Wybieram się jutro w góry, więc szukałam mapy w szufladzie. Nie znalazłam. Za to mam w ręku kopertę z napisem "Otworzyć 23.06.2014 r.". Spóźniłam się o prawie 2 miesiące... Właściwie zapomniałam o tej kopercie.
Tajemnicza koperta pochodzi z mojego zobowiązania instruktorskiego, z 23.06.2011 roku. Miałam wtedy napisać, jaki według mnie powinien być instruktor. Nie pamiętam już jak dokładnie było sformułowane moje zadanie z napisaniem tego, ale ostatecznie koperta została przez mojego opiekuna zaklejona i miałam ją otworzyć 3 lata po zobowiązaniu i zobaczyć, czy udało mi się być takim instruktorem, jakim uważam, że instruktor być powinien. Więc dziś wrzucam to, co napisałam w czerwcu 3 lata temu. Nadal zgadzam się ze wszystkim, co tam napisałam. I chyba nawet udaje mi się być takim instruktorem...
(Przepisuje oryginał, ze wszystkimi ewentualnymi błędami językowymi. Weźcie proszę pod uwagę to, że pisałam to szybko, idąc, zastanawiając się raczej nad treścią niż dokładnością językową. Generalnie i tak nie ma tam zbyt wiele błędów językowych, ale jest kilka sformułowań, których staram się unikać w pisanych tekstach.)
Według mnie wyidealizowany obraz instruktora to właściwie to samo co "jaki powinien być instruktor".
Będzie trochę chaotycznie i nieuporządkowanie według ważności:
- powinien potrafić działać w każdej sytuacji, znaleźć wyjście z problemów, zarówno swoich, jak i swoich podopiecznych, nawet jeśli nie jest w stanie sam nic zrobić, to powinien zwrócić się do kogoś, kto jest w stanie pomóc
- powinien nie być obojętny na otaczający świat i ludzi
- powinien być trochę jak wędrownik, nawet jeśli wiekowo nie pasuje już do tej grupy metodycznej, tak jak w Kodeksie Wędrowniczym, powinien ciekawić go świat i powinien widzieć własną ścieżkę gdy patrzy w przyszłość itd.
- powinien wiedzieć czego chce, potrafić podejmować decyzje patrząc nie tylko na siebie
- powinien być dobrym harcerzem, przestrzegać Prawa Harcerskiego i swoją postawą dawać przykład młodszym harcerzom
- powinien się rozwijać, próbować nowych rzeczy, stale zdobywać doświadczenie, by móc przekazywać je swoim podopiecznym
- powinien potrafić połączyć swoje życie prywatne z harcerskim tak, żeby ani jedno ani drugie zbytnio nie ucierpiało, powinien potrafić realnie planować swój czas
- jeśli już coś robi, to powinien się w to na prawdę angażować, a nie robić "na odwal", ale jednocześnie pamiętając też, żeby nie stracić w tym siebie
- powinien być tolerancyjny wobec innych zdań i potrafić wyjaśnić i uargumentować swoje
- powinien móc o sobie powiedzieć "Tak, daję dobry przykład moim podopiecznym"
- powinien być odpowiedzialny, zarówno za siebie, jak i powierzone jego opiece osoby
Myślę, że nie sposób opisać wszystko... Ale takim właśnie instruktorem chciałabym być.
(Jestem z siebie dumna, że nawet taki pisany na szybko tekst nie jest pełen błędów :) )
Od czasu pisania tego tekstu minęły 3 lata. Teraz pod krzyżem noszę srebrny dębowy listek.
czwartek, 21 sierpnia 2014
wtorek, 3 czerwca 2014
Rzecz o demotywowaniu drużynowego
W lutym czy marcu tego roku zostałam poproszona o wygłoszenie TED-a na temat demotywowania drużynowego podczas seminarium instruktorskiego "Jak zapalić wypalonych, jak nie zgasić napalonych?", które było na początku kwietnia. TED wyszedł mega, mam nadal nadzieję dostać nagranie. Tym czasem jednak tekst, który napisałam sobie przed wystąpieniem, przerobiony nieco do wersji "do czytania", a nie w wersji scenariuszowej.
W kwestii wyjaśnienia zielonych i czerwonych strzałek, które pojawiają się w tekście - podczas mówienia przyklejałam kolejne karteczki przy odpowiednich strzałkach na schemacie z drużynową, którą częściowo widać na zdjęciu.
Drużynowy. Prawdopodobnie najważniejsza osoba w naszym Związku. Gdyby nie drużynowi właściwie nie byłoby harcerstwa, bo to oni prowadzą podstawowe jednostki organizacyjne. Według statystyk przeciętny drużynowy pełni swoją funkcję niecałe 2 lata. Dlaczego tak się dzieje? Co wpływa na drużynowych?
Po rozmowach z instruktorami z różnych środowisk stworzyłam schemat. Schemat, który jest pewnym wyolbrzymieniem niektórych problemów. Nie wszystkie z nich dzieją się w każdym środowisku, nie wszystkie z takim natężeniem. Ale są i należy o tym mówić głośno.
Na drużynowych oddziałują rzeczy pozytywne – takie jak sukcesy, nagrody, system motywacyjny w hufcu, czy wymiana doświadczeń z innymi instruktorami podczas kursów i warsztatów. To nasze zielone strzałki. Mamy też kilka czerwonych, o których chciałabym powiedzieć trochę więcej.
Co wpływa na naszego drużynowego?
Problemy w drużynie – wszystkie te mniejsze i większe. Np. kłótnie pomiędzy członkami drużyny, brak osób, którym możemy powierzyć funkcje, przygotowanie i zatwierdzenie obozu, mało ludzi, słaby nabór, nie wyjdzie nam zbiórka, biwak, stanie się jakiś wypadek losowy, np. harcerz złamie nogę. Można tego mnożyć w nieskończoność. Z częścią drużynowy radzi sobie sam dość szybko, z innymi trochę dłużej, z innymi nie wie co zrobić i czasem udaje, że ich nie ma. Niektóre rozwiązane problemy zmieniają się w sukcesy i motywują. Ale nie wszystkie. A im jest ich więcej, tym bardziej są „czerwone”.
Wrażenie niesprawiedliwości – to wtedy, kiedy patrzymy na innych, porównujemy się do nich i mamy wrażenie, że oni mają lepiej. Np. kiedy jeden drużynowy realizuje zadania bardzo podobne jak inny drużynowy i ten drugi dostaje nagrodę (choćby pochwałę w rozkazie), a pierwszy nie to ten pierwszy ma wrażenie, że coś tu jest nie tak. Nawet jeśli ten pierwszy obiektywnie rzeczywiście na nagrodę nie zasłużył, to nie wie, co zrobił źle, bo przecież nikt mu o tym nie powiedział.
Dezorientacja i poczucie niepewności – wtedy, kiedy widzi, że „u góry” dzieje się coś niedobrego. Nawet w najlepszych komendach hufca pojawią się czasem pewne spięcia. I wiecie co? Drużynowy często to widzi. Niby to na niego nie wpływa bezpośrednio, z drugiej jednak strony – nie wie, co się dalej stanie. Czy będą jakieś zmiany w komendzie i będzie teraz współpracował z kimś innym niż do tej pory? Czy może w ogóle zbierze się Zjazd Nadzwyczajny, wybierze całkiem nową komendę, która zacznie realizować plany „po swojemu” (bo każda komenda robi to „po swojemu”)? Jak to będzie „po swojemu”? Co nas czeka za rok? Co mam planować z drużyną, żeby dopasować się do sytuacji w hufcu? To tylko kilka z potencjalnych pytań...
Wymaganie zamiast wspierania – są rzeczy, z którymi drużynowy sobie nie radzi, których musi się nauczyć. Np. organizacja obozu czy zimowiska. Nie będziemy przecież oczekiwać od 16-letniego drużynowego, że podczas organizacji swojego pierwszego większego wyjazdu będzie dokładnie wiedział co i na kiedy ma przygotować. Albo jeśli drużynowy wyśle nam plan pracy, który jest słaby to co zrobić – powiedzieć, żeby poprawił i już? Jeśli wiemy, że nie działa u niego system zastępowy to co? Zastanówmy się, czy nasze (osób, które powinny wspierać drużynowych) komunikaty są bliższe „Masz to zrobić” czy „Jak mogę Ci pomóc?”.
Brak feedbacku – takiego sensownego, konstruktywnego feedbacku. (W następnym zdaniu padną 2 niecenzuralne słowa, służą one uwypukleniu sytuacji i oczywiście nie powinno się ich używać). Trzeba potrafić powiedzieć człowiekowi zarówno „to było zajebiste”, jak i „stary, zjebałeś”. Oczywiście powinno to zostać poparte jakimiś konkretami. Jeżeli drużynowy nie wie, jaka jest opinia jego przełożonych o jego działaniach, to czasem nie wie, jak ma się do nich ustosunkować. I w ogóle, skąd ma wiedzieć, że zrobił coś źle albo dobrze, jeśli nikt mu tego nie powie? Z drugiej strony nie dojdźmy do etapu „Zrobiłeś coś źle, bo zrobiłeś to inaczej, niż ja myślę i masz myśleć jak ja”.
Brak inspiracji – ilu z nas potrafi powiedzieć, czym jest inspiracja i czym różni się od motywacji? Rzeczywiście, inspiracja wpływa na poziom naszej motywacji, ale są to dwie różne rzeczy. Jeśli drużynowy prowadzi swoją jednostkę od kilku lat (powiedzmy, że dłużej niż przeciętne 1,7 roku) to gdzie ma szukać nowych pomysłów? Albo jak ma realizować swój pomysł, jeśli się komuś z niego zwierzy i usłyszy „jo, jak chcesz, to sobie rób”? Albo nawet inaczej – drużynowy chce coś zrobić (np. imprezę w hufcu), bardzo chce, ale jego inicjatywa jest hamowana, bo tak. I już.
Niedociągnięcia w hufcowych imprezach – takie zdarzają się najlepszym. I czasem jest to krótka obsuwa, a czasem drużynowy musi ingerować w plan biwaku np. bawiąc się i pląsając ze swoimi harcerzami, bo nic się nie dzieje. A to powoduje u drużynowego rozczarowanie – przecież Ci ludzie, którzy mają mnie wspierać i kontrolować moje działanie, którzy są „ekspertami”, zrobili coś słabo. Ich autorytet spada wtedy na ziemię z wielkim „jebs”.
Brak autorytetów – co wiąże się trochę z poprzednim punktem, ale warto się też zastanowić, czy budujemy swój autorytet wśród drużynowych? Czy może to jest tak, że, może nie do końca świadomie, uważamy, że autorytet nam się „należy”? Młody drużynowy, który zaczyna działanie w hufcu w życiu nie przyjdzie ze swoim problemem do starucha z komendy, którego widział dwa razy w życiu. Poza tym – drużynowy widzi więcej, niż by się komukolwiek wydawało. Drużynowy widzi nawet więcej, niż sam myśli, że widzi – po prostu nie zawsze jest tego świadomy, ale jego podświadomość wyjdzie na wierzch, kiedy będzie to potrzebne...
Problemy osobiste – bo drużynowy jest też człowiekiem. Ma rodzinę, w której czasem pokłóci się z rodzicami o cokolwiek. Albo druhna drużynowa rozstanie się ze swoim chłopakiem i będzie to bardzo przeżywać. Albo szkoła, matura, studia, sesja – każdy różnie sobie radzi z takimi sprawami. A jest ich poza harcerstwem mnóstwo.
Rzeczywistość – a właściwie bardzo twarde zderzenie z nią. Większość z nas ma tendencje do tworzenia sobie w głowie idealnych scenariuszy, które są po prostu złośliwymi bestiami i potrafią się nie sprawdzić. I tyle.
I jak nam się nagromadzi takich czerwonych strzałek i takiej goryczy w naszej czarze na tyle dużo, że mamy już menisk wypukły, to wystarczy byle kropelka, żeby tę czarę przelać...
Dużo mówimy o motywowaniu kadry. A nic nie mówi się o demotywowaniu. I chyba dość rzadko patrzy się na to, co tak naprawdę działa na drużynowego. Naszym zadaniem, jako osób, które mają wspierać, jest zrobienie tak, żeby zielone strzałki były większe i silniejsze niż czerwone.
W kwestii wyjaśnienia zielonych i czerwonych strzałek, które pojawiają się w tekście - podczas mówienia przyklejałam kolejne karteczki przy odpowiednich strzałkach na schemacie z drużynową, którą częściowo widać na zdjęciu.
Po rozmowach z instruktorami z różnych środowisk stworzyłam schemat. Schemat, który jest pewnym wyolbrzymieniem niektórych problemów. Nie wszystkie z nich dzieją się w każdym środowisku, nie wszystkie z takim natężeniem. Ale są i należy o tym mówić głośno.
Na drużynowych oddziałują rzeczy pozytywne – takie jak sukcesy, nagrody, system motywacyjny w hufcu, czy wymiana doświadczeń z innymi instruktorami podczas kursów i warsztatów. To nasze zielone strzałki. Mamy też kilka czerwonych, o których chciałabym powiedzieć trochę więcej.
Co wpływa na naszego drużynowego?
Problemy w drużynie – wszystkie te mniejsze i większe. Np. kłótnie pomiędzy członkami drużyny, brak osób, którym możemy powierzyć funkcje, przygotowanie i zatwierdzenie obozu, mało ludzi, słaby nabór, nie wyjdzie nam zbiórka, biwak, stanie się jakiś wypadek losowy, np. harcerz złamie nogę. Można tego mnożyć w nieskończoność. Z częścią drużynowy radzi sobie sam dość szybko, z innymi trochę dłużej, z innymi nie wie co zrobić i czasem udaje, że ich nie ma. Niektóre rozwiązane problemy zmieniają się w sukcesy i motywują. Ale nie wszystkie. A im jest ich więcej, tym bardziej są „czerwone”.
Wrażenie niesprawiedliwości – to wtedy, kiedy patrzymy na innych, porównujemy się do nich i mamy wrażenie, że oni mają lepiej. Np. kiedy jeden drużynowy realizuje zadania bardzo podobne jak inny drużynowy i ten drugi dostaje nagrodę (choćby pochwałę w rozkazie), a pierwszy nie to ten pierwszy ma wrażenie, że coś tu jest nie tak. Nawet jeśli ten pierwszy obiektywnie rzeczywiście na nagrodę nie zasłużył, to nie wie, co zrobił źle, bo przecież nikt mu o tym nie powiedział.
Dezorientacja i poczucie niepewności – wtedy, kiedy widzi, że „u góry” dzieje się coś niedobrego. Nawet w najlepszych komendach hufca pojawią się czasem pewne spięcia. I wiecie co? Drużynowy często to widzi. Niby to na niego nie wpływa bezpośrednio, z drugiej jednak strony – nie wie, co się dalej stanie. Czy będą jakieś zmiany w komendzie i będzie teraz współpracował z kimś innym niż do tej pory? Czy może w ogóle zbierze się Zjazd Nadzwyczajny, wybierze całkiem nową komendę, która zacznie realizować plany „po swojemu” (bo każda komenda robi to „po swojemu”)? Jak to będzie „po swojemu”? Co nas czeka za rok? Co mam planować z drużyną, żeby dopasować się do sytuacji w hufcu? To tylko kilka z potencjalnych pytań...
Wymaganie zamiast wspierania – są rzeczy, z którymi drużynowy sobie nie radzi, których musi się nauczyć. Np. organizacja obozu czy zimowiska. Nie będziemy przecież oczekiwać od 16-letniego drużynowego, że podczas organizacji swojego pierwszego większego wyjazdu będzie dokładnie wiedział co i na kiedy ma przygotować. Albo jeśli drużynowy wyśle nam plan pracy, który jest słaby to co zrobić – powiedzieć, żeby poprawił i już? Jeśli wiemy, że nie działa u niego system zastępowy to co? Zastanówmy się, czy nasze (osób, które powinny wspierać drużynowych) komunikaty są bliższe „Masz to zrobić” czy „Jak mogę Ci pomóc?”.
Brak feedbacku – takiego sensownego, konstruktywnego feedbacku. (W następnym zdaniu padną 2 niecenzuralne słowa, służą one uwypukleniu sytuacji i oczywiście nie powinno się ich używać). Trzeba potrafić powiedzieć człowiekowi zarówno „to było zajebiste”, jak i „stary, zjebałeś”. Oczywiście powinno to zostać poparte jakimiś konkretami. Jeżeli drużynowy nie wie, jaka jest opinia jego przełożonych o jego działaniach, to czasem nie wie, jak ma się do nich ustosunkować. I w ogóle, skąd ma wiedzieć, że zrobił coś źle albo dobrze, jeśli nikt mu tego nie powie? Z drugiej strony nie dojdźmy do etapu „Zrobiłeś coś źle, bo zrobiłeś to inaczej, niż ja myślę i masz myśleć jak ja”.
Brak inspiracji – ilu z nas potrafi powiedzieć, czym jest inspiracja i czym różni się od motywacji? Rzeczywiście, inspiracja wpływa na poziom naszej motywacji, ale są to dwie różne rzeczy. Jeśli drużynowy prowadzi swoją jednostkę od kilku lat (powiedzmy, że dłużej niż przeciętne 1,7 roku) to gdzie ma szukać nowych pomysłów? Albo jak ma realizować swój pomysł, jeśli się komuś z niego zwierzy i usłyszy „jo, jak chcesz, to sobie rób”? Albo nawet inaczej – drużynowy chce coś zrobić (np. imprezę w hufcu), bardzo chce, ale jego inicjatywa jest hamowana, bo tak. I już.
Niedociągnięcia w hufcowych imprezach – takie zdarzają się najlepszym. I czasem jest to krótka obsuwa, a czasem drużynowy musi ingerować w plan biwaku np. bawiąc się i pląsając ze swoimi harcerzami, bo nic się nie dzieje. A to powoduje u drużynowego rozczarowanie – przecież Ci ludzie, którzy mają mnie wspierać i kontrolować moje działanie, którzy są „ekspertami”, zrobili coś słabo. Ich autorytet spada wtedy na ziemię z wielkim „jebs”.
Brak autorytetów – co wiąże się trochę z poprzednim punktem, ale warto się też zastanowić, czy budujemy swój autorytet wśród drużynowych? Czy może to jest tak, że, może nie do końca świadomie, uważamy, że autorytet nam się „należy”? Młody drużynowy, który zaczyna działanie w hufcu w życiu nie przyjdzie ze swoim problemem do starucha z komendy, którego widział dwa razy w życiu. Poza tym – drużynowy widzi więcej, niż by się komukolwiek wydawało. Drużynowy widzi nawet więcej, niż sam myśli, że widzi – po prostu nie zawsze jest tego świadomy, ale jego podświadomość wyjdzie na wierzch, kiedy będzie to potrzebne...
Problemy osobiste – bo drużynowy jest też człowiekiem. Ma rodzinę, w której czasem pokłóci się z rodzicami o cokolwiek. Albo druhna drużynowa rozstanie się ze swoim chłopakiem i będzie to bardzo przeżywać. Albo szkoła, matura, studia, sesja – każdy różnie sobie radzi z takimi sprawami. A jest ich poza harcerstwem mnóstwo.
Rzeczywistość – a właściwie bardzo twarde zderzenie z nią. Większość z nas ma tendencje do tworzenia sobie w głowie idealnych scenariuszy, które są po prostu złośliwymi bestiami i potrafią się nie sprawdzić. I tyle.
I jak nam się nagromadzi takich czerwonych strzałek i takiej goryczy w naszej czarze na tyle dużo, że mamy już menisk wypukły, to wystarczy byle kropelka, żeby tę czarę przelać...
Dużo mówimy o motywowaniu kadry. A nic nie mówi się o demotywowaniu. I chyba dość rzadko patrzy się na to, co tak naprawdę działa na drużynowego. Naszym zadaniem, jako osób, które mają wspierać, jest zrobienie tak, żeby zielone strzałki były większe i silniejsze niż czerwone.
Kim byłbym, gdyby nie rozkaz bycia? Kim, gdyby nie skautowy styl życia?
"Jeśli pytasz, dlaczego zostałam harcerką, to ci powiem, że nie mogłam uczynić inaczej. Pozyskały mnie ich jasne oczy i mocny uścisk dłoni. Lojalność, prostota ich wzajemnego stosunku. Sposób ich życia i miłość przyrody. Miłość do ludzi, silniejsza niż miłość własna. Niesienie pomocy innym w miarę możliwości, dzień po dniu."
Jeśli pytasz, dlaczego jestem harcerką:
...bo doświadczenie, zdobywane od początku przygody w harcerstwie, często wcześniej niż rówieśnicy. Doświadczenie w różnych życiowych sprawach, w radzeniu sobie i w urzędach i w różnych sytuacjach, do których doprowadza życie. Nie ma problemów, są tylko rozwiązania.
...bo przyjaciele, Ci którzy są zawsze. Tacy, z którymi spędza się mnóstwo czasu, tacy, z którymi trochę mniej. I silne przyjaźnie nawiązywane z dnia na dzień, bo przecież wszyscy jesteśmy harcerzami, bo wszystkich nas coś łączy. I nie dzieli nas ani język, ani tym bardziej granice.
...bo druga rodzina, na którą zawsze mogę liczyć. Wiem, że cokolwiek się w moim życiu wydarzy, choćby zawalił mi się cały świat, mam gdzie i do kogo pójść. A Ci ludzie zrobią wszystko, co tylko będą w stanie, żeby mi pomóc. I nie dlatego, że będą z tego coś mieli, tylko dlatego, że im na mnie zależy, tak jak mi na nich.
...bo pasja, takie rzeczy, których nie robi każdy, a na pewno nie na co dzień. Ciągle coś nowego, coś, czym można dzielić się z innymi, zarażać, inspirować. Coś, co nadaje sens życiu.
...bo gitara, na której umiem grać pewnie tylko dlatego, że jestem harcerką. A muzyka jest ważna w moim życiu. I umiem ją wytworzyć.
...bo morze, rejsy, czasem ciężkie chwile, zimno, mokro, choroba morska, a czasem zachody i wschody słońca, bezkres morza i horyzont, na którym nie ma absolutnie nic, tylko dal i wolność.
...bo góry, w których wędrówki stwarzają niesamowite okazję do przemyśleń i do zmian. I ta radość z wejścia na szczyt i widoków z niego mimo długiej wędrówki pod górę.
...bo podróże, ciągle w nowe miejsca, w takie, o których istnieniu pewnie nawet bym nie wiedziała, w miejsca, do których niewielu dociera, gdzie można znaleźć jakiś kawałek siebie.
...bo Białoruś, do której pewnie nigdy bym nie pojechała, gdyby nie znajomi harcerze stamtąd. Jesteś harcerzem i masz przyjaciela 600 km od domu, po drugiej stronie granicy i nie jest to żadnym problemem.
... bo MOGĘ!
Księga Jaszczurki
Jeśli pytasz, dlaczego jestem harcerką:
...bo doświadczenie, zdobywane od początku przygody w harcerstwie, często wcześniej niż rówieśnicy. Doświadczenie w różnych życiowych sprawach, w radzeniu sobie i w urzędach i w różnych sytuacjach, do których doprowadza życie. Nie ma problemów, są tylko rozwiązania.
...bo przyjaciele, Ci którzy są zawsze. Tacy, z którymi spędza się mnóstwo czasu, tacy, z którymi trochę mniej. I silne przyjaźnie nawiązywane z dnia na dzień, bo przecież wszyscy jesteśmy harcerzami, bo wszystkich nas coś łączy. I nie dzieli nas ani język, ani tym bardziej granice.
...bo druga rodzina, na którą zawsze mogę liczyć. Wiem, że cokolwiek się w moim życiu wydarzy, choćby zawalił mi się cały świat, mam gdzie i do kogo pójść. A Ci ludzie zrobią wszystko, co tylko będą w stanie, żeby mi pomóc. I nie dlatego, że będą z tego coś mieli, tylko dlatego, że im na mnie zależy, tak jak mi na nich.
...bo pasja, takie rzeczy, których nie robi każdy, a na pewno nie na co dzień. Ciągle coś nowego, coś, czym można dzielić się z innymi, zarażać, inspirować. Coś, co nadaje sens życiu.
...bo gitara, na której umiem grać pewnie tylko dlatego, że jestem harcerką. A muzyka jest ważna w moim życiu. I umiem ją wytworzyć.
...bo morze, rejsy, czasem ciężkie chwile, zimno, mokro, choroba morska, a czasem zachody i wschody słońca, bezkres morza i horyzont, na którym nie ma absolutnie nic, tylko dal i wolność.
...bo góry, w których wędrówki stwarzają niesamowite okazję do przemyśleń i do zmian. I ta radość z wejścia na szczyt i widoków z niego mimo długiej wędrówki pod górę.
...bo podróże, ciągle w nowe miejsca, w takie, o których istnieniu pewnie nawet bym nie wiedziała, w miejsca, do których niewielu dociera, gdzie można znaleźć jakiś kawałek siebie.
...bo Białoruś, do której pewnie nigdy bym nie pojechała, gdyby nie znajomi harcerze stamtąd. Jesteś harcerzem i masz przyjaciela 600 km od domu, po drugiej stronie granicy i nie jest to żadnym problemem.
... bo MOGĘ!
wtorek, 12 listopada 2013
...że wędrowca los to jest mój los...
Idę w góry w marzeniach, dalej i dalej
Znajdę, to co mi dane jeszcze odnaleźć...
Ogień i dym!
Ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie
Ogień i dym!
Tysiąc dni zgubionych w pieśni nieskończonej...
Wędrówką jedną życie jest człowieka
Idzie wciąż, dalej wciąż...
(...)
To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił jednak iść, przecież iść, będę iść!
To nic! To nic! To nic!
Dopóki sił będę szedł, będę biegł, nie dam się!
Wolność to tylko brak świateł w dali i pusta droga aż po kres
Poczucie, że bycie w drodze jeszcze nadaje rzeczom sens
Wędrownikowi nie wystarcza znajomość miejsca zamieszkania, wędrownika ciekawi świat (...) Wędrownika ciągnie siła nieprzeparta w dal, na coraz to nowe, nieznane szlaki, nie pozwalając zastygnąć mu w wygodnym, osiadłym życiu, toczącym się zbyt wolno. (...) Wędrownik zna (...) piękno zdobywania samotnie niewydeptanych ścieżek. Wędrownik - stale uprawia wędrówki, wędruje w zimie, w lecie, na wsi, w mieście...
Ile gór, ile dróg, ile miast
Ile domów, placów, ulic, ile plaż...
To co mam za sobą, to co jeszcze czeka
To co zawsze w sercu mam...
Jedna, druga, trzecia, czwarta, piąta twarz
Ani jednej podłej, dobry Bóg tak chciał
(...)
Buty, plecak i to coś, co wciąż gdzieś gna
Kręci, kręci się busola naszych marzeń
Nikt nie zgadnie jaką drogę nam pokaże
Jakim kursem przeznaczenie się potoczy
Jakim wiatrom powierzymy nasze losy
Kiedy w chłodnej, morskiej wodzie moczę dłonie
Mam przeczucie, że to jeszcze nie jest koniec
Ktoś mnie skazał na wieczną wędrówkę
Po śladach, które sam zostawiłem
Bo przecież wiem, że to dla mnie każdy nowy dzień
Bo przecież wiem, że to dla mnie chłodny lasu cień
Bo przecież wiem, jak upalna bywa letnia noc
Bo przecież wiem, że wędrowca los to jest mój los
...ciągle w drodze, kiedy koniec nie wiem...
Źródła:
Ogień i dym: http://www.youtube.com/watch?v=3uHhn2rsLYs
Wędrówką życie jest człowieka: http://www.youtube.com/watch?v=sN99pEg2M6A
Tu powinien być link do piosenki Słodkiego Całusa od Buby pt. Między 1 a 7, ale nigdzie nie mogę jej znaleźć...
Kodeks Wędrowniczy
Przeczucie: http://www.youtube.com/watch?v=KEbbd36ysH4
Wędrowiec: http://www.youtube.com/watch?v=2zFbfRk2evI (w mojej wersji lekko przerobione)
I znów Przeczucie
Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej?
Białoruskie drogi zawiodły mnie z Lidy do Woronowa - "osiedla typu miejskiego" (Wikipedia), na które mówimy zwykle po polsku Woronowo, ale Wikipedia twierdzi, że to Woronów.
To było chyba jedyne miejsce, w którym nie planowałam za wiele zwiedzać, bo nie wiele jest, ale za to bardziej zrealizować drugą część celu wyjazdu na Białoruś - odwiedzić znajomych. W Woronowie byłam u Eugeniusza (hmm... Dziwnie to brzmi... Byłam u Żeni). Obeszliśmy miasteczko dookoła co najmniej 2 razy. Byliśmy w jednym kościele trochę oddalonym od Woronowa (samochodem) i w drugim kościele oddalonym od Woronowa trochę mniej (na piechotę). W sumie przez większość czasu łaziliśmy i gadaliśmy. Znalazłam dworek, który chętnie bym kupiła, gdybym miała pieniądze.
Byliśmy przy masowym grobie ponad 1800 "sowieckich grażdan", których rozstrzelali faszyści. Podobno jak ich zakopali to ziemia w tamtym miejscu jeszcze przez kilka godzin się poruszała...
W międzyczasie, kiedy trafiliśmy do domu, graliśmy na gitarach (pierwszy raz tak dużo grałam na elektryku) i na klawiszach, które dzięki komputerowi mogły też brzmieć jak perkusja. Oczywiście ja nie umiem grać, w przeciwieństwie do Żeńki, który ma słuch absolutny i dziwną zdolność trafiania w odpowiedni klawisz albo odpowiednią strunę.
O samym Woronowie właściwie nie wiele mam do powiedzenia. Małe miasteczko, ale wszystko w nim jest, podobno można też dostać niezły "wp*****l".
A co do Żeni. Poznaliśmy się na obozie rok temu. Jak przejmowałam obóz od Moniki to usłyszałam, jaki to on jest zły i niedobry i jak ciężko go ogarnąć. Skończyło się tym, że w sumie się zaprzyjaźniliśmy, rok później na obozie (czyli w tym roku) w wolnych chwilach gadaliśmy o głupotach i nie tylko i jakoś tak wyszło, że dotarłam do Woronowa w odwiedziny. Życie jest jakieś dziwne, skoro robi tak, że człowiek ma 5 lat młodszego przyjaciela 600 km od domu, po drugiej stronie granicy, jeszcze w dodatku takiej, na której przekroczenie potrzeba wizy.
Na koniec mojej wizyty usłyszałam "Nie chcę, żebyś wyjeżdżała". Ja też nie chciałam stamtąd wyjeżdżać, ale wiza się kończyła...
W pociągu do Lidy ciężko mi było nie płakać. Nie tylko ze względu na Żenię, ale raczej dlatego, że moja wyprawa już się kończyła, że musiałam wracać. Tylko dokąd?
Byliśmy przy masowym grobie ponad 1800 "sowieckich grażdan", których rozstrzelali faszyści. Podobno jak ich zakopali to ziemia w tamtym miejscu jeszcze przez kilka godzin się poruszała...
W międzyczasie, kiedy trafiliśmy do domu, graliśmy na gitarach (pierwszy raz tak dużo grałam na elektryku) i na klawiszach, które dzięki komputerowi mogły też brzmieć jak perkusja. Oczywiście ja nie umiem grać, w przeciwieństwie do Żeńki, który ma słuch absolutny i dziwną zdolność trafiania w odpowiedni klawisz albo odpowiednią strunę.
A co do Żeni. Poznaliśmy się na obozie rok temu. Jak przejmowałam obóz od Moniki to usłyszałam, jaki to on jest zły i niedobry i jak ciężko go ogarnąć. Skończyło się tym, że w sumie się zaprzyjaźniliśmy, rok później na obozie (czyli w tym roku) w wolnych chwilach gadaliśmy o głupotach i nie tylko i jakoś tak wyszło, że dotarłam do Woronowa w odwiedziny. Życie jest jakieś dziwne, skoro robi tak, że człowiek ma 5 lat młodszego przyjaciela 600 km od domu, po drugiej stronie granicy, jeszcze w dodatku takiej, na której przekroczenie potrzeba wizy.
Na koniec mojej wizyty usłyszałam "Nie chcę, żebyś wyjeżdżała". Ja też nie chciałam stamtąd wyjeżdżać, ale wiza się kończyła...
W pociągu do Lidy ciężko mi było nie płakać. Nie tylko ze względu na Żenię, ale raczej dlatego, że moja wyprawa już się kończyła, że musiałam wracać. Tylko dokąd?
"Jakie miejsce nazwę swym domem?
Jakim dotrę do niego szlakiem?"
PS. Cytat z http://www.youtube.com/watch?v=lfw3M0Yfma8
PPS. Na zdjęciach u góry kościół, do którego jechaliśmy autem, a niżej - przy drodze wjazdowej do Woronowa.
niedziela, 10 listopada 2013
Мой город, гордость моя
W mojej białoruskiej podróży z Grodna trafiłam do Lidy. Dojechałam wieczorem, bardzo zmęczona po całodziennym łażeniu po Grodnie, więc w sumie tylko zjadłam (poznałam nowe słowo po rosyjsku i zapamiętam je doskonale - polskimi literami można by je zapisać jako "pakuszaj", ew. "kuszaj", czyli jedz) i poszłam spać.
O ile do momentu przyjazdu do Lidy wszyscy, z którymi się spotykałam, mówili do mnie raczej po polsku (poza strażnikami granicznymi oczywiście, bo po co na granicy polsko-białoruskiej znać polski), to teraz zaczęło się różnie. Byłam u Walentyny i Jana, którzy mają pięcioletnią córkę Uljanę i mieszkają z rodzicami Walentyny. I o ile Walentyna stara się mówić po polsku i idzie jej to całkiem nieźle, to Jan mówić nie chce, a Uljana nie umie. Za to mama Walentyny jest z Ukrainy i właściwie nie wiem w jakim języku do mnie mówiła (nie potrafię odróżnić ukraińskiego od rosyjskiego... białoruski w większość przypadków odróżniam), ale jakoś udawało się dogadać. Moja zdolność do języków niestety nie pozwala na wypowiedzenie chociaż zdania w obcym języku, więc ja mówiłam po polsku, rosyjski (białoruski, ukraiński) w dużej części rozumiem, tym bardziej po kilku dniach słuchania go w kółko.
Następnego dnia pojechaliśmy rano do Biarozauki (po polsku nazywałoby się do Brzozówka) na wycieczkę po hucie szkła. To niesamowite, jak z pomarańczowej mazi (półpłynnego szkła) powstają szklanki i kieliszki na wysokich nóżkach. Można patrzeć godzinami na ludzi, którzy je tworzą. Niby wszystko odbite jest od form, a jednak w dużej mierze ręcznie. Niesamowite.
Zamek lidzki odwiedziłam 2 razy - raz, żeby go sobie obejrzeć, pozwiedzać to co tam mają (zamek jak zamek, sala tortur, jakieś zbroje i takie tam), a drugi raz byłam na inscenizacji ślubu Jagiełły z Zofią Holszańską. Przedstawiała go tamtejsza grupa rekonstrukcyjna. Dziewczyny śpiewały i tańczyły, chłopaki walczyli na miecze. Kawałek historii w przyjemny sposób.
Poza tym w Lidzie objechałam jeszcze kościoły i cerkwie, ale większość widziałam raczej tylko z zewnątrz, bo w niedziele przecież takie obiekty są pozamykane... Miałam też okazję spotkać się z przewodniczącą harcerstwa na Białorusi, co było doświadczeniem dość ciekawym, ale nie jest tematem na bloga. Zdarzyło mi się też trafić do muzeum, oglądać rzeźby i stare sprzęty. Znalazłam też dom, który mogłabym kupić, gdybym miała pieniądze - cały drewniany, było widać, że wymaga pracy, ale był super.
Jeszcze muszę wytłumaczyć się z tytułu. Jest to napis, który można znaleźć na jednym z wjazdów do miasta. Znaczy "moje miasto, duma moja". I rzeczywiście tak jest. Kiedy Walentyna opowiadała o swoim mieście słychać było w jej słowach prawdziwą dumę z tego, że jest z Lidy. Nie taką pustą dumę, ale taką zdrową. I właściwie nie się dziwię, bo miasto na prawdę ładne.
PS. Oni nie mają swojego czołgu, ale może to dlatego, że mają zamek. Oczywiście jest pomnik poległych żołnierzy i wieczny ogień, który się nie palił.
Na zdjęciach, od góry patrząc - dziwny pojazd stworzony w Biarozauce, witraż z samurajem (a przynajmniej ja myślę, że to samuraj) z muzeum w hucie szkła, no i na końcu zamek.
Zamek lidzki odwiedziłam 2 razy - raz, żeby go sobie obejrzeć, pozwiedzać to co tam mają (zamek jak zamek, sala tortur, jakieś zbroje i takie tam), a drugi raz byłam na inscenizacji ślubu Jagiełły z Zofią Holszańską. Przedstawiała go tamtejsza grupa rekonstrukcyjna. Dziewczyny śpiewały i tańczyły, chłopaki walczyli na miecze. Kawałek historii w przyjemny sposób.
Poza tym w Lidzie objechałam jeszcze kościoły i cerkwie, ale większość widziałam raczej tylko z zewnątrz, bo w niedziele przecież takie obiekty są pozamykane... Miałam też okazję spotkać się z przewodniczącą harcerstwa na Białorusi, co było doświadczeniem dość ciekawym, ale nie jest tematem na bloga. Zdarzyło mi się też trafić do muzeum, oglądać rzeźby i stare sprzęty. Znalazłam też dom, który mogłabym kupić, gdybym miała pieniądze - cały drewniany, było widać, że wymaga pracy, ale był super.
PS. Oni nie mają swojego czołgu, ale może to dlatego, że mają zamek. Oczywiście jest pomnik poległych żołnierzy i wieczny ogień, który się nie palił.
Na zdjęciach, od góry patrząc - dziwny pojazd stworzony w Biarozauce, witraż z samurajem (a przynajmniej ja myślę, że to samuraj) z muzeum w hucie szkła, no i na końcu zamek.
piątek, 8 listopada 2013
Wędrowiec nazwałby się turystą, gdyby miał pieniądze
Postanowiłam spełnić jedno ze swoich marzeń. Czy może raczej zrealizować jeden z planów. Spędziłam tydzień na Białorusi. Było super. Koniec posta.
No dobra, żart z tym końcem, to dopiero początek. Zaczęło się o 6.33 w Gdyni Głównej, kiedy to odjechałam pociągiem do Białegostoku. Tam właściwie nie wiele się działo, miałam prawie 6 godzin na przesiadkę i sporą ilość tego czasu spędziłam w centrum handlowym Atrium Biała, bo zachciało mi się obiadu w Subwayu. Jakoś nie miałam chęci po ciemku zwiedzać miasta, którego absolutnie nie znam.
O 21.00 wsiadłam w pociąg do Grodna. Po drodze sprawdzali paszporty, najpierw polscy strażnicy graniczni, potem białoruscy. Na granicy staliśmy ok. godziny, ale w końcu o 23.49 dojechaliśmy. Właściwie o 1.49, bo na Białorusi aktualnie są +2 godziny (normalnie jest +1, ale my ostatnio przestawiliśmy zegarki, a oni już tego nie robią). Miałam pół godziny na przesiadkę, a w tym czasie jeszcze trzeba było przejść przez granicę. W kolejce do przejścia poznałam Janka, który jest z Grodna i studiuje w Polsce, dzięki czemu mógł pomóc mi i tłumaczyć, co ode mnie chcą i co ja chcę od nich. Dowiedziałam się, że moje ubezpieczenie jest złe "bo tak" i trzeba kupić nowe. Jak trzeba to trzeba, kupiłam i udało się przejść o 2.28. Mój pociąg odjechał o 2.20. Pożegnałam się z Jankiem i poszłam spać na dworcu do 6.25.
W końcu około 9 dotarłam do Słonimia. Nie będę opisywać mojego wyjazdu godzina po godzinie, bo nie ma sensu. Stwierdziłam tam, że jestem mało wymagającym turystą (wędrowcem patrząc na tytuł), wystarczy pokazać mi 2 kościoły, cerkiew, cmentarz i zniszczoną synagogę i jaram się jak głupia. Cerkiew w Słonimiu podobała mi się chyba najbardziej ze
wszystkich, które na Białorusi teraz widziałam. Była pomalowana bardzo żywymi kolorami, w każdym możliwym miejscu.
W Słonimiu spędziłam 2 dni. Trzeciego rano pojechałam do Grodna, gdzie spotkałam się z poznanym na granicy Jankiem, który oprowadził mnie trochę po swojej miejscowości. Oczywiście głównie po kościołach, cerkwiach i cmentarzach. Synagoga też się napatoczyła.
wszystkich, które na Białorusi teraz widziałam. Była pomalowana bardzo żywymi kolorami, w każdym możliwym miejscu.
Dowiedziałam się też, że większość miast na Białorusi ma swój pomnik Lenina i czołg, ewentualnie samolot. I prawie każde większe miasto ma pomnik i wieczny ogień dla poległych podczas wojny. Z tym, że w Słonimiu się nie palił, bo przecież się nie opłaca...Na zdjęciach od góry:
- słonimski czołg
- krzyż z cmentarza w Słonimiu - kamienny, stylizowany na drzewo. Potem okazało się, że na Białorusi jest dużo takich
- cmentarz poległych polskich żołnierzy w Grodnie
- pomnik poległych i wieczny ogień w Grodnie
- słonimski czołg
- krzyż z cmentarza w Słonimiu - kamienny, stylizowany na drzewo. Potem okazało się, że na Białorusi jest dużo takich
- cmentarz poległych polskich żołnierzy w Grodnie
- pomnik poległych i wieczny ogień w Grodnie
Subskrybuj:
Posty (Atom)
