Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerozolima. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jerozolima. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 kwietnia 2018

Połóż mnie, jak pieczęć na sercu...

Walcowe pieczątki
Przyjechałam tu nie tylko po to, żeby siedzieć w ośrodku na końcu świata, ale też po to, żeby coś zobaczyć. Dlatego pesachowy tydzień spędziłam na wyprawie na południe Izraela.
Wyprawa jakoś tak naturalnie i trochę przypadkowo podzieliła się na 3 zupełnie różne od siebie etapy, o których napiszę w oddzielnych postach. Etapy są nierówne czasowo, ale w miarę równe w stosunku do ilości rzeczy, które się działy.
Dziś o etapie pierwszym, czyli Jerozolimie i Qumran - w sumie to jakieś 1,5 dnia.
Wyruszyłam z mojego końca świata o 7 rano w niedzielę. Pracowniczym transportem do miejsca, z którego mam autobus do Jerozolimy, a potem dalej, na tyle szybko, że pod Muzeum Ziem Biblijnych byłam trochę po 9, a w międzyczasie zdążyłam wypić kawę za 5 szekli.
Otwierali o 9.30, a z okazji Pesach było za darmo. Ogólnie w muzeum znaleźć można artefakty z czasów dawnych, tych opisywanych w Biblii - muzeum łączy historię tych ziem z zapisami w Biblii i ówczesną geografią. Wiele gablot opatrzonych jest cytatem ze Starego Testamentu, który opisuje te czasy. Na samym wejściu zrobiły na mnie wrażenie kamienne miseczki, datowane na ok. 6500 lat przed naszą erą, czyli mega dawno - jak oni je robili...? Ale zostałam największą fanką stempli do toczenia. Taka pieczątka, tylko wyryta na walcu, jak się przetoczy po miękkiej glinie albo czymś takim, to zostawia wzór. Niesamowita była dokładność tych wzorów i to, że to im w ogóle ładnie wszystko współgrało na tym maleńkim walcu...
Jeden z obrazów Zoji

Jak to zwykle bywa w takich miejscach, nagle połączyły mi się różne wątki, coś zaczęło nagle mieć więcej sensu...
Wystawa w muzeum opowiadała m.in. o tym, jak to kiedyś pieczęcie były swego rodzaju podpisem - prawie każdy miał swoją i jak ją postawił na dokumencie, to było wiadomo, że aprobuje. Pieczęciami opatrywało się też różne rzeczy, żeby było wiadomo, czyje są, tzn. żeby zaznaczyć własność, a może nawet powiązanie między rzeczą a właścicielem. Przy tej części, jak przy większości, też był cytat z Biblii - i to jest ten drugi wątek. Bo cytat jest świetnie znany, myślę, że nie tylko mnie - pochodzi z  8 rozdziału Pieśni nad Pieśniami:
Połóż mię jak pieczęć na twoim sercu, jak pieczęć na twoim ramieniu... (PnP 8,6)*
Sztuka współczesna
Nie ukrywam, że te słowa mi się zawsze w głowie "śpiewają" w piosence Rubika (hehe, https://www.youtube.com/watch?v=3WWwuA6twKI), ale niezależnie od piosenki, nagle zaczęłam rozumieć bardziej ten wers. Dla mniej obeznanych z tematem, Pieśń nad Pieśniami, w uproszczeniu, opowiada o intymnej relacji Oblubienicy i Oblubieńca (wg pewnych interpretacji Oblubienicą jest lud Izraela, a Oblubieńcem Bóg) i powyższe słowa wypowiada Ona do Niego.
Mając w głowie te dwa fakty, zaczęłam się zastanawiać, czemu ona tak powiedziała i co miała na myśli. I mam taką swoją (swoją, z mojej głowy, nie z innego źródła) interpretację, która mówi mniej więcej tak:
Pieśń nad Pieśniami powstała dawno (Wikipedia mówi, że prawdopodobnie VI-III w. p.n.e.), w tych czasach, kiedy właściwie jedynym, a na pewno najistotniejszym sposobem "podpisywania" rzeczy i nadawania im pewnej wartości "urzędowej" były pieczęcie (właściwie w naszych urzędach nadal tak jest...) => ktoś, kto stworzył PnP, chciał podkreślić bliskość kochanków i pewnego rodzaju "przynależność" do siebie.
Chociaż, jeśli wziąć pod uwagę to, że Oblubieniec miałby być Bogiem, a Oblubienica Izraelem, ten wers mógłby brzmieć mniej więcej jak "Panie Boże, pozwól nam przybić na sobie naszą pieczęć, jako znak tego, że jesteś naszym Bogiem" (nadal moja luźna interpretacja).
Może moje "łączenie wątków" nie jest jakoś szczególnie odkrywcze, nie umiem tego ubrać w słowa, ale w mojej głowie te dwie rzeczy brzmiały bardziej jak "ej, to rzeczywiście ma sens".

ahava, czyli miłość
W muzeum spędziłam ok. 2,5 h, poczytałam jeszcze trochę w gablotkach o bogach sumeryjskich i egipskich, pooglądałam eksponaty, wymyśliłam zrobienie własnego zeszytu symboli (taki zeszyt, w którym zamierzam spisywać z różnych źródeł znaczenia symboli, bo zwyczajnie mnie to jara) i poszłam dalej.

Dalej, to znaczy do Muzeum Izraela, które jest po drugiej stronie ulicy. Moim głównym celem były zwoje z Qumran, zwane także zwojami znad Morza Martwego - rękopisy, datowane na I w. p.n.e. i znalezione w latach 1947-1956, które zawierają m.in. pełną Księgę Izajasza, ale także wiele fragmentów większości ksiąg Starego Testamentu i inne pisma, np. dotyczące zasad życia wspólnoty mieszkającej w Qumran.
Pokrywka
Jednak zaczęłam od obejścia reszty muzeum, które jest ogromne... Momentami trochę trudno się w nim połapać, ale ja się gubię nawet stojąc na strzałkach, które pokazują kierunek zwiedzania... W dużej części muzeum jest galerią sztuki, głównie obrazów. Jest też dużo sztuki współczesnej, do której wciąż nie potrafię się przekonać...
Z najciekawszych rzeczy, które mnie tam spotkały, to galeria satyrycznych obrazów Zoji Cherkassky, imigrantki z Ukrainy, dzięki której dowiedziałam się między innymi, dlaczego tak wiele rosyjskojęzycznych ludzi przyjechało tutaj na początku lat 90. - "po prostu" rozpadał się Związek Radziecki, oni musieli walczyć o swoją żydowską tożsamość, a Izrael był przedstawiany jako dość "idealne" miejsce. Obrazki w satyryczny sposób mówią o asymilacji tych imigrantów, którzy dopiero tu na miejscu zaczynali uczyć się hebrajskiego i być "prawdziwymi Żydami".
Drugą, bardzo ciekawą rzeczą, ale bardzo drobną, była wystawa o powstaniu alfabetów, dokładniej o "ewolucji" liter i o tym, jak to się historycznie wydarzyło, że alfabety hebrajski, grecki, łaciński i arabski mają wspólne źródło, a tak bardzo się różnią. Niestety wystawa dała mi tylko ideę i zdjęcie tabelki z literami i czasem ich pochodzenia. Muzeum Ziem Biblijnych dało mi też tytuł książki, od której mogę zacząć czytać na ten temat.
Mykwa z Qumran
W końcu dotarłam do "budynku", w którym jest wystawa o zwojach. Wzięłam budynek w cudzysłów, bo jest to miejsce, którego dach ma wyglądać jak pokrywka dzbanów, w których znaleziono zwoje. W środku na początku idzie się przez "jaskinię", w której są gablotki z opisami tego, jak w ogóle wyglądało życie w Qumran w czasach, kiedy rękopisy zostały napisane i kto właściwie je napisał - najogólniej mówiąc, była to pewnego rodzaju sekta żydowska, której głównymi zajęciami były modlitwy i przepisywanie ksiąg (spłycam, ale mniej więcej tak było). Potem wchodzi się do "dzbana", można tu poczytać więcej o zwojach, zobaczyć kilka z nich (takich oryginalnych), a w centrum znajduje się reprodukcja (właściwie faksymile) zwoju zawierającego Księgę Izajasza, który to zwój ma 734 cm długości (dużo). Nie jest to jednak najdłuższy ze zwojów - ten ma 8,15 m i 66 kolumn tekstu i jest opisem świątyni, ze wszystkimi wskazówkami, jak powinna wyglądać i gdzie co powinno być.
Tam jest faksymile zwoju
z Księgą Izajasza
Spędziłam w tym muzeum około 4 godzin - można by było więcej, ale niestety zamykali... Muzeum jest ogromne i zawiera niesamowitą dawkę wiedzy.

Kolejnym punktem programu był hostel - wyjątkowo inny niż zwykle w Jerozolimie, ale było spoko - spotkałam kobietę z Tajlandii i chłopaka z Szanghaju, dzięki któremu dowiedziałam się, że używają tam dialektu, który jest mieszanką chińskiego (mandaryńskiego) i angielskiego, co więcej jak do siebie piszą, to część słów zapisują swoim "alfabetem", a część alfabetem łacińskim. "Zarządca" hostelu też był spoko i nie mogę nie przytoczyć pewnej "anegdotki" - przy okazji jakiejś rozmowy powiedział, że jest wegetarianinem w 90%, więc zapytałam "czyli co, jesz tylko kurczaka?". Zgadłam - tak dokładniej to pierś z kurczaka. To trochę jak ja, kiedy muszę sobie sama gotować, chociaż ja czasem robię sobie jeszcze wątróbkę.

Qumran
Poniedziałkowy poranek zaczął się wcześnie, prawie spóźniłam się na autobus o 8, ale i tak pojechałam następnym, bo było za dużo ludzi. Autobus zawiózł mnie do Qumran.
W samym Qumran nie ma żadnej wystawy, na której byłyby pokazane zwoje, za to można zobaczyć pozostałości "miasta" (twierdzy?), w której żyli Żydzi - jest sporo mykw, czyli rytualnych basenów, co potwierdza ich religijność. Można się także przejść w kierunku grot specjalnie oznaczonym szlakiem - trochę się przeszłam po pustyni (jedna z rzeczy do zrobienia), właściwie tylko wdrapałam się na jakiś szczyt, a potem zeszłam, bo nie było sensu iść dalej. Trudność szlaku była jak w Beskidzie, więc najbardziej zmęczyło mnie słońce i to, że woda, którą miałam, zdążyła się nagrzać. Nie mniej jednak warto było zobaczyć miejsce, z którego pochodzą zwoje.
Spacer po pustyni

To koniec pierwszej części - w tej części mało przygód, dużo wiedzy, czytania, oglądania i historii - ja jednak nie nazwałabym tej części ani trochę nudną.
Zostawię Was więc w połowie poniedziałku, ciąg dalszy nastąpi.




*Polskie tłumaczenie z Biblii Tysiąclecia, konkretnie stąd - http://www.nonpossumus.pl/ps/

sobota, 6 stycznia 2018

Kapciuszki z króliczkami


Kapciuszki :)
Mam zaległości w pisaniu. Duże. 5 postów czeka w mojej głowie na przelanie na klawiaturę... Czas więc zacząć. Poniższy akapit może niektórych zdziwić, zaskoczyć czy coś, ale no cóż, skoro to mój blog, to mogę pisać, co myślę.
Pierwszy raz w życiu nie obchodziłam świąt. Co prawda nie udało się uciec przed życzeniami, które dostawałam głownie przez fejsa, ale poza tym to żadnej wigilii, żadnych choinek. W końcu święta jakich potrzebowałam, jakie od kilku lat chciałam przeżyć. A właściwie brak świąt. Dzień jak co dzień. To było super.
Ale wpis miał być głównie o czymś innym. Nie miałam planów na sylwestra, więc koreańskie wolontariuszki zaprosiły mnie do siebie, tzn. do ich centrum w Jerozolimie i na wycieczkę na wschód słońca w Masadzie.
Koreańczycy, którzy są tutaj na wolontariacie, są wspólnotą religijną, więc ich plany na weekend zawierają dużo modlitwy i uwielbienia. Niektórzy z moich znajomych wiedzą, co myślę o uwielbieniach - generalnie śpiewać lubię, piosenki uwielbieniowe są jednymi z moich ulubionych, jedyne, co do mnie nie przemawia, to modlitwa spontaniczna podczas takich uwielbień. Nie krytykuje, rozumiem, że dla wierzących to ważne. Po prostu do mnie nie przemawia i ja tego nie czuję.
Nasz piątek w Jerozolimie zaczął się więc kościołem - uwielbieniem i (chyba) nabożeństwem, albo może raczej nauką? Chyba, bo nigdy nie byłam na protestanckim* nabożeństwie i nie wiem, jak wygląda. Najpierw było uwielbienie, grał i śpiewał taki ichny zespół, bardzo ładnie to zresztą brzmiało. Gitara, perkusja, skrzypce, wiolonczela, pianino. Potem wspólnie czytali fragment Pisma Świętego. Wspólnie tzn. pastor czytał jedną linijkę, wszyscy chórem kolejną i tak na zmianę. Potem było coś w stylu kazania, trwało dość długo. Następnym punktem planu był mały poczęstunek (ciastka, mandarynki) i luźne rozmowy. Dowiedziałam się wtedy, że polska Ziaja sprzedaje swoje kosmetyki w Korei.
Uwielbienie na Ben Yehuda st.
Potem (dla odmiany) pojechaliśmy do innego miejsca, gdzie było uwielbienie. W ogóle to było bardzo miło, nie rozumiałam ani słowa z piosenek ani modlitwy (może poza "kamsamidaa", co znaczy "dziękuję"). Potem znów było czytanie fragmentu pisma i nieco krótsza nauka. Bardzo miłym gestem ze strony koordynatora koreańskich wolontariuszy (który, z tego co zrozumiałam, też jest pastorem) było to, że mówił po koreańsku, ale dla mnie tłumaczył też na angielski.
W następnym punkcie programu nadchodzi czas na kapciuszki z króliczkami. Dotarliśmy do ich domu - taki duży dom, do którego wszyscy (naście osób) z tej wspólnoty, którzy są wolontariuszami w różnych ośrodkach, zjeżdżają się co weekend. W Korei jest tak, że po domu chodzi się w kapciach. Zostawiłam więc buty na zewnątrz i dostałam kapcie z króliczkami. Właściwie każdy miał takie. Co więcej, jest tu o tyle ciekawie, że są też specjalne kapcie na taras i do łazienki - tzn. stoją sobie w łazience lub przy wejściu na taras i jak wchodzisz/wychodzisz to zmieniasz swoje na te "zewnętrzne" albo "łazienkowe".
Nawet koreańskie prezenty dostałam!
W końcu przyszedł czas na jedzonko - dobre, koreańskie. Nawet starałam się jeść pałeczkami. Idzie mi całkiem nieźle.
W piątki wieczorem koreańska ekipa zawsze siada wspólnie do podsumowania poprzedniego tygodnia i każdy mówi, co mu się przydarzyło, co się działo w jego ośrodku, jakie mam refleksje związane ze swoją pracą. Dostałam też "tłumacza", tzn. jeden z wolontariuszy, tłumaczył z koreańskiego na angielski. Widać było, że to dla niego trochę trudne, ale szło mu naprawdę świetnie, ja chyba nie dałabym rady tłumaczyć na bieżąco. Ja też miałam okazję powiedzieć coś o sobie i podzielić się swoimi refleksjami. Oczywiście po angielsku.
Grób Schindlera
Sobota w większości była wolna, ale znów miałam okazję jeść trochę koreańskiego jedzenia, a wieczorem pojechaliśmy do kolejnego miejsca, w którym śpiewali uwielbieniowe piosenki, a potem koreańska ekipa (rozszerzona o więcej osób, niż tylko wolontariusze) śpiewała te pieśni na Ben Yehuda Street, to taka główna, "zakupowa" ulica-deptak w Jerozolimie. Sporo ludzi zatrzymywało się, żeby popatrzeć i posłuchać. Brzmiało i wyglądało naprawdę dobrze.
Większość niedzieli miałam wolne, więc poszłam poszwędać się po Starym Mieście, wypiłam kawę za 5 szekli w żydowskiej części, poszłam do Komnaty Pamięci Holokaustu, odwiedziłam Oskara Schindlera na cmentarzu, byłam w Ogrodzie Oliwnym i obeszłam Górę Oliwną, próbując dostać się do cerkwi, która otwarta jest tylko we wtorki i czwartki. Jadłam potem (już u Koreańczyków) nudle (zupkę chińską de facto) tak ostre, że prawie płakałam, ale tak dobre, że nie dało się przestać jeść.
Ogród Oliwny
Niedzielny wieczór, czyli 31 grudnia, spędziliśmy dzieląc się swoimi przeżyciami z zeszłego roku i nadziejami i postanowieniami na przyszłość. Znów miałam tłumacza, co było bardzo miłe. Większość z osób mówiła, w ogromnym skrócie, że czują, że mogli coś zrobić lepiej i bardziej w zeszłym roku i w przyszłym chcą po prostu być lepszymi ludźmi. Brzmi jak plan. O północy odpaliliśmy zimne ognie, życzyliśmy sobie Szczęśliwego Nowego Roku i poszliśmy spać, bo o 3.40 ruszaliśmy zdobywać Masadę.
Masada to starożytna twierdza zbudowana na szczycie góry na Pustyni Judejskiej, nad Morzem Martwym. Każdy ma internet, to może poczytać więcej. Na górę wchodziliśmy szlakiem nazwanym "snake road" - jest to całe mnóstwo schodów, które wiją się wzdłuż zbocza w jedną i w drugą stronę. Na początku włączyłam moje standardowe górskie tempo (czyli dość szybko), ale potem zrezygnowałam z biegnięcia na górę, żeby wesprzeć psychicznie Hasidę, dla której wejście było niemałym wyzwaniem.
Na górze wiało, było zimno, ale wschód słońca wyglądał bardzo ładnie. Można było sobie też popatrzeć na Jordanię, która jest niedaleko, zaraz za Morzem Martwym. W "pałacu" (a właściwie w tym, co po nim zostało) usiedliśmy do śniadania. Nie wyobrażacie sobie nawet jaką radość daje możliwość zjedzenia kanapki z szynką po 1,5 miesiąca. Tu się nie je kanapek z szynką. A tym bardziej zupełnie niekoszernych kanapek z szynką i serem. Mniam!
Spotkany po drodze na szczyt
Schodziliśmy "runners road", nie wiem, dlaczego się tak nazywa, bo większość tej drogi to bardzo wąska ścieżka i zeskakiwanie ze skał. Nie chciałabym nią wchodzić na górę... Z Masady pojechaliśmy jeszcze wykąpać się w Morzu Martwym. Niewiele osób się na to zdecydowało, ja tak :) Chociaż woda była trochę zimna, to myślę, że warto. Ciekawe uczucie, kiedy bez machania rękami i nogami, w pozycji pionowej masz barki i głowę nad wodą. Wszyscy wiedzą, że Morze Martwe jest bardzo słone, ale wiecie, że aż tak, że jest przesyconym roztworem, to znaczy na dnie jest mnóstwo skrystalizowanej soli? Może to dość logiczne i nic nadzwyczajnego, ale ja właściwie nigdy się nie zastanawiałam nad tym, jak wygląda Morze Martwe i sól zamiast (czy raczej na) piasku była pewnym zaskoczeniem.
Resztę niedzieli spędziłyśmy wracając do domu...

Masada zdobyta!
Tak mi minął Sylwester i Nowy Rok. W niesamowitym środowisku, zupełnie obcym, o zupełnie odmiennej kulturze (nie jak żydowska, bo ona jednak ma wiele punktów wspólnych z polską). W środowisku, gdzie musisz się przyzwyczaić, że wszyscy wokół Ciebie siorbią przy jedzeniu i nawet jest Ci trochę głupio, że tak nie robisz, bo jeszcze sobie pomyślą, że Ci nie smakuje, ale w sumie to nawet nie umiesz za bardzo siorbać... W środowisku o tak zupełnie innym języku, że nie jesteś w stanie zrozumieć nic, a jeszcze w dodatku ludzie tam słabo mówią po angielsku. W środowisku, w którym wszyscy wyglądają jak Azjaci (może dlatego, że nimi są?), a ty tak bardzo europejsko... Mimo tych wszystkich różnic zostałam bardzo miło przyjęta i ugoszczona. Jak przyjadę w styczniu do Polski to muszę kupić coś polskiego, żeby im przywieźć. Rozważam krówki albo jakieś czekoladowe cukierki. Na pewno bardzo się ucieszą.

Już prawie tydzień 2018 roku za nami, no ale i tak - Szczęśliwego Nowego Roku!



*Tak konkretniej, to wspólnota należy do Kościoła Prezbiteriańskiego, ale jak z nimi gadałam, to niektórzy chodzą na nabożeństwa do Baptystów.

piątek, 1 grudnia 2017

Wanna wake up in Jerushalaim

Brama Damasceńska
Minął już prawie tydzień odkąd byłam w Jerozolimie, ale czas w końcu opisać co nie co.
Pojechałam właściwie bez jakiegoś większego planu, zarezerwowałam przez booking losowy (najtańszy) hostel na Starym Mieście, w kwestii dojazdu tam zdałam się trochę na Hassidę, która co tydzień jeździ do Jerozolimy na spotkanie koreańskich wolontariuszy.
Bilet na autobus kosztował mnie 27 szekli. Niezbyt dużo, jak za ponad 80-kilometrową trasę. W ogóle busy tu są generalnie tańsze niż pociągi, a sieć bardziej rozbudowana. Dojechałyśmy, potem Hassida powiedziała mi, jak dotrzeć do Starego Miasta (tramwajem) i gdzie wysiąść (Damascus Gate, znaczy Brama Damasceńska). Z docieraniem w różne miejsca w obcych krajach nie mam problemu, więc poszło gładko. Stare Miasto w Jerozolimie otoczone jest wysokim murem, a w nim 8 bram (tak twierdzi wikipedia, nie liczyłam). Dzieli się na 4 części - arabską (muzułmańską), armeńską, chrześcijańską i żydowską. Dzielnice bardzo się między sobą różnią - wyglądem, ludźmi, straganami.
Widok z dachu hostelu
Brama Damasceńska prowadzi prosto do arabskiej części. Na początku było... dziwnie. Arabska część jest bardzo zatłoczona, mnóstwo tu mniejszych i większych straganów, sklepików, można kupić chyba wszystko. Oczywiście mnóstwo straganów to pamiątki, biżuteria i takie tam, ale są też np. zabawki i artykuły papiernicze. Jeśli ktoś by chciał, może sobie kupić kawał mięsa - na witrynie wisiały takie jeszcze z nogami, po prostu odkrajali od tego kawałek. Nie wiem nawet, co to było za zwierzę. Uliczki są bardzo wąskie, brudne (wszędzie walają się śmieci, szczególnie w tych bocznych), a nad głową ma się sklepienie, więc można zapomnieć o sensownej nawigacji GPS. (Celowo nazwałam to sklepieniem, bo nie wiadomo, czy to dach, czy co tam u góry właściwie jest...). W tej części był mój hostel, który zaskakująco szybko udało mi się odnaleźć - wystarczyło iść prosto od bramy i wejść w odpowiednią odnogę na rozwidleniu, 50% szans na powodzenie, mi się udało. Niestety tak czy inaczej przejście nie jest łatwe, bo co chwilę zaczepiają Cię sklepikarze z propozycją, żeby zajrzeć do ich sklepu. Trochę to męczące, kiedy i tak wiesz, że nic nie kupisz, ale nie chcesz ich urazić... Zdarzyło mi się też dostać propozycję (na szczęście w żartach) zostania trzecią żoną. Ogólnie nie są bardzo nachalni, ale i tak ktoś zatrzymuje cię co kilkanaście metrów, żebyś zajrzał do jego sklepu. Szczególnie, jak jesteś samotną kobietą o wyraźnie europejskiej, a nawet słowiańskiej, urodzie. Chociaż chłopak z Polski, którego potem poznałam, twierdził, że jego też zaczepiają, więc chyba jednak nie chodzi tylko o płeć.

Ściana Płaczu
Hostel, w którym spałam, jak już wspomniałam, był jednym z najtańszych - za dwie noce zapłaciłam 93 szekle. Czy w Polsce są jakieś mega-turystyczne miasta, w których w samym centrum można spać za 45 zł za noc? Oczywiście za ceną szedł standard - pokoje wieloosobowe, piętrowe łóżka z poduszką i kocem (ja sprytnie zabrałam śpiwór). Z tych lepszych rzeczy - wifi, toalety i łazienki nie jakieś wypasione, ale ok, darmowa kawa i herbata 24/7 w kuchni. A z najlepszych rzeczy - darmowa kolacja codziennie o 18 :D Co prawda codziennie to samo - ryż, jakieś warzywa (w tym ziemniaki - tu wszyscy jedzą ryż z ziemniakami), kulki z mięsa mielonego i na to orzechy ziemne. Da się najeść.
Właścicielem hostelu jest Mustafa - imię, wygląd i położenie hostelu sugeruje, że jest arabem. Czytałam w opiniach o hostelu, że jest bardzo miłym i serdecznym człowiekiem i potwierdzam. Jego głównym powiedzeniem jest "You are very welcome" - oczywiście z arabskim akcentem. Ogólnie jakby ktoś szukał taniego noclegu w Jerozolimie, to polecam Hebron Hostel (audycja zawierała lokowanie produktu).
Jak zwykle nie zamierzam opisywać moich poczynań godzina po godzinie, ale spróbuję jakoś wszystko uporządkować. O arabskiej części już napisałam - nie wiele więcej mam o niej do powiedzenia, poza tym, że starałam się zawsze jak najszybciej ją ominąć. Przejdźmy więc może do kolejnej - armeńskiej.
Armeńska część jest trochę mniej zatłoczona niż arabska, a uliczki nie są już tak bardzo zakryte z góry. Jednak tu też wszyscy zapraszają do swoich sklepików. Co gorsza, dają prezenty i chcą z Tobą rozmawiać. Stanowczo czasem żałowałam, że nie jestem tam z jakimś facetem, byłoby łatwiej.
Przy okazji armeńskiej części kilka słów o Wieży Dawida (Tower of David), która nie jest armeńska, ale znajduje się na skraju tej części. Jak sama nazwa mówi, Wieża Dawida jest cytadelą ;) Legenda mówi, że tam król Dawid tworzył Psalmy, wikipedia jednak twierdzi, że to miejsce nie było jeszcze zasiedlone w jego czasach, nazwa jednak jest jaka jest. Aktualnie w środku znajduje się muzeum historii Jerozolimy - żeby wejść, trzeba zapłacić 40 szekli - trochę boli ta kwota, ale nie żałuję. Na wystawach 4000 lat historii Jerozolimy, podzielone na poszczególne okresy. Po drodze znajduje się też kilka makiet Jerozolimy z różnych okresów. Dużo historii Pierwszej i Drugiej Świątyni, wszelkich okupacji, nawet wspomnienie o powstaniu chrześcijaństwa. Na wieży jest punkt widokowy, są tam też wydrukowane zdjęcia panoramiczne z podpisanymi niektórymi, ważniejszymi budynkami.

Wnętrze Tower of David
Chrześcijańska część jest pełna pielgrzymów. Sklepiki wyglądają bardziej cywilizowanie, ale wyraźnie widać wycieczki, które przyjechały odwiedzić Bazylikę Grobu Pańskiego. Będąc w pobliżu, weszłam do środka, w końcu lubię kościoły. No i... rozczarowałam się. Najbardziej tym, że jak się wejdzie do środka to nie czuć tego, że to świątynia. Wszędzie są ludzie, mnóstwo ludzi, wycieczki, przewodnicy, wszyscy gadają. Owszem, niektórzy się modlą. Ale gdybym się modliła, to chyba nie chciałabym tego robić w miejscu, gdzie ktoś mi łazi nad głową. Co ciekawe, głównie słyszałam i widziałam wycieczki prawosławne (może taki dzień...) w jednej kaplicy nawet grupa prawosławnych (poznałam po mnichach) śpiewała jakąś pieśń, zaryzykowałabym stwierdzenie, że w starocerkiewnosłowiańskim, ale nie mam pewności. To była chyba najciekawsza "rzecz" wewnątrz... Bardziej rozczarowujący był tylko Kościół Odkupiciela, ale to luterański kościół, więc w środku nawet nie ma na co popatrzeć. Wejście do podziemi i na wieżę było płatne, więc tym razem nie skorzystałam. Żeby nie było - szanuję te miejsca, jako ważne dla chrześcijaństwa. Nie darzę ich uczuciami religijnymi, bo ich nie mam, ale szanuję. Nie podobało mi się głównie to zadeptanie przez pielgrzymów i te rozmowy w świątyni...

No i na koniec moja ulubiona (hehe) część - żydowska. Chyba jedyna z tych czterech, w których da się spędzać czas, tzn. na przykład jest gdzie usiąść. Bardzo przyjemny jest Plac Hurva - nie ma w nim nic szczególnego, poza przestrzenią, której nie ma w innych częściach Starego Miasta. Żydowska część jest też najczystsza i sprawia wrażenie najmniej uczęszczanej przez turystów (poza Ścianą Płaczu) - domyślam się, że większość tych Żydów, którzy tam przechodzili, to są przyjezdni, ale oni się nie wyróżniają, więc są jakby "swoi".
Żeby wejść na plac koło Ściany Płaczu trzeba przejść przez bramki przy których stoi ochrona/policja. Wszystko ze względów bezpieczeństwa oczywiście. W szabat bramki są wyłączone, ale ochrona nadal jest. W szabat także nie wolno robić zdjęć, używać telefonów, czy pisać - jest to prośba kierowana do wszystkich, nie tylko religijnych Żydów. Pod samą ścianę można podejść od "damskiej" (mniejszej) i "męskiej" (większej) strony. Przy wejściach na tę męską są ostrzeżenia, że tylko mężczyźni mogą. Jest również koszyk z jarmułkami, bo pod ścianę nie można podejść bez nakrycia głowy. Pod Ścianą Płaczu jest znacznie spokojniej niż w Bazylice Grobu Pańskiego i czuć atmosferę modlitwy. I chociaż sama ściana nie jest zbyt imponująca (no, kawałek muru, nie ukrywajmy...), to jest to dobre miejsce na wyciszenie i chwilę zadumy, nawet jeśli ktoś nie chce się modlić.

Niestety większość mojego pobytu w Jerozolimie przypadła na sobotę, kiedy wszystko było zamknięte, a komunikacja nie jeździła - między innymi dlatego nie udało mi się dotrzeć do ZOO. W niedzielę pojechałam tylko do Yad Vashem, o czym pisałam w poprzednim poście.
Powrót był mało skomplikowany. Jak już człowiek się zaprzyjaźni z izraelskimi autobusami, to nie jest źle.
A tytuł posta jak zwykle "ukradłam" z piosenki. Tym razem zespołu 8th Day (amerykański żydowski zespół, mój ulubiony. Niestety nie ma żadnej dobrej wersji na yt, jest tylko taka - https://www.youtube.com/watch?v=uyqWX9s3YgE. Jednak jak ktoś bardzo chce i ma Apple Music/Mostly Music/Spotify to może sobie poszukać.

poniedziałek, 27 listopada 2017

"Dam miejsce w moim domu i w moich murach (...), dam im imię wieczyste i niezniszczalne"

Brama Yad Vashem
Nazbierało mi się rzeczy na trzy posty. Jednak postanowiłam zacząć od końca.
Jadąc do Jerozolimy nie miałam zbyt wiele planów, w końcu mam 7 miesięcy na to, żeby wszystko tu zobaczyć. Na ten weekend w planach była Ściana Płaczu, Biblijne ZOO i Muzeum Holokaustu Yad Vashem. ZOO nie pykło, ale o tym będzie w innym poście, za to dziś będzie o ostatnim punkcie jerozolimskiej wyprawy.
Yad Vashem - Muzeum Pamięci Ofiar Holokaustu. Jego nazwa pochodzi z cytatu, który jest tytułem posta. Oczywiście z jego hebrajskiej wersji. Cytat pochodzi z Księgi Izajasza, rozdział 56, werset 5. Dosłownie Jad Vashem oznacza "miejsce i imię".
Dotarcie tam jest mało skomplikowane - trzeba pojechać jedyną linią tramwajową do końca (najlepiej do tego odpowiedniego). Z przystanku Mount Herzl do bramy muzeum jest jakieś 10 minut z buta, ale dla leniwych jeżdżą też busy.
6 milionów
Na początek powiem, że czasu miałam dość mało. I tak spędziłam tam ze 3 godziny, ale można spędzić znacznie więcej. Cały kompleks leży na górze Herzla i składa się z wielu budynków - jest tam też centrum naukowe, archiwa, centrum edukacyjne, mnóstwo pomników, placów... Ja zaczęłam od kupienia mapki za 12 szekli (kupa hajsu, ale raz się żyje, a poza tym mieli też polską wersję), zostawienia bagażu w przechowalni i pójścia do Muzeum Historii Holokaustu. W środku nie można robić zdjęć, więc żadnych nie mam. Samo muzeum to długi korytarz, od którego na boki wchodzi się w sale (czy bardziej przestrzenie) z wystawami - jest trochę eksponatów, trochę opisów, trochę ekranów, na których lecą filmy - niektóre to filmy propagandowe z III Rzeszy, niektóre to wspomnienia tych, którzy przeżyli. Wszystkie opisy są po hebrajsku i po angielsku, a samo muzeum jest dość mocno multimedialne, ale bardzo przyjemne.
Pomnik Korczaka
Początek był "łatwy" - było trochę o III Rzeszy, o dojściu Hitlera do władzy. Z ciekawostek, była pokazana replika gry edukacyjnej "Swastika's Race to Victory", która pokazywała ówczesnej młodzieży historię nazizmu (z czasów międzywojennych). Potem było tylko trudniej - w kolejnych salach było o obozach koncentracyjnych, o gettach, o tym, jak wyglądało życie żydów w tych czasach - nie tylko w Polsce, ale też w wielu innych krajach. Przez te części dotyczące Polski przeszłam dość szybko, nie czytałam wszystkiego - trochę szkoda, ale gdybym chciała czytać wszystko, to musiałabym tam spędzić 6 godzin, a nie 3. Uznałam jednak, że skoro mam to "na miejscu" w Polsce, to tam mogę to zobaczyć. Nie mniej jednak kilka razy po prostu zaczęłam płakać, nie dało się inaczej. Wystarczyło popatrzeć na te filmy, w których ludzie opowiadali o swoich przeżyciach, wystarczyło trafić na moment, w którym człowiekowi na filmie łamał się głos i prawie zaczynał płakać... Sporo też było o emigracji, o tym, że żydzi chcieli (musieli) wyjeżdżać i przy tym był ciekawy cytat, którego oczywiście sobie nie zapisałam i nie mogę teraz znaleźć w necie, więc przytoczę z pamięci - Dla żydów świat dzieli się na dwie części - tę, w której nie mogą być, oraz tę, do której nie mogą pojechać...
Muzeum kończy się Halą Imion - miejscem, w którym są świadectwa (Pages of Testimony - nie wiem, jak to przetłumaczyć...) ofiar holokaustu i zdjęcia niektórych z nich. Nie jest to duża sala, ale robi wrażenie...
Panorama partyzantów
Jeden z budynków to właściwie galeria - są tam obrazy malowane przez żydów w obozach lub przed i po nich. Niektóre ukazują obozowe życie, niektóre życie w getcie, a jeszcze inne są np. ilustracjami opowieści biblijnych. To niesamowite, że ludzie w takich okolicznościach chcieli tworzyć...
Jest też budynek, w którym na ziemi wypisane są nazwy obozów, a na środku płonie wieczny ogień. Wygląda to trochę jak ogromna mogiła i znicz na niej, zapalony dla tych wszystkich ludzi, którzy zginęli.
Jednak największe wrażenie zrobiło na mnie Childreen's Memorial (nie każcie mi tego tłumaczyć...) - wchodzi się do takiego ciemnego pomieszczenia, najpierw jednego, gdzie są zdjęcia dzieci, potem drugiego, w którym palą się świece, a szyby i lustra są tak ustawione, że wygląda to tak, jakby tych ogników było bardzo, bardzo wiele. Wygląda to trochę jak mocno rozgwieżdżone niebo. Dookoła jest ciemno, tylko te ogniki. A w tle lektor czyta imiona dzieci, ich wiek i kraj pochodzenia. Ciężko się słucha, kiedy mówią np. "Swieta, 3 lata, Ukraina". Nie da się tego opisać, trzeba zobaczyć i usłyszeć.
Dookoła na górze rośnie mnóstwo drzew - część z nich to sad upamiętniający Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jest też sporo pomników, jest plac Getta Warszawskiego i Pomnik Janusza Korczaka.
Niestety nie miałam ani czasu, ani siły, ani pogody, żeby chodzić dużo po wzgórzu. Myślę, że kiedyś jeszcze tam wrócę, przejdę się na spokojnie po wystawach i po wzgórzu. Jeśli ktoś by się zastanawiał, czy będąc w Izraelu warto tam zajrzeć - ja myślę, że warto. Chociaż nie lubię, kiedy sprowadza się historię Żydów jedynie do Holokaustu, to jednak jest to kawał także naszej, polskiej historii.