poniedziałek, 10 grudnia 2012

Przysięgam Wam, że płynie czas...

Był biwak. Trochę taki, jak każdy inny, ale nie do końca. Pierwszy, który przygotowywali zastępowi. No dobrze, większość papierologii spadła na mnie i tak, ale programu tyle co nic (robiłam w sumie 2 zajęcia, w tym jedno przypadkiem, a do obu właściwie nie musiałam niczego przygotowywać). Adam w ogóle robił tylko obiad.
Cały nasz biwak był japoński. W piątkowy wieczór najpierw szyliśmy sobie kimona, potem oglądaliśmy anime. Poszliśmy spać dość późno. W kadrówce było nas sześcioro, ale kadrówka jest pokojem podzielonym na dwa pokoje - jeden dwuosobowy, który był u nas "komendą", to znaczy, że spaliśmy tam z Adamem i trzymaliśmy tam rzeczy, o których mieli nie wiedzieć - np. chusty HS; w drugim pokoju, a właściwie pierwszym od wejścia jest 6 miejsc do spania i tam spała nasza młoda kadra, sztuk 3 i Andrzej. No i w piątkową noc przyszedł moment na nocne rozmowy o wszystkim. I tu okazało się, że nas podział na dwa pokoje jest całkiem słuszny. My z Adamem mogliśmy sobie pogadać o wszystkim i jednocześnie trochę posłuchać, o czym mówią za ścianą (nie trzeba było podsłuchiwać, żeby słyszeć - hufiec ma ściany prawie z tektury). Wniosek taki - dobrze, że śpimy osobno, bo gdybyśmy byli w jednym pokoju to ani oni, ani my nie moglibyśmy sobie spokojnie porozmawiać, a tym czasem oni rozmawiali o biwaku, trochę podsumowali i pomyśleli o jutrze. Bez nas, więc nie musieli się za bardzo spinać. Nie żebyśmy ich potępiali za to co mówią, ale jednak inaczej się rozmawia w swoim gronie niż przy kadrze. I słychać było, że nawet całkiem się zgrywają.
W sobotę zajęcia z origami (które prowadziłam - co tu do przygotowywania?), potem z języka japońskiego, obiad jedzony pałeczkami, potem kilka sportów japońskich i przedstawienia z japońskich bajek. Po obiedzie właściwie prawie mnie tam nie było. Położyłam się na chwilę i pomyślałam - ja leżę, a biwak "sam" się prowadzi. Potem jak powiedziałam to Adamowi słusznie zauważył, że będzie tak coraz bardziej...
Przy okazji kolacji zaśpiewaliśmy Jarkowi sto lat, przynieśliśmy ciacho i tęczową galaretkę. Pogadaliśmy, zjedliśmy, przyszedł czas na grę. Jakoś po grze przez chwilę rozmawiałam z Andrzejem i Sokiem (akurat siedzieliśmy w kadrówce). Czego się dowiedziałam? Że mamy zgraną drużynę, ludzie się słuchają i dogadują, że w innych drużynach na prawdę jest ciężko czasem do ludzi dotrzeć, że inne drużyny nie ogarniają się "same" (i już nawet nie o to chodzi, że bez mojego udziału tylko z zastępowymi, ale ogólnie sami w swoim gronie). I wiecie co to znaczy? To znaczy, że my osiągnęliśmy cel, który tak często wiele jednostek wpisuje w swoje plany, kiedy nie wiedzą co wpisać. To ten cel zaraz po "dobrej zabawie" - integracja. No dobra, my też mieliśmy taki cel wpisany w plan pracy obozu, z tym, że w trochę inny sposób, bo było dopisane "szczególnie w zastępach", co przełożyło się bezpośrednio na działanie dużo zastępami, wzmacnianie roli zastępowych, więc choćby przekazywanie informacji przez nas zastępowym, przez zastępowych dalej. No ale o obozie już pisałam. A teraz potwierdza się, że obóz nas zintegrował i jednocześnie nie zamknął na innych - "nowi" ludzie są przyjmowani bardzo szybko i bez problemów. Dowiedziałam się też, że nikt się z nikim nie spina, a ludzie stają w swojej obronie. A nawet jak coś się dzieje, to na krótko i szybko jest rozwiązane. I wygląda na to, że nawet ze sobą rozmawiają, jak coś jest nie tak, a to nie często się zdarza, nawet wśród dorosłych.
Po grze zrobiliśmy alarm mundurowy, o którym nasza młoda kadra nie wiedziała (ha haha ha haha - złowieszczy śmiech). Zapakowaliśmy wszystko co było do rozdania do kieszeni (jak dobrze mieć emki!) i wyruszyliśmy do bunkru na Kamiennej Górze, powyżej bulwaru. Dotarliśmy, a że było ciepło to zdjęliśmy polary - przynajmniej ja i Adam. Wtedy po raz pierwszy wszyscy mieli okazję zobaczyć nowe barwy harcerzy starszych. Są piękne. Przyjęliśmy w poczet członków drużyny Soka, potem w poczet członków zastępu SH 6 osób - Jarka, Kamilę, Soka, Wiktorię, Adriana i Olę R. Wiktoria i Soku zostały podzastępowymi zastępu SH, Jarek został odkrywcą. Ola R. w końcu dostała sznur świecowej, a Paula, Ola Ł i Malwina dostały próbne barwy. 
Ale to nie był koniec atrakcji. Adam ostatnio zamknął naramiennik wędrowniczy. Nie ja byłam jego opiekunką, a opiekun z różnych przyczyn nie miał możliwości obrzędowego nadania naramiennika, więc stanęło na tym, że Adam ma go po prostu zacząć nosić. Ale nie tak to się skończyło. Nie był to pierwszy nadawany przeze mnie naramiennik, ale pierwsze nadanie, na którym załamywał mi się głos, kiedy mówiłam najlepszą na tę okoliczność gawędę - kodeks wędrowniczy. Potem odebrałam od Adama odnowienie Przyrzeczenia - takie Przyrzeczenia lubię najbardziej, takie, które są przez składającego wymawiane z pełną świadomością tego, co mówi...
Wieczorem już po zabawie w chowanego, słyszeliśmy jak za ścianą dzieje się podsumowanie biwaku. Dość krótkie, ale jednak. Nie prosiliśmy, nie mówiliśmy o tym. 
Rano posprzątaliśmy za siebie i trochę za drugą drużynę, która była z nami jednocześnie w hufcu.
Zastępowi całkiem się spisali. Biwak był super, udał się, wszystkim się podobał. Pozytywnie. 

A skąd tytuł posta? No cóż, ja już powoli nie przygotowuje biwaków, niektórych zbiórek, czas leci... A tytuł oczywiście jest cytatem. Z piosenki SDM. http://www.youtube.com/watch?v=rjFAJV288g0

poniedziałek, 26 listopada 2012

Czy tylko ja mam takie plany?

Jako że ostatnio nie piszę jak nie mam nic do napisania, to pojawiam się dopiero teraz.
Od pół roku mam oficjalnie przybocznego (no dobra, jutro będzie równe pół roku). Co prawda rozkaz był tylko potwierdzeniem stanu faktycznego - coś jak zaznaczanie na fejsbuku "w związku" jak się już z kimś jest ;)
Patrząc na to, co przez to pół roku się wydarzyło i pozmieniało w drużynie, to aż ciężko uwierzyć, że to tylko tyle czasu. Niesamowity obóz pół-wędrowny, powstanie pionu starszoharcerskiego o pewnej odrębności (i pięknych chustach, o których HS-y na razie tylko słyszały) i nabór do niego, powstanie nowego zastępu zastępowych, zastępy zaczynają działać, zbiórka drużyny raz w miesiącu i wymyślanie wszelkich możliwych sposobów uzyskania pieniędzy na działalność drużyny... A do tego plany - szykuje się niezły biwak robiony przez naszych zastępowych, świetne zimowisko, obóz w wersji hard (w pełni wędrowny, o ile znajdziemy kierownika, ale nie będę zdradzać na razie szczegółów, bo jeszcze się nie uda...). Między tym wszystkim jeszcze to, co najważniejsze - rozmowa. Dużo. I to co tylko troszkę mniej ważne, a często zapominane - metodyka.
I znów będzie o metodyce. Rok i 6 dni temu powstał pierwszy wpis na tym blogu, dotyczący właśnie pracy w metodykach i młodej kadry (jakby ktoś chciał przeczytać to klik tutaj).
Dziś trochę inaczej, dziś o stanie faktycznym, moich planach i plotkach (które, mam nadzieję, mają jak najmniej prawdy w sobie, ale obrazują negatywne, moim zdaniem, przykłady).
No to jest tak. Aktualnie w drużynie mamy 18 osób. W niektórych środowiskach to mało, w niektórych dużo, u nas akurat chwilowo jest to szczyt ilości aktywnie działających osób. Chwilowo większość to pion SH (10 osób).
Najstarsze nasze "dzieci" są w drugiej klasie gimnazjum, czyli mają po 14 lat. Są zastępowymi zastępów harcerskich (no, dwójka jest, trzecia nie, ale kto wie, co się stanie... ;) ). W innej drużynie dziewczyny w ich wieku są przybocznymi - to akurat fakt, nie plota. Nasi o tym oczywiście wiedzą. Można by się spodziewać po nich reakcji takiej: "No jak to, one są przybocznymi, a my nie możemy? Ale głupio!". Ale nie, oni sami stwierdzili, że nawet by nie chcieli, bo to za wcześnie. No właśnie, jeszcze co najmniej rok do tego, żeby dostać zieloną beczkę próbnego przybocznego. Na razie uczą się jak zorganizować biwak, wszystko z naszą pomocą, podpowiedziami i czuwaniem, żeby w razie czego wszystko ratować na ostatnią chwilę. Na szczęście na razie się na to nie zapowiada.
A tu negatywny przykład z ploty - drużynowa każe przygotować przybocznym w wieku 16 i 15 lat samodzielnie zimowisko i całkowicie im to zostawia, nie interesuje się. Dodatkowo zaczyna myśleć o przekazaniu drużyny, bo przecież ma już prawie 19 lat i od dwóch prowadzi drużynę i przyszedł czas na działanie w hufcu. Koniec plotki. Mam nadzieję, że nie prawdziwa, ale nie znam sytuacji. Ale nawet jeśli nie prawdziwa, to ładnie obrazuje to, czego być nie powinno.
Dalej to już może o planach. Nie spodziewam się oddać drużyny wcześniej niż za trzy lata. Nie wiem jeszcze dokładnie kiedy i komu, wiele zależy od tego, czy będzie na to gotowy/a. I za trzy lata przy SP10 będzie działał szczep, z pełnym ciągiem wychowawczym - gromadą, drużynami harcerską, starszoharcerską i wędrowniczą.
A dla dzieciaków będzie normalne, że:
- zuch na przełomie III i IV klasy idzie do drużyny, a nie "chce zostać w gromadzie" (nie-plota)
- harcerz na przełomie podstawówki i gimnazjum idzie do drużyny starszoharcerskiej, a nie zostaje przybocznym (kolejna nie-plota)
- harcerz starszy zostaje wędrownikiem i ewentualnie zaczyna swoją przygodę z kadrowaniem, "nie da się" zostać przybocznym jako HS (ewentualnie próbnym pod koniec wieku SH)
- stopnie harcerskie zdobywa się w wieku, dla którego są przeznaczone i "nie da się" inaczej
- "nie da się" też otworzyć próby na naramiennik przed skończeniem gimnazjum, a HO przed zdobyciem naramiennika
- samarytanka/ćwik to stopień, na który można ewentualnie pomóc w imprezie szczepu czy drużyny, a nie zorganizować hufcową (no i następna nie-plota), a ten stopień to nie "małe pwd" polegające tylko na organizowaniu czegoś dla innych i zdobywaniu uprawnień
- 16 lat to nie jest idealny wiek, do otwarcia pwd - można, ale po co?
- drużynowy/przyboczny nie robi imprez hufcowych (a przynajmniej nie każdą możliwą i w całości, czasem jakąś część - ok, przecież trzeba się tego kiedyś nauczyć) - przecież zajmują się tym instruktorzy hufca (namiestnictwa, szczepu), którzy oddali już swoje drużyny.
- drużynę prowadzi instruktor, nie samarytanka/ćwik (nie-plota), ewentualnie osoba, która kończy już zdobywanie swojego stopnia instruktorskiego
- na kurs drużynowych idzie się mając 16 lat i IV stopień, a nie 14 lat, II stopień i podobno otwarty IV
- po HO zdobywa się HR i jest to taki sam stopień, jak każdy inny

No, to się rozpisałam. Tak na podsumowanie... Nie przyspieszajmy rozwoju naszych harcerzy, bo zrobimy im tylko krzywdę - szybciej zaczną, to szybciej skończą, bo im się znudzi. A jeśli będziemy co raz bardziej obniżać wiek drużynowych, to w końcu okaże się, że teraz "drużynowym" jest osoba, którą jeszcze niedawno nazwałoby się zastępowym. Zacznijmy w końcu trzymać poziom wysoko, a nie obniżać go jeszcze mocniej... Ale! Nie przeginajmy też w drugą stronę, nie dawajmy ludziom czekać zbyt długo np. na objęcie funkcji, bo stwierdzą - skoro jej nie dostaje, to bez sensu i idę sobie. Po prostu uczyńmy normalnym pewne dolne granice wieku, stopnia - wtedy nawet najbardziej ogarnięte osoby będą wiedziały, że mogą zostać przybocznymi czy drużynowymi, ale nie teraz. I będzie to dla nich normalne.

poniedziałek, 12 listopada 2012

Ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie...

W końcu nadeszła chwila na to, żeby napisać coś na blogu. Ostatnio przez jakiś czas się nie udało. Czemu? Bo rajd. Zeżarł sporo mojego czasu, a jeszcze w połączeniu z całym ogromem innych rzeczy to już w ogóle.
Swoją drogą, że nie specjalnie mam o czym napisać...
Często jest tak, że najpierw wymyślam tytuł postu, a potem tytuł sobie czeka aż napiszę jakąś treść. Tak było i tym razem. Tytuł jest oczywiście cytatem - z piosenki SCoB. Jakoś tak mnie naszło w trakcie słuchania jej w autobusie, że moja "ziemia pod stopami wciąż do drogi płonie" - jakoś w domu nie mogę usiedzieć i szybko zaczyna mi się nudzić.
A jak przychodzi jeszcze do bycia w kilku miejscach na raz to już w ogóle zaczyna się robić ciekawie.
No i tak ostatnio było. Ostatnio wczoraj. Ja i Adam, czyli cała kadra drużyny, na RŚPG. Nasi harcerze dopytują się o paradę. Od czwartku chyba. Ja w piątek pakuję się, załatwiam wszystkie resztki rzeczy, które jeszcze nie załatwione, potem zaczął się rajd, to w ogóle nie było kiedy choćby SMS-a dzieciakom napisać. Więc nikt z harcerzy nie wie, co z paradą. W sobotę wszyscy zaczęli pisać, a ja nie miałam swojego telefonu (miałam przełożoną kartę, bo mój rozładowany), więc ani grama numerów do kogokolwiek. W końcu zadzwoniliśmy do zastępowych, ale żadne z nich nie mogło iść na paradę. Kilku osobom, które pisały SMS-y napisałam, o której parada się zaczyna i gdzie, i że nas nie będzie. Nie mam pojęcia komu, jak już wspomniałam, nie miałam numerów. Nie sądziłam, że ktokolwiek się ogarnie.
Wróciłam do domu w niedzielę wieczorem, wstałam w poniedziałek o 14 rano, wchodzę na facebooka, patrzę - a moi harcerze wstawili zdjęcia z parady. Sami z siebie poszli na paradę. Może nie w jakiejś wielkiej ekipie (6 osób), ale przypuszczam, że gdybyśmy my byli to nie byłoby wiele więcej. Jedyne co mogę powiedzieć to to, że jestem z nich dumna. Poszli na paradę, na apel hufca, zameldowali drużynę. Sami.
To chyba oznacza, że nasze czasem zostawianie harcerzy samych i powiedzenie "radźcie sobie" i patrzenie z boku, czy wszystko jest ok, daje jakieś efekty. Nawet całkiem pozytywne.

poniedziałek, 22 października 2012

Hej, w góry, w góry

Poprzedni mój weekend spędziłam w Górach Izerskich, na śpiewaniu i jedzeniu naleśników w Chatce Górzystów w ekipie częściowo harcerskiej, ale nie tylko. Góry jak to góry, było super, ale czas był w końcu wracać i o wracaniu dziś będzie.
Postanowiłam pojechać na stopa. Sama. Zawsze bałam się jeździć sama, ale stwierdziłam, że spróbuję i zobaczę, dlaczego nie chcę sama jeździć ;) Ze schroniska zeszłam jeszcze z czwórką innych ludzi, którzy jechali do Szklarskiej Poręby. Na dole podzieliliśmy się, oni na pary i ja.
Stop 1. Zatrzymali się ludzie z rowerami na dachu, dwóch facetów i babka. Na prawdę super ludzie i sprawdza się zasada, że częściej zatrzymują się Ci, co mają najmniej miejsca. Podrzucili mnie spod granicy do Szklarskiej Poręby (ok. 8 km), gdzie spotykali się ze znajomymi.
Stop 2. Pomarańczowy Opel Tigra. Koleś pod 40, był dziwny i składał niedwuznaczne propozycje. Po tym jak mu powiedziałam, że nie, stwierdził, że nie jest nachalny i jak nie to nie. Z nim dojechałam do Jeleniej Góry (20 km). Poza myślami "Przecież masz nóż w kieszeni" zastanawiałam się, jak bardzo trzeba być zdesperowanym i jakie mieć problemy ze sobą, żeby proponować nieznajomej, o połowę młodszej dziewczynie seks za pieniądze...
Stop 3. Facet mający max. 30 lat. HR-owiec, robi magisterkę z zarządzania projektami, a pracuje jako przedstawiciel handlowy. Niesamowity facet, opowiadał swoich wypadach na rower, wspinaczce i o lotach na paralotni. Najbardziej zapadły mi w pamięć opowieści o jego koledze Jędrusiu, który jeździ na wózku, nie chodzi sam, ale lata świetnie na paralotni. Kumple pomagają mu jak mogą, wnoszą go na górę, pomagają wystartować, przyjeżdżają po niego tam, gdzie wyląduje... Niesamowite, że takim ludziom się chce. Poza tym w aucie leciał jakiś francuski rap i trochę hiszpańskiego ska (zespołu Ska-P). Facet podwiózł mnie do Wrocławia (ok. 120km), a właściwie aż na wylotówkę na Poznań.
Stop 4. Zasada ta sama co w pierwszym przypadku - zatrzymają się Ci, co mają najmniej miejsca. Trzy osoby w Matizie + ja, mój plecak i gitara. Dwie dziewczyny i chłopak jechali sobie do lasu gdzieś za Trzebnicę. Zabawni ludzie, można było się pośmiać. I stwierdzili "Mamy 4 osobę do Rafaello", więc dostałam też Rafaello. Są takie opakowania po 4 sztuki, ich było troje, więc nie było wiadomo, co z ostatnią sztuką. Rozwiązałam ich problem. Podwieźli mnie tylko pod Trzebnice (17km), ale dzięki nim nie łapałam stopa jeszcze w mieście.
Stop 5. "Pamiętaj, że masz w kieszeni nóż i umiesz szybko uciekać." Irlandczycy. Duże auto z kierownicą po stronie pasażera. Dwóch facetów po ok. 35 lat. Znali kilka słów po polsku, ale raczej marnie, po angielsku też mówili jak to Irlandczycy, ciężko zrozumieć. Poza tym, że poprosili mnie, żebym coś zagrała na gitarze, zostałam też poproszona o rękę i zaproszona na sex-party. W pewnym momencie chciałam już poprosić, żeby wysadzili mnie wcześniej, ale poza gadaniem nic nie robili, więc szczęśliwie dojechałam do Leszna (74 km). Czasem było strasznie, bo koleś jechał szybko i wszystkich wyprzedzał. Chyba trochę na ślepo, bo ciężko wyprzedzać przy ruchu prawostronnym z kierownicą po prawej stronie. I w sumie nie wiem, czy byli do końca trzeźwi.
Koniec prądu
Chwila przerwy - Leszno. Dotarłam tam ok. 14. Czas był na obiad, więc odnalazłam niezdrowe żarcie w postaci McDonalda. Potem trzeba było znaleźć jakieś odpowiednie miejsce do łapania stopa. Przetuptałam przez sporą część miasta wzdłuż głównych dróg, próbując znaleźć wylotówkę na Poznań. Po drodze zaczepiła mnie jakaś pani na rowerze: "O, uczysz się grać na gitarze?" "No, tak" "Może chciałabyś grać na chwałę Panu?" "hmmm...  niestety, nie jestem stąd" "No tak, zawsze jak kogoś znajdę, to nie jest z Leszna. No, trudno". Doszłam w końcu brzegiem pola za trzy ronda (ok. 4 km) i tam udało się znaleźć miejsce na łapanie czegoś dalej... A po drodze znalazłam prąd kończący się w połowie pola i zastanawiam się, po co ciągnąć kable przez całe pole, żeby nagle je skończyć? O_o
Stop 6. Niezbyt rozmowny koleś, jechał naprawdę szybko i wyprzedzał wszystkich (jak tylko mógł, cisnął 170 km/h), ale nie czułam, że mnie zaraz zabije. Widać tylko było, że się wkurzał, jak musiał zwalniać. No i miał złoty zegarek. A ja myślałam, że zasnę w tym samochodzie. Głowa sama mi opadała i w ogóle były to ciężkie chwilę i mnóstwo użytej energii do nie zasypiania. Podwiózł mnie do Poznania (71 km), na południowe jego obrzeża. Wylotówka, na którą chciałam trafić była na północy Poznania, a ja byłam padnięta. Stąd kolejny przystanek (zaraz po Biedronce) to dworzec kolejowy.

W końcu udało się w jakiś sposób zakupić bilet i wsiąść w pociąg do Gdyni. Znalazłam sobie przedział, w którym było w miarę mało ludzi, wrzuciłam plecak i gitarę na górę i jadę. Na przeciwko mnie siedział chłopak, kilka lat ode mnie starszy, trochę czytał, trochę udawał, że śpi, jak każdy w przedziale. W pewnym momencie tak się rozgląda, a potem patrzy na gitarę i rozkminia. Widać, że myśli (choć był na tyle inteligentny, że nie musiał ruszać ustami w trakcie myślenia ;) ), w końcu się odezwał, zapytał o gitarę, odpowiedziałam i już. Potem (z pół godziny później) zapytał czy lubię karcianki, bo ma Monopoly (karcianą wersję) i może zagramy. Nie musiałam się długo zastanawiać nad odpowiedzią. Zagraliśmy kilka partii (nawet jedną wygrałam), potem zaczęliśmy jakoś tak gadać, aż w końcu czas naszej podróży minął. I wiecie co? Lubię poznawać nowych ludzi, jeszcze w dodatku przypadkiem. To niesamowicie pozytywne. I mam nadzieję, że zapamiętał mojego maila i napisze.


wtorek, 2 października 2012

Obrzędowe łamanie regulaminu

Wróciłam ze Spartakiady Harcerskich Drużyn Wodnych i Żeglarskich. Duża, chorągwiana impreza, ponad 300 osób. I jakoś tak mnie naszło na napisanie kilku słów o tym, jak harcerze wyglądają.
Z racji tego, że impreza specjalnościowa, większość to szczęśliwi posiadacze wodnych mundurów. Wodniacy mają czasem tak, że mówią, że nie ma regulaminu mundurów wodnych - tak naprawdę istnieje jakiś, sprzed wielu lat, który nie do końca jest już aktualny, a większość jest już zwyczajowa. I gdyby rzeczywiście wszyscy trzymali się zwyczajów, byłoby super.
Teraz mówię o mundurze wodnym - trzecie miejsce w rankingu zajmują dziewczynki w samych leginsach do munduru, ale nie można im się zbytnio dziwić, skoro drużynowa tak chodzi. Nie mniej jednak - leginsy to nie spodnie! Miejsce drugie zajmuje dziewczynka w spodniach dresopodobnych, koloru chabrowego z różowym, szerokim paskiem po boku nogawki. No cóż, ktoś nie dopilnował. Miejsce pierwsze, nie ze względu na wygląd, a komentarz drużynowego (?) - moro do granatowego munduru - "U nas w drużynie jest taka obrzędowość. Ja się Twojej obrzędowości nie czepiam".
I to właśnie skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, czy obrzędowość powinna usprawiedliwiać łamanie regulaminu. Akurat o spodniach regulamin wodny mówi tyle: "Do bluzy żeglarskiej harcerze i harcerki noszą długie granatowe spodnie". Może granatowe spodnie ciężko jest dostać (spodnie inne niż dżinsy). Ale co stoi na przeszkodzie, żeby założyć czarne? Niby też niezgodne z regulaminem, a wyglądają dużo lepiej...
Regulamin został po coś napisany. Według mnie nie po to, żeby uprzykrzyć nam życie, raczej po to, że skoro już jesteśmy organizacją mundurową, to powinniśmy wyglądać choć trochę podobnie. Trochę tak jak w wojsku, do którego tak bardzo próbują się upodabniać ci noszący nieregulaminowe moro do munduru (regulamin "lądowy" mówi o jednolitych spodniach).
O ile lepiej wyglądaliby harcerze, gdyby ich drużynowi zadali sobie trud przeczytania regulaminu umundurowania i zastosowali się do niego. Najpierw drużynowi, a potem harcerze.
I na koniec, żeby nie było, że czepiam się tylko wodnych mundurów. Dżinsy do lądowego munduru (blee) pominę. Niezaprzeczalnie pierwsze miejsce zajmuje moja harcerka (nadal nie wiem, dlaczego nie wypraszam takich ludzi ze zbiórek...), która nie miała mundurowych spodni (wyrosła - zdarza się) i założyła ledżinsy. Jeśli ktoś nie wie - takie trochę grubsze leginsy z nadrukiem jakby były dżinsowymi spodniami. Na gumce oczywiście.

piątek, 14 września 2012

Więcej słuchaj niż mów

Dla niektórych zaczął się rok szkolny, ja niby mam jeszcze wakacje, a mój kalendarz się zapełnia. Planuję zaangażować się w tym roku w realizację kilku większych przedsięwzięć, co powoduje, że czasu na nudę jest mało, gdzieś będzie trzeba upchnąć studia, a do tego wszystkiego pracuję razem z innymi ludźmi. Z ludźmi z różnych środowisk, którzy mają różne podejścia. A dziś będzie o tym, czego najbardziej nie lubię. Co ciekawe zdarza mi się to tylko w jednym z tych wielu środowisk i to w tym, w którego najciężej mi zrezygnować, ze względu na pewne zobowiązania.
O co chodzi? O niesłuchanie. O to, że są osoby, którym można tłumaczyć swoje zdanie na trzy różne sposoby, a one nie próbują nawet udawać, że posłuchały któregokolwiek tłumaczenia. Rozumiem, że można się z kimś nie zgadzać, mieć odmienne zdanie i je przedstawiać. To przecież naturalne. Ale jeśli ktoś próbuje przedstawić swoje zdanie i jednocześnie wie, że w ogóle nie jest ono brane pod uwagę, to gdzie sens rozmowy? Po co pytać człowieka o zdanie, skoro i tak niezależnie od tego co powie, mamy gotową odpowiedź? To trochę tak, jakby iść np. na egzamin mając odpowiedzi na jakieś pytania i wpisać te odpowiedzi, nawet kiedy pytania będą zupełnie inne.
Może tylko ja tak mam i może to źle, ale kiedy widzę, że wyraźnie ktoś nie słucha co mam do powiedzenia choć powinien (np. sam pytał...), to mnie zaczyna jakby mniej obchodzić jego zdanie. Nie to, że nie słucham. Nie odebrałabym sobie przyjemności znajdowania niespójności w wypowiedzi (co często zdarza się ludziom, którzy nie słuchają - mylą się we własnych "zeznaniach"). Ale dlaczego miałabym słuchać człowieka, który nie słucha mnie? Czy rozmowa nie polega na tym, że ludzie słuchają się nawzajem i odnoszą się do swoich wypowiedzi? Oczywiście nie do jednego, pojedynczego, źle użytego słowa czy wyrażenia, w ogóle zmieniając temat i pokazując postawę "Jak w ogóle możesz tak myśleć", kiedy tak naprawdę biedny człowieczek wcale tak nie myśli, tylko nie wiedział jakiego słowa użyć, użył trochę nieodpowiedniego i został źle zrozumiany. No i po co wtedy spytać, co miał na myśli, przecież lepiej się przyczepić.
Niestety, świat pełen jest ludzi, którym chyba wydaje się, że są najmądrzejsi i ujmą na honorze byłoby posłuchać kogoś, kto śmie twierdzić inaczej. Na szczęście jest też mnóstwo ludzi, którzy potrafią posłuchać, okazać zainteresowanie, dopytać się, jeśli nie są pewni, czy dobrze zrozumieli rozmówcę. Warto słuchać. Może czyjeś słowa nie zmienią od razu całego naszego światopoglądu, ale dadzą nam np. obraz tego, jak inni widzą pewne sprawy. Może inaczej niż my?

wtorek, 4 września 2012

Z wizytą u Hitlera

Udało mi się w te wakacje pojechać na jeden nieharcerski wyjazd. W harcerskim towarzystwie, ale bez munduru, a nawet jak się w pewnym momencie okazało, to bez czegokolwiek poświadczającego, że jesteśmy harcerzami ;)
Podczas obozu jak byliśmy na Wilczym Szańcu, chodziliśmy z Adamem (gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości - mój przyboczny) "zajarani jak głupi". Jak dowiedzieliśmy się jeszcze o Mamerkach i o śluzie, która tam jest to w ogóle wiedzieliśmy - trzeba tam wrócić. I się udało.
Wybraliśmy sobie pociąg w środę o 4.28 z Gdyni. Jako że na tą godzinę nie da się wyspać, wsiedliśmy do tzw. kanarówy albo melanżowni, w każdym razie ten przedział jak w SKM na końcu wagonu. Mieliśmy bilety z miejscami do leżenia, karimatki na glebę, śpiworki i kima. Obudził nas dopiero kierownik pociągu trochę przed Iławą i powiedział, że musimy sobie pójść, bo pociąg będzie jechał w drugą stronę i tu będzie przedział służbowy. No nic, spanie się skończyło. Potem przesiadka i próba nieprzespania Kętrzyna. Udało się. Wysiedliśmy na jakoś tak dziwnie znajomej stacji (spędziliśmy tam podczas obozu ok. 1,5h czekając na pociąg) i skierowaliśmy się na szybkie zakupy do Biedry. Zjedliśmy śniadanie w postaci jogurt+musli na przystanku autobusowym, po czym ruszyliśmy w drogę. W tą dobrze nam znaną część trasy, więc wiedzieliśmy gdzie chcemy spać - chwilę przed Wilczym Szańcem, na polu namiotowym niedaleko dworku. Chcieliśmy jeszcze tego dnia połazić po bunkrach, ale jakoś tak wyszło, że zrobiliśmy obiad (makaron z serkiem topionym - pycha!) i o 16 poszliśmy spać. Zanim zasnęliśmy usłyszałam "Jo, pewnie się obudzę w nocy i nie będzie mi się chciało spać". Oczywiście tak właśnie się stało. Obudziliśmy się w nocy, zamieniliśmy się miejscami i poszliśmy spać dalej.
Ostatecznie podnieśliśmy się koło 10. Śniadanko i na bunkry. Nasz główny cel przyjechania tam ponownie został osiągnięty - wysoka ściana bunkru, a na niej drabinka. No przecież drabinka jest po to, żeby na nią wejść. U góry kompletnie nic wartościowego nie było, ale liczy się sam fakt wejścia na górę. Potem popatrzyliśmy jeszcze na inne bunkry i poszliśmy dalej. Jedliśmy lody na przystanku, odwiedziliśmy ambonę, jedliśmy jabłka, łaziliśmy przez pole, jedliśmy jabłka, poszliśmy szlakiem nie w tą stronę co trzeba, jedliśmy jabłka, robiliśmy zakupy w sklepie 3 razy, bo ciągle coś nam się przypominało, żarliśmy czipsy, jedliśmy jabłka i w końcu postanowiliśmy złapać stopa. Zatrzymała się ekipa złożona z dwóch trochę odpicowanych lasek, kolesia i pieska. Bardzo fajni ludzie. Nie było im po drodze nas odwieźć, ale ostatecznie podwieźli nas pod same Mamerki na pole namiotowe. Zaczynał się już wieczór, a my byliśmy po całym dniu łażenia, więc poszliśmy dość szybko spać. Rano dogadaliśmy się z właścicielem pola, powiedział nam gdzie najlepiej iść, pozwolił zostawić plecaki i poszliśmy. Najpierw trafiliśmy na śluzę. Niestety nie tak szybko, jak się o tym pisze. Na początku szliśmy, znaleźliśmy tablicę z mapką i informacjami, które rozwiązały jedną z naszych zagadek - do kiedy były używane te tory z Kętrzyna do Węgorzewa. Już wiemy, że do 1992r. Potem szliśmy, szliśmy, minęliśmy tamę, poniemiecki jaz, i nagle kanał się skończył i znaleźliśmy śluzę. Jest ogromna. Nie spodziewaliśmy się, że aż tak. Na prawdę wielka. Chcieliśmy wejść do środka ale wystraszyły nas przeraźliwe dźwięki wydawane przez nietoperze (brzmiały co najmniej jak stado niedźwiedzi i dawno nie uciekaliśmy tak szybko). Popatrzyliśmy, popatrzyliśmy, poszliśmy na drugą, mniejszą i bardziej niedokończoną śluzę po drodze jedząc jabłka i czas nam był wracać, żeby obejść jeszcze Mamerki. Chcieliśmy złapać stopa, nie wyszło. Za to wbiliśmy się pewnemu panu na podwórko z pytaniem o drogę i o to, czy poczęstuje nas wodą. A potem przeszliśmy przez most, gdzie stał zakaz ruchu, ale "wszyscy tamtędy jeżdżą". Znów trafiliśmy na sklep, na lody i czipsy. Potem już same Mamerki - kilka bunkrów, właściwie niby nic, a jednak trochę robią wrażenie... Między dwoma z nich jest podziemny tunel. Zajrzeliśmy, ale po przygodzie z nietoperzami stwierdziliśmy, że nie, no nie idziemy. Ale kręcimy się gdzieś tam w pobliżu, patrzymy, a z tunelu wyszli ładni chłopcy w sweterkach i białych bucikach. Nastąpiło typowo polskie "Oni przeszli, a my nie przejdziemy?". Przeszliśmy. Wcale nie było strasznie.
Potem siedzieliśmy jeszcze chwilę na polu namiotowym i śmialiśmy się jak ludzie próbowali wychodzić z portu. Mieliśmy złapać jachtostopa, ale nie wyszło. Może to i dobrze, bo jak tak patrzyliśmy na niektórych to balibyśmy się z nimi wsiąść. Za to szybko złapaliśmy normalnego stopa do Węgorzewa.
W Węgorzewie odnaleźliśmy port ZHP. Nie wiedzieliśmy, że ZHP ma tak duży port. Spotkaliśmy tam człowieka o humorze i poziomie szydery bardzo zbliżonym do pewnego znanego nam gdańskiego instruktora, na szczęście pozwolił nam rozbić namiot za free. Zrobiliśmy krótki spacer po Węgorzewie i poszliśmy spać.
Rano już tylko Biedra, śniadanie na przystanku w postaci jogurtu z musli, PKS do Giżycka, tam dla odmiany Lidl. A potem siedzieliśmy na dworcu, patrzyliśmy i śmialiśmy się, kiedy cały peron ludzi ładował się do jednego, biednego pociągu relacji Gdynia - Katowice przez Białystok. Wszyscy się zmieścili. Potem przyjechał nasz pociąg, pierwszy z czterech. Tylko w tym siedzieliśmy na normalnych siedzeniach, bo nie było kanarówy. W końcu po 3 przesiadkach i ponad 6 godzinach jazdy dotarliśmy do Gdyni.
I dopiero potem uświadomiłam, że to właśnie był jedyny nieharcerski wyjazd w te wakacje. Niezaplanowany, spontaniczny i w miejscu, w którym coś na prawdę można zobaczyć. Jak ktoś będzie miał okazję kiedyś być w okolicach, to na prawdę polecam.