkie są nawet w wieku harcerskim. Moje też nie zawsze są lepsze ;) Ale było pozytywnie.
Choć pierwszy dzień był trudny. Zmęczenie dało się we znaki i jeszcze nie do końca wszystko było dogadane... Dobrze w takim momencie mieć przyjaciela. Mój na szczęście był kiedy go potrzebowałam. Zresztą później udało mi się (chyba) mu trochę odwdzięczyć, bo pewnie dałby sobie radę beze mnie, ale mogłoby to być nieco trudniejsze... Warto mieć zawsze kogoś takiego, komu można zaśpiewać (http://www.youtube.com/watch?v=ireCkhc1QJc):
"Przyjacielu mojej drogi krętej
Wędrowaniem złączone światy dwa
Przyjacielu mojej drogi krętej
Jeszcze nie jeden przejdziemy razem szlak"
Oby każdy z Was miał takiego przyjaciela...


poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przysięgam Wam, że płynie czas...

Był biwak. Trochę taki, jak każdy inny, ale nie do końca. Pierwszy, który przygotowywali zastępowi. No dobrze, większość papierologii spadła na mnie i tak, ale programu tyle co nic (robiłam w sumie 2 zajęcia, w tym jedno przypadkiem, a do obu właściwie nie musiałam niczego przygotowywać). Adam w ogóle robił tylko obiad.
Cały nasz biwak był japoński. W piątkowy wieczór najpierw szyliśmy sobie kimona, potem oglądaliśmy anime. Poszliśmy spać dość późno. W kadrówce było nas sześcioro, ale kadrówka jest pokojem podzielonym na dwa pokoje - jeden dwuosobowy, który był u nas "komendą", to znaczy, że spaliśmy tam z Adamem i trzymaliśmy tam rzeczy, o których mieli nie wiedzieć - np. chusty HS; w drugim pokoju, a właściwie pierwszym od wejścia jest 6 miejsc do spania i tam spała nasza młoda kadra, sztuk 3 i Andrzej. No i w piątkową noc przyszedł moment na nocne rozmowy o wszystkim. I tu okazało się, że nas podział na dwa pokoje jest całkiem słuszny. My z Adamem mogliśmy sobie pogadać o wszystkim i jednocześnie trochę posłuchać, o czym mówią za ścianą (nie trzeba było podsłuchiwać, żeby słyszeć - hufiec ma ściany prawie z tektury). Wniosek taki - dobrze, że śpimy osobno, bo gdybyśmy byli w jednym pokoju to ani oni, ani my nie moglibyśmy sobie spokojnie porozmawiać, a tym czasem oni rozmawiali o biwaku, trochę podsumowali i pomyśleli o jutrze. Bez nas, więc nie musieli się za bardzo spinać. Nie żebyśmy ich potępiali za to co mówią, ale jednak inaczej się rozmawia w swoim gronie niż przy kadrze. I słychać było, że nawet całkiem się zgrywają.
W sobotę zajęcia z origami (które prowadziłam - co tu do przygotowywania?), potem z języka japońskiego, obiad jedzony pałeczkami, potem kilka sportów japońskich i przedstawienia z japońskich bajek. Po obiedzie właściwie prawie mnie tam nie było. Położyłam się na chwilę i pomyślałam - ja leżę, a biwak "sam" się prowadzi. Potem jak powiedziałam to Adamowi słusznie zauważył, że będzie tak coraz bardziej...
Przy okazji kolacji zaśpiewaliśmy Jarkowi sto lat, przynieśliśmy ciacho i tęczową galaretkę. Pogadaliśmy, zjedliśmy, przyszedł czas na grę. Jakoś po grze przez chwilę rozmawiałam z Andrzejem i Sokiem (akurat siedzieliśmy w kadrówce). Czego się dowiedziałam? Że mamy zgraną drużynę, ludzie się słuchają i dogadują, że w innych drużynach na prawdę jest ciężko czasem do ludzi dotrzeć, że inne drużyny nie ogarniają się "same" (i już nawet nie o to chodzi, że bez mojego udziału tylko z zastępowymi, ale ogólnie sami w swoim gronie). I wiecie co to znaczy? To znaczy, że my osiągnęliśmy cel, który tak często wiele jednostek wpisuje w swoje plany, kiedy nie wiedzą co wpisać. To ten cel zaraz po "dobrej zabawie" - integracja. No dobra, my też mieliśmy taki cel wpisany w plan pracy obozu, z tym, że w trochę inny sposób, bo było dopisane "szczególnie w zastępach", co przełożyło się bezpośrednio na działanie dużo zastępami, wzmacnianie roli zastępowych, więc choćby przekazywanie informacji przez nas zastępowym, przez zastępowych dalej. No ale o obozie już pisałam. A teraz potwierdza się, że obóz nas zintegrował i jednocześnie nie zamknął na innych - "nowi" ludzie są przyjmowani bardzo szybko i bez problemów. Dowiedziałam się też, że nikt się z nikim nie spina, a ludzie stają w swojej obronie. A nawet jak coś się dzieje, to na krótko i szybko jest rozwiązane. I wygląda na to, że nawet ze sobą rozmawiają, jak coś jest nie tak, a to nie często się zdarza, nawet wśród dorosłych.
Po grze zrobiliśmy alarm mundurowy, o którym nasza młoda kadra nie wiedziała (ha haha ha haha - złowieszczy śmiech). Zapakowaliśmy wszystko co było do rozdania do kieszeni (jak dobrze mieć emki!) i wyruszyliśmy do bunkru na Kamiennej Górze, powyżej bulwaru. Dotarliśmy, a że było ciepło to zdjęliśmy polary - przynajmniej ja i Adam. Wtedy po raz pierwszy wszyscy mieli okazję zobaczyć nowe barwy harcerzy starszych. Są piękne. Przyjęliśmy w poczet członków drużyny Soka, potem w poczet członków zastępu SH 6 osób - Jarka, Kamilę, Soka, Wiktorię, Adriana i Olę R. Wiktoria i Soku zostały podzastępowymi zastępu SH, Jarek został odkrywcą. Ola R. w końcu dostała sznur świecowej, a Paula, Ola Ł i Malwina dostały próbne barwy. 
Ale to nie był koniec atrakcji. Adam ostatnio zamknął naramiennik wędrowniczy. Nie ja byłam jego opiekunką, a opiekun z różnych przyczyn nie miał możliwości obrzędowego nadania naramiennika, więc stanęło na tym, że Adam ma go po prostu zacząć nosić. Ale nie tak to się skończyło. Nie był to pierwszy nadawany przeze mnie naramiennik, ale pierwsze nadanie, na którym załamywał mi się głos, kiedy mówiłam najlepszą na tę okoliczność gawędę - kodeks wędrowniczy. Potem odebrałam od Adama odnowienie Przyrzeczenia - takie Przyrzeczenia lubię najbardziej, takie, które są przez składającego wymawiane z pełną świadomością tego, co mówi...
Wieczorem już po zabawie w chowanego, słyszeliśmy jak za ścianą dzieje się podsumowanie biwaku. Dość krótkie, ale jednak. Nie prosiliśmy, nie mówiliśmy o tym. 
Rano posprzątaliśmy za siebie i trochę za drugą drużynę, która była z nami jednocześnie w hufcu.
Zastępowi całkiem się spisali. Biwak był super, udał się, wszystkim się podobał. Pozytywnie. 

A skąd tytuł posta? No cóż, ja już powoli nie przygotowuje biwaków, niektórych zbiórek, czas leci... A tytuł oczywiście jest cytatem. Z piosenki SDM. http://www.youtube.com/watch?v=rjFAJV288g0

poniedziałek, 26 listopada 2012

Czy tylko ja mam takie plany?

Jako że ostatnio nie piszę jak nie mam nic do napisania, to pojawiam się dopiero teraz.
Od pół roku mam oficjalnie przybocznego (no dobra, jutro będzie równe pół roku). Co prawda rozkaz był tylko potwierdzeniem stanu faktycznego - coś jak zaznaczanie na fejsbuku "w związku" jak się już z kimś jest ;)
Patrząc na to, co przez to pół roku się wydarzyło i pozmieniało w drużynie, to aż ciężko uwierzyć, że to tylko tyle czasu. Niesamowity obóz pół-wędrowny, powstanie pionu starszoharcerskiego o pewnej odrębności (i pięknych chustach, o których HS-y na razie tylko słyszały) i nabór do niego, powstanie nowego zastępu zastępowych, zastępy zaczynają działać, zbiórka drużyny raz w miesiącu i wymyślanie wszelkich możliwych sposobów uzyskania pieniędzy na działalność drużyny... A do tego plany - szykuje się niezły biwak robiony przez naszych zastępowych, świetne zimowisko, obóz w wersji hard (w pełni wędrowny, o ile znajdziemy kierownika, ale nie będę zdradzać na razie szczegółów, bo jeszcze się nie uda...). Między tym wszystkim jeszcze to, co najważniejsze - rozmowa. Dużo. I to co tylko troszkę mniej ważne, a często zapominane - metodyka.
I znów będzie o metodyce. Rok i 6 dni temu powstał pierwszy wpis na tym blogu, dotyczący właśnie pracy w metodykach i młodej kadry (jakby ktoś chciał przeczytać to klik tutaj).
Dziś trochę inaczej, dziś o stanie faktycznym, moich planach i plotkach (które, mam nadzieję, mają jak najmniej prawdy w sobie, ale obrazują negatywne, moim zdaniem, przykłady).
No to jest tak. Aktualnie w drużynie mamy 18 osób. W niektórych środowiskach to mało, w niektórych dużo, u nas akurat chwilowo jest to szczyt ilości aktywnie działających osób. Chwilowo większość to pion SH (10 osób).
Najstarsze nasze "dzieci" są w drugiej klasie gimnazjum, czyli mają po 14 lat. Są zastępowymi zastępów harcerskich (no, dwójka jest, trzecia nie, ale kto wie, co się stanie... ;) ). W innej drużynie dziewczyny w ich wieku są przybocznymi - to akurat fakt, nie plota. Nasi o tym oczywiście wiedzą. Można by się spodziewać po nich reakcji takiej: "No jak to, one są przybocznymi, a my nie możemy? Ale głupio!". Ale nie, oni sami stwierdzili, że nawet by nie chcieli, bo to za wcześnie. No właśnie, jeszcze co najmniej rok do tego, żeby dostać zieloną beczkę próbnego przybocznego. Na razie uczą się jak zorganizować biwak, wszystko z naszą pomocą, podpowiedziami i czuwaniem, żeby w razie czego wszystko ratować na ostatnią chwilę. Na szczęście na razie się na to nie zapowiada.
A tu negatywny przykład z ploty - drużynowa każe przygotować przybocznym w wieku 16 i 15 lat samodzielnie zimowisko i całkowicie im to zostawia, nie interesuje się. Dodatkowo zaczyna myśleć o przekazaniu drużyny, bo przecież ma już prawie 19 lat i od dwóch prowadzi drużynę i przyszedł czas na działanie w hufcu. Koniec plotki. Mam nadzieję, że nie prawdziwa, ale nie znam sytuacji. Ale nawet jeśli nie prawdziwa, to ładnie obrazuje to, czego być nie powinno.
Dalej to już może o planach. Nie spodziewam się oddać drużyny wcześniej niż za trzy lata. Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy i komu, wiele zależy od tego, czy będzie na to gotowy/a. I za trzy lata przy SP10 będzie działał szczep, z pełnym ciągiem wychowawczym - gromadą, drużynami harcerską, starszoharcerską i wędrowniczą.
A dla dzieciaków będzie normalne, że:
- zuch na przełomie III i IV klasy idzie do drużyny, a nie "chce zostać w gromadzie" (nie-plota)
- harcerz na przełomie podstawówki i gimnazjum idzie do drużyny starszoharcerskiej, a nie zostaje przybocznym (kolejna nie-plota)
- harcerz starszy zostaje wędrownikiem i ewentualnie zaczyna swoją przygodę z kadrowaniem, "nie da się" zostać przybocznym jako HS (ewentualnie próbnym pod koniec wieku SH)
- stopnie harcerskie zdobywa się w wieku, dla którego są przeznaczone i "nie da się" inaczej
- "nie da się" też otworzyć próby na naramiennik przed skończeniem gimnazjum, a HO przed zdobyciem naramiennika
- samarytanka/ćwik to stopień, na który można ewentualnie pomóc w imprezie szczepu czy drużyny, a nie zorganizować hufcową (no i następna nie-plota), a ten stopień to nie "małe pwd" polegające tylko na organizowaniu czegoś dla innych i zdobywaniu uprawnień
- 16 lat to nie jest idealny wiek, do otwarcia pwd - można, ale po co?
- drużynowy/przyboczny nie robi imprez hufcowych (a przynajmniej nie każdą możliwą i w całości, czasem jakąś część - ok, przecież trzeba się tego kiedyś nauczyć) - przecież zajmują się tym instruktorzy hufca (namiestnictwa, szczepu), którzy oddali już swoje drużyny.
- drużynę prowadzi instruktor, nie samarytanka/ćwik (nie-plota), ewentualnie osoba, która kończy już zdobywanie swojego stopnia instruktorskiego
- na kurs drużynowych idzie się mając 16 lat i IV stopień, a nie 14 lat, II stopień i podobno otwarty IV
- po HO zdobywa się HR i jest to taki sam stopień, jak każdy inny

No, to się rozpisałam. Tak na podsumowanie... Nie przyspieszajmy rozwoju naszych harcerzy, bo zrobimy im tylko krzywdę - szybciej zaczną, to szybciej skończą, bo im się znudzi. A jeśli będziemy co raz bardziej obniżać wiek drużynowych, to w końcu okaże się, że teraz "drużynowym" jest osoba, którą jeszcze niedawno nazwałoby się zastępowym. Zacznijmy w końcu trzymać poziom wysoko, a nie obniżać go jeszcze mocniej... Ale! Nie przeginajmy też w drugą stronę, nie dawajmy ludziom czekać zbyt długo np. na objęcie funkcji, bo stwierdzą - skoro jej nie dostaje, to bez sensu i idę sobie. Po prostu uczyńmy normalnym pewne dolne granice wieku, stopnia - wtedy nawet najbardziej ogarnięte osoby będą wiedziały, że mogą zostać przybocznymi czy drużynowymi, ale nie teraz. I będzie to dla nich normalne.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie...

W końcu nadeszła chwila na to, żeby napisać coś na blogu. Ostatnio przez jakiś czas się nie udało. Czemu? Bo rajd. Zeżarł sporo mojego czasu, a jeszcze w połączeniu z całym ogromem innych rzeczy to już w ogóle.
Swoją drogą, że nie specjalnie mam o czym napisać...
Często jest tak, że najpierw wymyślam tytuł postu, a potem tytuł sobie czeka aż napiszę jakąś treść. Tak było i tym razem. Tytuł jest oczywiście cytatem - z piosenki SCoB. Jakoś tak mnie naszło w trakcie słuchania jej w autobusie, że moja "ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie" - jakoś w domu nie mogę usiedzieć i szybko zaczyna mi się nudzić.
A jak przychodzi jeszcze do bycia w kilku miejscach na raz to już w ogóle zaczyna się robić ciekawie.
No i tak ostatnio było. Ostatnio wczoraj. Ja i Adam, czyli cała kadra drużyny, na RŚPG. Nasi harcerze dopytują się o paradę. Od czwartku chyba. Ja w piątek pakuję się, załatwiam wszystkie resztki rzeczy, które jeszcze nie załatwione, potem zaczął się rajd, to w ogóle nie było kiedy choćby SMS-a dzieciakom napisać. Więc nikt z harcerzy nie wie, co z paradą. W sobotę wszyscy zaczęli pisać, a ja nie miałam swojego telefonu (miałam przełożoną kartę, bo mój rozładowany), więc ani grama numerów do kogokolwiek. W końcu zadzwoniliśmy do zastępowych, ale żadne z nich nie mogło iść na paradę. Kilku osobom, które pisały SMS-y napisałam, o której parada się zaczyna i gdzie, i że nas nie będzie. Nie mam pojęcia komu, jak już wspomniałam, nie miałam numerów. Nie sądziłam, że ktokolwiek się ogarnie.
Wróciłam do domu w niedzielę wieczorem, wstałam w poniedziałek o 14 rano, wchodzę na facebooka, patrzę - a moi harcerze wstawili zdjęcia z parady. Sami z siebie poszli na paradę. Może nie w jakiejś wielkiej ekipie (6 osób), ale przypuszczam, że gdybyśmy my byli to nie byłoby wiele więcej. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że jestem z nich dumna. Poszli na paradę, na apel hufca, zameldowali drużynę. Sami.
To chyba oznacza, że nasze czasem zostawianie harcerzy samych i powiedzenie "radźcie sobie" i patrzenie z boku, czy wszystko jest ok, daje jakieś efekty. Nawet całkiem pozytywne.

sobota, 21 lipca 2012

Jestę wędrowcę!

Już po obozie. Czas co nie co podsumować.
Wiele osób przed wyjazdem mówiło mi "Ja bym nie pojechał/a na taki obóz z harcerzami". Znaczy taki pół-wędrowny. Ja pojechałam i nie żałuję. Uważam, że osiągnęliśmy przynajmniej część założonych celów - harcerze są bardziej samodzielni, pomagają sobie nawzajem i osobom z zewnątrz i zaczynają być rzeczywiście drużyną, a nie zbitkiem osób w tych samych barwach. Przeprowadziliśmy małą rewolucję jeśli chodzi o zastępy (postanowiliśmy, że zastępowymi zastępów harcerskich będą harcerze starsi). Przypuszczam, że zmiany nie byłyby tak widoczne przy stacjonarnej formie obozu.
A teraz małe podsumowanie w liczbach:
10 - tylu uczestników było na obozie:
2 harcerzy starszych
4 będzie harcerzami starszymi od września
4 zostaje w pionie harcerskim
2 - tyle mieliśmy kadry
13 dni trwał nasz obóz, podczas którego:
5 dni spędziliśmy na bazie w Wenecji
8 dni spędziliśmy na
3 wyprawach (kajakach, rejsie, wycieczce-wędrówce na Wilczy Szaniec)
46 kilometrów to odległość, jaką pokonaliśmy piechotą
26 kilometrów - tyle zrobiliśmy na żaglach/silniku (na kanale)
2 razy kładliśmy i stawialiśmy maszty
480 złotych wydaliśmy na jedzenie poza Wenecją
521 złotych wydaliśmy na bilety PKP
575 kilometrów przejechaliśmy
10 różnymi pociągami
7 razy rozkładaliśmy i składaliśmy nasze małe namioty
3 noce spaliśmy w innym miejscu niż namiot (w świetlicy na bazie, po wielkiej burzy, w Wińcu w hangarze, też po burzy i w Kętrzynie w salce katechetycznej, dla odmiany nie po burzy)

Co mogę jeszcze powiedzieć?
Podczas obozu mieliśmy okazję zauważyć, jak bardzo podejście kadry wpływa na harcerzy. Drugiego dnia obozu przyszła wielka burza. Pół bazy stało w porcie i patrzyło jak idzie na nas ściana deszczu. Z burzą przyszedł też wiatr. Łódki w porcie powyrywały boje, na których stały, więc rozpoczęto szybką akcję wyciągania całego możliwego sprzętu na brzeg. Żeby było jeszcze trochę "śmieszniej", w podobozie Tczewa zaczęły latać namioty. Co mogliśmy zrobić? Mogliśmy pójść z harcerzami do świetlicy albo na stołówkę i stwierdzić, że to nie nasza sprawa, że mamy swój program i już. A co zrobiliśmy? Rzuciliśmy się do pomocy. Ani mi, ani Adamowi nie przyszło do głowy wtedy nic innego niż to, żeby pomóc wyciągnąć łódki, potem stawiać namioty Tczewa. Nasi harcerze pomagali razem z nami, choć właściwie nikt im nie kazał. Po prostu zobaczyli, że trzeba coś zrobić i to zrobili. Potem jak już trochę się uspokoiło sami chodzili i pytali, czy w czymś jeszcze pomóc. Nikt nie przejmował się tym, że jest całkowicie mokry. Kiedy rozmawialiśmy z Adamem na jednym z naszych spontanicznych podsumowań o tej sytuacji na początku byliśmy zaskoczeni reakcją harcerzy, ale potem dotarło do nas, że w dużej mierze to nasza zasługa. Więc pamiętajcie funkcyjni - to co robicie i w jaki sposób ma ogromny wpływ na waszych harcerzy.

A co do tytułu posta... Jakoś tak się złożyło, że hipsterski tekst towarzyszył nam w różnych wydaniach przez cały obóz - i wtedy, kiedy przyszedł konduktor, który powinien mieć koszulkę z napisem "jestę ...ę" i zawsze wtedy, kiedy szliśmy do toika, koło którego stał kontener z napisem "Jestę kontenerę". Nie wspomnę już o "Jestę Komarę - siorb siorb" ;) 

Na zdjęciach - u góry DZ na motyla, trochę niżej - takie tam, z numerem drużyny, na Wilczym Szańcu. Jeszcze niżej - bagienko w drodze powrotu z Wilczego. Nasyp kolejowy, którym szliśmy, najwyraźniej musiał być sztuczny, bo po obu jego stronach było takie piękne bagno.