środa, 22 listopada 2017

Kisiel z herbaty

Nudny weekend...
Po nieco nudnym weekendzie nadszedł w końcu czas robienia czegoś. Na razie podążam za Hassidą, patrzę co ona robi i próbuję ogarniać, co jest do zrobienia.
Nie dzieje się tu zbyt wiele. O 7 rano idziemy do jednego z budynków (jest ich tu kilka, w każdym po 20-25 rezydentów i mnóstwo ludzi z ekipy pracującej) przygotować śniadanie, czyli tak dokładniej nałożyć przywiezione nam rzeczy na talerze. W tym budynku, do którego chodzimy (chyba nazywa się Tilja, ale jeszcze mi się mylą nazwy tych wszystkich budynków... Tilia to lipa po hebrajsku, każdy budynek nazywa się od rośliny), są ludzie, z których większość nie je sama, a tym bardziej nie stałe pokarmy, więc ich jedzenie składa się głównie z różnego rodzaju papek - jakiejś owsianki, zblendowanych warzyw, czegoś pomarańczowego (wydaje mi się, że w środku może być dynia), no i miksujemy też to, co dostaniemy dla tych, co jedzą stałe - na przykład wczoraj była papka z jajek, a dziś z tuńczyka. Część z tych osób nie pije normalnego napoju, więc przygotowujemy dla nich kisiel z herbaty - po prostu dodaje się taki proszek, który robi kisiel. Myślę, że to może być mąka ziemniaczana, ale nie zagłębiałam się w temat ;)
Nudny weekend w Netanji
Po nałożeniu wszystkiego na talerze pomagamy też nakarmić jedną czy dwie osoby. Potem mamy przerwę na nasze śniadanie. Rozkład dnia zmienia się troszkę w zależności od dnia. Czasem trzeba kogoś gdzieś zaprowadzić, na przykład z jego budynku do miejsca, gdzie jest fizjoterapia, a potem z powrotem. Po obiedzie idziemy z kilkoma osobami na spacer dookoła ośrodka. Dziś o 16 była jeszcze taka "zabawa", rezydenci z dwóch budynków (albo z dwóch części jednego, bo większość podzielona jest na męską i żeńską część) poszli coś w stylu małej sali gimnastycznej, była muzyka, chusta klanzy, piłki, hula hop i jakieś mega proste ćwiczenia dla nich. Ja bawiłam się całkiem nieźle.
A dziś rano byłyśmy z kilkoma bardziej ogarniającymi z rezydentów "w pracy". Dwa razy w tygodniu pracują na plantacji różnych roślin takich jak sałata, szczypior itp.
Te plantacje to dość ciekawa rzecz. Jest kilka wielkich hal/namiotów (trudno to nazwać - raczej jak hala, ale ma ściany z takiej grubszej siatki i jest wentylowane), w których są wielkie koryta z wodą. Woda ciągle krąży - jest wypompowywana i leci wielką rurą z powrotem do koryt. Na tej wodzie pływają styropianowe tratwy z dziurkami na rośliny. Na zdjęciu widać, jak to mniej więcej działa. W każdym razie praca polega na wkładaniu małych sadzonej w te dziurki i wkładaniu ich na wodę. Potem jest przerwa na picie i pomarańczki. Ogólnie to spora część pracy składa się tutaj z przerw. Można nawet spokojnie wypić kawę.
Plantacja
Myślę, że to dobry post, żeby napisać co nie co o jedzeniu, tym, które jest na stołówce dla pracowników i wolontariuszy. Jedzenie w ośrodku nie jest jakieś wybitne, zresztą jest zamawiane z zewnątrz z jakiejś firmy cateringowej, bo przyjeżdża w metalowych pojemnikach pakowanych do styropianowych pudełek trzymających ciepło (albo zimno). Na śniadanie zwykle są jajka na twardo, a czasem zamiast tego jajecznica albo tuńczyk. Do tego są jakieś dwie sałatki - jedną zwykle jem i jest w niej pomidor, ogórek, kapusta pekińska, czasem papryka, drugiej nie jadłam, ale na pewno jest tam marchewka i kapusta, ale nie jestem pewna, czy nie kiszona. Do tego można dostać trochę czegoś białego, co Hasida nazywa "cheese", a jedna z arabek pracujących na kuchni określała słowem "milk" (ale nie mówi po angielsku), ale moje podniebienie mówi, że to śmietana. Do tego jest chleb, krojony i pakowany w worek jak u nas. Jeden z pracowników, z pochodzenia Ukrainiec, mówi, że to nie chleb, tylko gąbka i trochę ma rację. Ale przynajmniej jest miękki. Zwykle do tego jest jeszcze dżem, chociaż nazywanie tego dżemem to spora nadinterpretacja - większość harcerzy pewnie jadła tanie dżemy albo marmolady, w których nie widać owoców, a smakują głównie cukrem, a ich smak można określić jako "czerwony" albo "pomarańczowy" (tak, to kolory, nie smaki, ale kto jadł tani dżem, albo pił tani sok do rozcieńczania wie, że w tym przypadku "czerwony" to najlepsze określenie tego smaku).
Na takich tratwach rosną roślinki
Na obiad jest ryż/kasza/ziemniaki + jakieś mięso (była cała noga z kurczaka, było coś w stylu gulaszu, raz nawet z jakiegoś bliżej niezidentyfikowanego mięsa - na pewno nie kurczak, bo wiem jak smakuje, i na pewno nie wieprzowina, bo tu nie jedzą...) + taki jakby sos/leczo z fasoli + jakieś surówki. Zwykle jest też coś, co ma być zupą - raz jadłam, to było coś, co smakowało trochę jak kartoflanka, miało w środku kilka ziemniaczków i makaron nitki.
Na kolację są jajka (tu cały czas są jajka...), sałatka i zwykle coś na ciepło. Raz na pewno był falafel, ale nie jadłam, bo zwykle na kolację jeszcze nie zdążę zgłodnieć, bo jest wcześnie...
Mogłabym gotować na miejscu, tzn. dostać produkty i robić sobie z nich jedzenie sama, ale po co, skoro mogę jeść regularnie i zajmuje mi to mniej czasu...
Nie narzekam na jedzenie, głodna nie chodzę. Chociaż powoli zaczyna mi brakować kanapek z szynką, więc wiem, co będę jadła, jak wrócę do Polski. Tu w ośrodku nie ma kanapek z szynką (nie ma szynki), nie ma kanapek z serem (sera też nie ma), a tym bardziej nie ma kanapek z serem i szynką, bo to byłoby niekoszerne - w koszernym jedzeniu nie łączy się produktów mięsnych z mlecznymi. W koszernym MC na przykład, w burgerach nie ma sera.
Rozpisałam się dziś trochę, ale jedzenie to ważny temat. Wiem już też jaki tytuł będzie miał następny post i o czym mniej więcej będzie, ale to już jutro albo po weekendzie, bo w piątek - kierunek Jerozolima! 

niedziela, 19 listopada 2017

33 minuty do Maka

Żywopłot z opuncji
Mój licznik mówi, że jestem tu już 3 dni. Włączyłam odliczanie do końca. Nie wiem jeszcze, czy to będzie pozytywne odliczanie, czy negatywne, czy będę czekać na koniec, czy właśnie nie będę chciała stąd wracać. Na razie jest ok :)
Ale trzeba by zacząć tam, gdzie ostatnio skończyłam :)
W piątkowy wieczór Liraz, nasza fizjoterapeutka, zaprosiła mnie do siebie na kolację. Było bardzo miło, chociaż czworo dzieci, w tym troje poniżej 8 lat, robi straszliwy hałas. Nie była to typowo szabatowa kolacja, bo rodzina Liraz nie jest zbyt religijna, ale mimo tego w każdy piątek siadają do wspólnej kolacji - w tygodniu nie zawsze mają na to czas, bo praca i wiadomo, każdy robi swoje. Jednak ten piątkowy wieczór zawsze jest dla rodziny. I to мне нравитсья (znaczy lubię, podoba mi się, o ile oczywiście nie pomyliłam się w rosyjskim zapisie...). Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, o Izraelu, o Polsce, o harcerstwie i ośrodku, w którym jestem. W międzyczasie poznaję słowa po hebrajsku, ale nie wiele jeszcze zapamiętuje...
Budowa?
W temacie posta napisałam o Maku (McDonaldzie, koszernym swoją drogą), ale to nie on jest tu najważniejszy. Byłam dziś drugi raz w Tel Mond, to taka największa wioska w okolicy, prawie miasto. Jak opowiadam tu komuś, że byłam w Tel Mond, to z reguły słyszę zdziwione "by walk?!". Tak, na nogach, to blisko. Fakt, ośrodek jest na zadupiu, ale do Tel Mond są niecałe 3 km. Dziś droga do MC zajęła mi 33 minuty. No i, co najważniejsze, znalazłam skrót. Znaczy po prostu poszłam drogą w odpowiednim kierunku, mimo że nie było jej na mapie. Google trochę pomagały i poszło gładko, trzeba było tylko minąć coś, co może być budową (?). Na razie jeszcze trochę mam problem z "kalibracją" mojego wewnętrznego GPS - z reguły czuję, w którą stronę trzeba iść, teraz bardziej sprawdzam, a potem pamiętam (jak dobrze być wzrokowcem!), ale skoro już mam skrót, to będzie lepiej.
Kupiłam dziś izraelską kartę do telefonu i dzięki temu mam internet. Kupiłam też ciastka i czekoladę, ale dużo rzeczy tu jest jak u nas - mają Lays-y i Cheetosy, rzeczy od Kindera i Bahlsena. Coca-colę i Pepsi też. Ogólnie wszystko jak u nas, tylko napisy po hebrajsku, trochę cieplej, opuncje przy drogach (albo jako żywopłot, polecam!), palmy i mandarynki w ogródkach.
Okolica w ogóle jest całkiem ciekawa, bo wszędzie są sady. Idąc do Tel Mond mijam drzewa z kaki, potem mandarynki, potem znów kaki, potem jakieś bliżej niezidentyfikowane rośliny po obu stronach drogi (jedno wydaje się być np. tytoniem, chociaż nie mam pewności), a dziś trafiłam na jakieś inne kaki i na grejfruty. Przyniosłam nawet jednego ze sobą, zobaczymy, czy dobry.
Także na razie nie jest źle. Z głodu nie umrę, karmią mnie na stołówce (nie wiem, co to za mięso jest na obiad, ale nie jest złe), a jakby było bardzo źle, to mam kaki zaraz za płotem.
Na razie jeszcze nic nie robię, czekam aż Hassida wróci z Jerozolimy, bo mam pracować z nią i patrzeć, co i jak. No to czekam :)

piątek, 17 listopada 2017

Cukier w lodówce

Pozdrowienia z lotniska
Powoli dobiega końca pierwszy cały dzień spędzony w Izraelu...
Wczoraj właściwie głównie przyleciałam. Lot nie był taki straszny, chmury z góry wyglądają niesamowicie, a wschód słońca ponad chmurami jeszcze lepiej... No ale lot jak lot, większość ludzi wie, jak to jest... Na lotnisku kolejka do bramek na milion osób. Zabrali mi paszport, żeby wkleić wizę, po pół godziny mniej więcej dowiedziałam się, gdzie mogę go odebrać, tam poczekałam kolejne pół godziny wśród trochę awanturujących się Rosjan i w końcu (prawie) byłam wolna.
Opuncja <3
Na lotnisku sprawdzają paszporty i dają takie niebieskie karteczki - normalnie nie wbijają żadnych pieczątek, ani nic, tylko taka karteczka. Ta kartka daje możliwość przejścia przez bramki. No to skanuję, a tam błąd... Okazało się, że przez to, że czekałam tak długo na wizę, "ważność" tej karteczki wygasła, musiałam podejść do pana z obsługi, on popatrzył, zeskanował, zapytał, czemu tak późno, to mu powiedziałam, że czekałam na wizę, a on mi życzył powodzenia. Mili ludzie :)
Potem przeżyłam chwilę grozy, kiedy mojego plecaka nie było na odpowiedniej taśmie, na szczęście znalazł się obok niej, bo przecież byłam już spóźniona.
Znalezienie pociągu, kupienie biletu i jechanie było mało skomplikowane. Bilet w automacie, a wejście na perony jak do metra w Warszawie - trzeba włożyć bilet, żeby przejść przez bramkę.
Tam są papugi.
Ostatecznie dotarłam do "mojego" ośrodka. Po hebrajsku nazywa się Hevrat Neorim, ale znalezienie go w taki sposób w google jest raczej niemożliwe. Na mapie nazywa się to Pits Naouram, jakby ktoś mnie szukał.
Właściwie opisywanie wszystkiego godzina po godzinie nie ma sensu, więc postaram się tylko wspominać o najważniejszych rzeczach. W ośrodku spotkałam koordynatorkę, z którą pisałam wcześniej i poznałam też wolontariuszkę z Korei - Chasidę (to tak naprawdę hebrajski odpowiednik jej imienia, które oznacza "Wdzięk").
I tu następuje ten moment, w którym temat posta przestanie być zagadką - Chasida pokazała mi co gdzie jest w kuchni (mamy taki budynek, gdzie każda ma swój pokój, a do tego jest wspólna kuchnia i łazienka), mówiła, że mogę korzystać i takie tam. Od tej pory, za każdym razem jak robię herbatę, wyciągam cukier z zamrażalnika. Nie wiem, dlaczego. Dziś piłam kawę w innym miejscu i też cukier był w lodówce. Nie wiem, dlaczego.
Dzięki za info.
Dziś trochę pokręciłam się po ośrodku, poznałam Dimę, z którym rozmawiałam trochę po rosyjsku, trochę po angielsku. W ogóle w ośrodku mało kto mówi po angielsku, za to całkiem sporo osób po rosyjsku. Na razie to moja jedyna nadzieja na porozumiewanie się...
Popołudniu poszłam do Tel Mond, to taka większa miejscowość. Odkryłam, że po drugiej stronie drogi od ośrodka jest sad pełen kaki, które właśnie dojrzewa. Kawałek dalej rosną pomarańczki.
Ogólnie to jest prawie jak u nas, tylko rośliny trochę inne (palmy i opuncje <3), ptaki trochę inne (zielone papugi) i piasek trochę inny (taki czerwony).
Jest tu też zabawna rzecz. Na każdym słupie energetycznym, który widziałam, z czterech stron wisi tabliczka z zakazem wspinania się, na której jest napisane, że grozi śmiercią. Napisali, bo ludzie to robili i nie wiedzieli, że tam jest prąd...?

środa, 15 listopada 2017

10 godzin...

Tyle zostało do odlotu mojego samolotu, kiedy zaczynam pisać ten post. Jak go skończę to pewnie będzie sporo mniej... 
Lecę do Izraela, będę tam 7,5 miesiąca, z małą przerwą na zimowisko w lutym. Przez ten czas będę wolontariuszką w domu opieki niedaleko miejscowości Netanya (to jest kawałek na północ od Tel Avivu). W ośrodku są starsi ludzie, z którymi trzeba pójść na spacer, umilić im czas i takie tam rzeczy. Przynajmniej mniej więcej. Więcej dowiem się, jak już tam będę i wtedy coś powiem. 
Wiem też, że w ośrodku są wolontariusze z Korei (Południowej, żeby nie było), więc na pewno będzie ciekawie. 
Nie wiem, co mogę powiedzieć. Trochę się stresuje, no ale wiadomo, kraj, w którym nigdy nie byłam, z językiem urzędowym, w którym potrafię powiedzieć "Cześć", "Dziękuję" i "Słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Pan jest jedyny". Wiem też, jak jest miłosierdzie, anioł i król świata. To ostatnie wie nawet moja kadra, bo ich na biwakach też budziło "Melech h'olam" :) 
Jutro o 10 będę lądować w Tel Avivie. U nich będzie 11, ale wszystko jedno. Potem wsiadam w pociąg (jak tylko dowiem się, gdzie kupić bilet...) i jadę do Beit Jehoszua, skąd zabiorą mnie dalej. 
Plan jest taki, że będę pisać na blogu, jak tam u mnie. Myślałam też o vlogu, ale raczej nie pyknie ;) Zobaczymy. 
Kapibara już nie może się doczekać. Ja też. Zostało 9,5 h do odlotu...

czwartek, 31 sierpnia 2017

Hawdala - oddzielenie

Ogień generalnie jest dobry - możemy się dzięki niemu ogrzać, ugotować sobie jedzenie, oświetlić drogę czy mieszkanie. Ale czasem ogień może być też zły - możemy coś spalić, można nawet kogoś zabić. Od czego w takim razie zależy, czy ten ogień jest dobry, czy zły? Od człowieka, od tego, co z tym ogniem zrobi. Może wykorzystać go dobrze, może wykorzystać źle. Tak samo jest z nadchodzącym tygodniem - to od nas zależy, co z nim zrobimy, czy będzie dobry, czy zły. 


Powyższą myśl usłyszałam będąc w zeszłą sobotę w synagodze od Michaela Schudricha, naczelnego rabina Polski. Było to objaśnienie do jednego z symboli obecnych na uroczystości Hawdali - ognia. 

W tym wpisie najważniejszy jest pierwszy akapit, ale nie obejdzie się bez małych wyjaśnień - w Warszawie od chyba 14 lat odbywa się Festiwal Singera. W ramach tego festiwalu odbywa się wiele przedsięwzięć związanych z kulturą żydowską. M.in. w programie festiwalu znajdują się uroczystości w synagodze, takie jak rozpoczęcie i zakończenie szabatu. One się tam dzieją co weekend, no ale wiadomo - przy okazji festiwalu przychodzą też nie-żydzi, żeby sobie popatrzeć. W zeszłą sobotę zdarzyło mi się być na zakończeniu szabatu, czyli Hawdali. Z racji tego, że było tam sporo osób, które do synagogi nie przychodzą na co dzień, prowadzący tłumaczyli "co się dzieje". 

Warto jeszcze wspomnieć, że dla żydów szabat jest świętem "bardziej" niż niedziela dla chrześcijan, chociaż ma tę samą podstawę - siódmego dnia Bóg odpoczywał po stworzeniu świata. Szabat to czas, żeby tak naprawdę odpocząć, a także jest to pewne oddzielenie "starego" tygodnia od "nowego". Samo słowo Hawdala po hebrajsku oznacza właśnie "oddzielenie" i ta ceremonia jest takim "oficjalnym" zakończeniem jednego tygodnia i rozpoczęciem kolejnego. Udziela się na niej czterech błogosławieństw - wstępnego, nad winem, nad wonnymi ziołami i nad światłem. O tym świetle (ogniu) jest powyższa myśl.  
Wybaczcie ten dość płytki opis, po pierwsze - nie jestem ekspertką, po drugie - nie jest celem tego wpisu zrozumienie szabatu, a tylko choćby minimalne przybliżenie kontekstu powyższych słów.

Najważniejsze jest i tak to, że to od nas zależy, co zrobimy z nadchodzącym tygodniem.

niedziela, 23 lipca 2017

Przeżyj swoje życie tak, żeby ktoś wieczorem mógł podziękować Bogu, że istniejesz

Byłam wczoraj na pogrzebie kpt. Andrzeja Drapelli. Można powiedzieć, że byłam tam "służbowo", choć raczej nie czułam się jakoś specjalnie zmuszona. Nie powiem, że biegłam tam z przyjemnością, bo kto się cieszy z tego, że idzie na pogrzeb...?
Właściwie nie znałam tego kapitana. Może raz widziałam go na oczy, ale nawet nie jestem pewna. Był kapitanem Zawiszy jeszcze zanim się urodziłam i chyba już wtedy był na emeryturze, więc po prostu nie było okazji, szczególnie, że w ostatnich latach chorował i miał problemy z poruszaniem się. Nie będę się tu rozpisywać o samym kapitanie, bo każdy ma google, a ja nie o nim chciałam pisać, a o pewnej refleksji, która mnie naszła, zresztą już nie po raz pierwszy w ostatnim czasie. 
Na pogrzeb przyszło mnóstwo ludzi. Myślę, że ponad 100 osób. Przy grobie był czas na wspomnienia i kilka słów od różnych ludzi. Wypowiadały się osoby, które z nim współpracowały w różnych organizacjach, no i oczywiście rodzina. O zmarłych właściwie nigdy nie mówi się źle, szczególnie na pogrzebach. Jednak tu wyraźnie było widać, że ci wszyscy ludzie mówią z serca, mówią prawdziwie i nie kryją wzruszenia. Kpt. Drapella był kimś ważnym w ich życiu, kimś, kogo warto było słuchać i od kogo się uczyć. 
Powyższe akapity to historia jakich wiele, pewnie z powodzeniem można by wstawić jakieś inne nazwisko i też by działało. Jednak to historia, która po raz kolejny przypomniała o jednej ważnej rzeczy - że codziennie powinniśmy być dla innych ludzi. Codziennie dawać im coś od siebie, nawet coś bardzo drobnego, czasem wystarczy uśmiech czy dobre słowo. Przecież nic nas to nie kosztuje. 
Aktualnie żyjemy w świecie pełnym nienawiści, hejtu, co chwilę ktoś sączy jad w internecie (i nie tylko), wyzywa tych, którzy się z nim nie zgadzają od takich i owakich... Po co...? Może czas to w końcu zmienić i być po prostu dobrym człowiekiem? 

Jak przejrzycie mojego bloga, to pewnie zauważycie, że jest tu sporo muzyki. Zwykle nieprzypadkowej. To nie tak, że wrzucę, bo fajnie brzmi. Zwykle jednak jest tam coś więcej.
Dziś będą dwie piosenki, choć pewnie mogłoby ich być w tym temacie więcej.

Pierwsza jest po angielsku (dla tych, którym trudno zrozumieć co śpiewają, tu jest tekst, można sobie wrzucić w tłumacz), a część jej refrenu pokrywa się z tym, co napisałam powyżej:
So listen brother, listen friend
Just a little smile, a helping hand
And we all will find a loving kind humanity

https://www.youtube.com/watch?v=F_iZJnFyxOY - tu można posłuchać

Druga przypomniała mi się, kiedy pisałam ten post. Jest niezbyt nową polską piosenką. Na pewno znacie: https://www.youtube.com/watch?v=FWZNF4F1r7Y

Jeszcze krótkie wyjaśnienie do tytułu posta. Pochodzi on z książki "Świadectwo skazanych na śmierć - sześćdziesiąt lat później". Autorka książki po 60 latach od zakończenia wojny odnajduje osoby ocalałe z obozów koncentracyjnych, które po wyzwoleniu wypełniały ankietę dotyczącą ich przeżyć i opisuje te ankiety i rozmowy. Jedna z kobiet zapytana o przesłanie dla współczesnej młodzieży przypomniała sobie wiersz, w którym było zdanie, służące za tytuł dzisiejszego posta. Niestety nie wiem, co to za wiersz, ani nawet w jakim był języku...

sobota, 22 lipca 2017

Harcerz jest odpowiedzialny

Postanowiłam wrócić do bloga. Z kilku powodów, o których będzie w innych postach. Wchodzę sobie "na zaplecze" blogspota, patrze - a tu jakaś wersja robocza. Czytam. Czemu ja tego nie opublikowałam...?
Nie wiem, kiedy to pisałam, bo oczywiście zaczęłam edytować zanim spojrzałam na datę... Myślę, że to mogła być wiosna 2015 roku.
Od tamtej pory zdążyliśmy zmienić ostatni punkt obecnego Prawa Harcerskiego (o czym może też kiedyś w końcu napiszę). A ja nadal uważam, że od treści znacznie ważniejsza jest praca z tym prawem, wcielanie go w życie i dawanie przykładu.
Poniżej nieedytowany tekst pisany te 2 lata temu.

Od dłuższego czasu w ZHP wrze dyskusja o projekcie zmian w Prawie Harcerskim. Jako że rozmawiam z moimi harcerzami o wszystkim, postanowiłam zapytać też ich o zdanie, bo to przecież dla nich ma być to prawo. Zaczęło się od gawędy, od wprowadzenia, od tego po co, dlaczego i jak to działa. Porozmawialiśmy o odpowiedzialności i próbowaliśmy znaleźć jej definicję. Później powiedzieliśmy sobie, że "Harcerz powinien być ... , bo ...". No i po takim wstępie powiedziałam harcerzom, że mają zapomnieć dotychczasowe prawo (co w przypadku niektórych nie było trudne ;) ) i napisać w grupkach/zastępach nowe prawo. Jedyną sugestią było to, żeby trzymać się tego, że są punkty, nie koniecznie 10...
(Warto wspomnieć, że mówiliśmy na zbiórce też o składkach, co mogło mieć pewien wpływ na ich pomysły...)
Swoje prawo stworzyły 4 zastępy - 2 harcerskie, pomieszane płciowo (akurat było jakoś mało chłopaków i dużo dziewczyn, więc podzieliliśmy się mniej więcej po równo) i 2 starszoharcerskie - męski i żeński.
Wyniki ich prac są warte zaprezentowania - kto by przypuszczał, że takie "małe dzieci" są w stanie wymyślić tak mądre rzeczy. W poniższych tekstach oczywiście poprawiłam błędy ortograficzne, ale właściwie nic poza tym.

Harcerze, zastęp I:
1. Pomaga komu może.
2. Nie boi się nowych wyzwań.
3. Powinien dążyć do celów, które sobie wyznaczył.
4. Powinien dbać o swoje otoczenie.
5. Powinien wierzyć w sprawiedliwość.
6. Powinien znać zwyczaje harcerskie.
7. Powinien być sprawiedliwy wobec innych.
8. Powinien być gotów walczyć za Ojczyznę.

Harcerze, zastęp II:
1. Harcerz powinien być prawdomówny.
2. Powinien zawsze wykonywać swoje obowiązki.
3. Harcerz powinien być dobry dla ludzi.
4. Harcerz powinien być miły i pozytywnie nastawiony do życia.
5. Harcerz jest odpowiedzialny.
6. Harcerz powinien dbać o porządek.
7. Harcerz powinien być uczciwy.
8. Być obecny na zbiórkach.
9. Harcerz powinien być mądry i czujnie uważać na zbiórkach.
10. Harcerz powinien wierzyć w siebie.
11. Harcerz powinien pomagać wszystkim ludziom.
12. Harcerz powinien być opanowany.

Harcerze starsi:
1. Harcerz powinien być odpowiedzialny.
2. Harcerz powinien znać Prawo Harcerskie.
3. Harcerz powinien płacić składki.
4. Harcerz powinien być przyjazny dla otoczenia.

Harcerki starsze:
1. Harcerz szanuje siebie i innych.
2. Harcerz jest odpowiedzialny.
3. Harcerz dostrzega problemy w swoim środowisku i stara się je rozwiązać.
4. Harcerz stara się wiedzieć więcej niż wie i umieć więcej niż umie. (Tu widać wpływ naszych wcześniejszych rozmów - zapamiętali "najfajniejszy" punkt nowego projektu)
5. Harcerz dąży do samodzielności.
6. Harcerz jest prawdomówny.
7. Harcerz stara się odróżniać dobro od zła.
8. Harcerz jest wolny od nałogów. (Kolejny wpływ wcześniejszych rozmów)
9. Harcerz jest otwarty na innych.
10. Harcerz kocha Polskę!
11. Harcerzem może być każdy.

Po "prawach" harcerzy widać, że wymieniają właściwie te same wartości, co więcej - te, które w obecnym prawie są. Może więc nie potrzeba nam zmian, a lepszej pracy z obecnym prawem? A może, jeśli zmiany, to jedynie kosmetyczne?