niedziela, 19 listopada 2017

33 minuty do Maka

Żywopłot z opuncji
Mój licznik mówi, że jestem tu już 3 dni. Włączyłam odliczanie do końca. Nie wiem jeszcze, czy to będzie pozytywne odliczanie, czy negatywne, czy będę czekać na koniec, czy właśnie nie będę chciała stąd wracać. Na razie jest ok :)
Ale trzeba by zacząć tam, gdzie ostatnio skończyłam :)
W piątkowy wieczór Liraz, nasza fizjoterapeutka, zaprosiła mnie do siebie na kolację. Było bardzo miło, chociaż czworo dzieci, w tym troje poniżej 8 lat, robi straszliwy hałas. Nie była to typowo szabatowa kolacja, bo rodzina Liraz nie jest zbyt religijna, ale mimo tego w każdy piątek siadają do wspólnej kolacji - w tygodniu nie zawsze mają na to czas, bo praca i wiadomo, każdy robi swoje. Jednak ten piątkowy wieczór zawsze jest dla rodziny. I to мне нравитсья (znaczy lubię, podoba mi się, o ile oczywiście nie pomyliłam się w rosyjskim zapisie...). Rozmawialiśmy o różnych rzeczach, o Izraelu, o Polsce, o harcerstwie i ośrodku, w którym jestem. W międzyczasie poznaję słowa po hebrajsku, ale nie wiele jeszcze zapamiętuje...
Budowa?
W temacie posta napisałam o Maku (McDonaldzie, koszernym swoją drogą), ale to nie on jest tu najważniejszy. Byłam dziś drugi raz w Tel Mond, to taka największa wioska w okolicy, prawie miasto. Jak opowiadam tu komuś, że byłam w Tel Mond, to z reguły słyszę zdziwione "by walk?!". Tak, na nogach, to blisko. Fakt, ośrodek jest na zadupiu, ale do Tel Mond są niecałe 3 km. Dziś droga do MC zajęła mi 33 minuty. No i, co najważniejsze, znalazłam skrót. Znaczy po prostu poszłam drogą w odpowiednim kierunku, mimo że nie było jej na mapie. Google trochę pomagały i poszło gładko, trzeba było tylko minąć coś, co może być budową (?). Na razie jeszcze trochę mam problem z "kalibracją" mojego wewnętrznego GPS - z reguły czuję, w którą stronę trzeba iść, teraz bardziej sprawdzam, a potem pamiętam (jak dobrze być wzrokowcem!), ale skoro już mam skrót, to będzie lepiej.
Kupiłam dziś izraelską kartę do telefonu i dzięki temu mam internet. Kupiłam też ciastka i czekoladę, ale dużo rzeczy tu jest jak u nas - mają Lays-y i Cheetosy, rzeczy od Kindera i Bahlsena. Coca-colę i Pepsi też. Ogólnie wszystko jak u nas, tylko napisy po hebrajsku, trochę cieplej, opuncje przy drogach (albo jako żywopłot, polecam!), palmy i mandarynki w ogródkach.
Okolica w ogóle jest całkiem ciekawa, bo wszędzie są sady. Idąc do Tel Mond mijam drzewa z kaki, potem mandarynki, potem znów kaki, potem jakieś bliżej niezidentyfikowane rośliny po obu stronach drogi (jedno wydaje się być np. tytoniem, chociaż nie mam pewności), a dziś trafiłam na jakieś inne kaki i na grejfruty. Przyniosłam nawet jednego ze sobą, zobaczymy, czy dobry.
Także na razie nie jest źle. Z głodu nie umrę, karmią mnie na stołówce (nie wiem, co to za mięso jest na obiad, ale nie jest złe), a jakby było bardzo źle, to mam kaki zaraz za płotem.
Na razie jeszcze nic nie robię, czekam aż Hassida wróci z Jerozolimy, bo mam pracować z nią i patrzeć, co i jak. No to czekam :)

piątek, 17 listopada 2017

Cukier w lodówce

Pozdrowienia z lotniska
Powoli dobiega końca pierwszy cały dzień spędzony w Izraelu...
Wczoraj właściwie głównie przyleciałam. Lot nie był taki straszny, chmury z góry wyglądają niesamowicie, a wschód słońca ponad chmurami jeszcze lepiej... No ale lot jak lot, większość ludzi wie, jak to jest... Na lotnisku kolejka do bramek na milion osób. Zabrali mi paszport, żeby wkleić wizę, po pół godziny mniej więcej dowiedziałam się, gdzie mogę go odebrać, tam poczekałam kolejne pół godziny wśród trochę awanturujących się Rosjan i w końcu (prawie) byłam wolna.
Opuncja <3
Na lotnisku sprawdzają paszporty i dają takie niebieskie karteczki - normalnie nie wbijają żadnych pieczątek, ani nic, tylko taka karteczka. Ta kartka daje możliwość przejścia przez bramki. No to skanuję, a tam błąd... Okazało się, że przez to, że czekałam tak długo na wizę, "ważność" tej karteczki wygasła, musiałam podejść do pana z obsługi, on popatrzył, zeskanował, zapytał, czemu tak późno, to mu powiedziałam, że czekałam na wizę, a on mi życzył powodzenia. Mili ludzie :)
Potem przeżyłam chwilę grozy, kiedy mojego plecaka nie było na odpowiedniej taśmie, na szczęście znalazł się obok niej, bo przecież byłam już spóźniona.
Znalezienie pociągu, kupienie biletu i jechanie było mało skomplikowane. Bilet w automacie, a wejście na perony jak do metra w Warszawie - trzeba włożyć bilet, żeby przejść przez bramkę.
Tam są papugi.
Ostatecznie dotarłam do "mojego" ośrodka. Po hebrajsku nazywa się Hevrat Neorim, ale znalezienie go w taki sposób w google jest raczej niemożliwe. Na mapie nazywa się to Pits Naouram, jakby ktoś mnie szukał.
Właściwie opisywanie wszystkiego godzina po godzinie nie ma sensu, więc postaram się tylko wspominać o najważniejszych rzeczach. W ośrodku spotkałam koordynatorkę, z którą pisałam wcześniej i poznałam też wolontariuszkę z Korei - Chasidę (to tak naprawdę hebrajski odpowiednik jej imienia, które oznacza "Wdzięk").
I tu następuje ten moment, w którym temat posta przestanie być zagadką - Chasida pokazała mi co gdzie jest w kuchni (mamy taki budynek, gdzie każda ma swój pokój, a do tego jest wspólna kuchnia i łazienka), mówiła, że mogę korzystać i takie tam. Od tej pory, za każdym razem jak robię herbatę, wyciągam cukier z zamrażalnika. Nie wiem, dlaczego. Dziś piłam kawę w innym miejscu i też cukier był w lodówce. Nie wiem, dlaczego.
Dzięki za info.
Dziś trochę pokręciłam się po ośrodku, poznałam Dimę, z którym rozmawiałam trochę po rosyjsku, trochę po angielsku. W ogóle w ośrodku mało kto mówi po angielsku, za to całkiem sporo osób po rosyjsku. Na razie to moja jedyna nadzieja na porozumiewanie się...
Popołudniu poszłam do Tel Mond, to taka większa miejscowość. Odkryłam, że po drugiej stronie drogi od ośrodka jest sad pełen kaki, które właśnie dojrzewa. Kawałek dalej rosną pomarańczki.
Ogólnie to jest prawie jak u nas, tylko rośliny trochę inne (palmy i opuncje <3), ptaki trochę inne (zielone papugi) i piasek trochę inny (taki czerwony).
Jest tu też zabawna rzecz. Na każdym słupie energetycznym, który widziałam, z czterech stron wisi tabliczka z zakazem wspinania się, na której jest napisane, że grozi śmiercią. Napisali, bo ludzie to robili i nie wiedzieli, że tam jest prąd...?

środa, 15 listopada 2017

10 godzin...

Tyle zostało do odlotu mojego samolotu, kiedy zaczynam pisać ten post. Jak go skończę to pewnie będzie sporo mniej... 
Lecę do Izraela, będę tam 7,5 miesiąca, z małą przerwą na zimowisko w lutym. Przez ten czas będę wolontariuszką w domu opieki niedaleko miejscowości Netanya (to jest kawałek na północ od Tel Avivu). W ośrodku są starsi ludzie, z którymi trzeba pójść na spacer, umilić im czas i takie tam rzeczy. Przynajmniej mniej więcej. Więcej dowiem się, jak już tam będę i wtedy coś powiem. 
Wiem też, że w ośrodku są wolontariusze z Korei (Południowej, żeby nie było), więc na pewno będzie ciekawie. 
Nie wiem, co mogę powiedzieć. Trochę się stresuje, no ale wiadomo, kraj, w którym nigdy nie byłam, z językiem urzędowym, w którym potrafię powiedzieć "Cześć", "Dziękuję" i "Słuchaj Izraelu, Pan jest naszym Bogiem, Pan jest jedyny". Wiem też, jak jest miłosierdzie, anioł i król świata. To ostatnie wie nawet moja kadra, bo ich na biwakach też budziło "Melech h'olam" :) 
Jutro o 10 będę lądować w Tel Avivie. U nich będzie 11, ale wszystko jedno. Potem wsiadam w pociąg (jak tylko dowiem się, gdzie kupić bilet...) i jadę do Beit Jehoszua, skąd zabiorą mnie dalej. 
Plan jest taki, że będę pisać na blogu, jak tam u mnie. Myślałam też o vlogu, ale raczej nie pyknie ;) Zobaczymy. 
Kapibara już nie może się doczekać. Ja też. Zostało 9,5 h do odlotu...

czwartek, 31 sierpnia 2017

Hawdala - oddzielenie

Ogień generalnie jest dobry - możemy się dzięki niemu ogrzać, ugotować sobie jedzenie, oświetlić drogę czy mieszkanie. Ale czasem ogień może być też zły - możemy coś spalić, można nawet kogoś zabić. Od czego w takim razie zależy, czy ten ogień jest dobry, czy zły? Od człowieka, od tego, co z tym ogniem zrobi. Może wykorzystać go dobrze, może wykorzystać źle. Tak samo jest z nadchodzącym tygodniem - to od nas zależy, co z nim zrobimy, czy będzie dobry, czy zły. 


Powyższą myśl usłyszałam będąc w zeszłą sobotę w synagodze od Michaela Schudricha, naczelnego rabina Polski. Było to objaśnienie do jednego z symboli obecnych na uroczystości Hawdali - ognia. 

W tym wpisie najważniejszy jest pierwszy akapit, ale nie obejdzie się bez małych wyjaśnień - w Warszawie od chyba 14 lat odbywa się Festiwal Singera. W ramach tego festiwalu odbywa się wiele przedsięwzięć związanych z kulturą żydowską. M.in. w programie festiwalu znajdują się uroczystości w synagodze, takie jak rozpoczęcie i zakończenie szabatu. One się tam dzieją co weekend, no ale wiadomo - przy okazji festiwalu przychodzą też nie-żydzi, żeby sobie popatrzeć. W zeszłą sobotę zdarzyło mi się być na zakończeniu szabatu, czyli Hawdali. Z racji tego, że było tam sporo osób, które do synagogi nie przychodzą na co dzień, prowadzący tłumaczyli "co się dzieje". 

Warto jeszcze wspomnieć, że dla żydów szabat jest świętem "bardziej" niż niedziela dla chrześcijan, chociaż ma tę samą podstawę - siódmego dnia Bóg odpoczywał po stworzeniu świata. Szabat to czas, żeby tak naprawdę odpocząć, a także jest to pewne oddzielenie "starego" tygodnia od "nowego". Samo słowo Hawdala po hebrajsku oznacza właśnie "oddzielenie" i ta ceremonia jest takim "oficjalnym" zakończeniem jednego tygodnia i rozpoczęciem kolejnego. Udziela się na niej czterech błogosławieństw - wstępnego, nad winem, nad wonnymi ziołami i nad światłem. O tym świetle (ogniu) jest powyższa myśl.  
Wybaczcie ten dość płytki opis, po pierwsze - nie jestem ekspertką, po drugie - nie jest celem tego wpisu zrozumienie szabatu, a tylko choćby minimalne przybliżenie kontekstu powyższych słów.

Najważniejsze jest i tak to, że to od nas zależy, co zrobimy z nadchodzącym tygodniem.

niedziela, 23 lipca 2017

Przeżyj swoje życie tak, żeby ktoś wieczorem mógł podziękować Bogu, że istniejesz

Byłam wczoraj na pogrzebie kpt. Andrzeja Drapelli. Można powiedzieć, że byłam tam "służbowo", choć raczej nie czułam się jakoś specjalnie zmuszona. Nie powiem, że biegłam tam z przyjemnością, bo kto się cieszy z tego, że idzie na pogrzeb...?
Właściwie nie znałam tego kapitana. Może raz widziałam go na oczy, ale nawet nie jestem pewna. Był kapitanem Zawiszy jeszcze zanim się urodziłam i chyba już wtedy był na emeryturze, więc po prostu nie było okazji, szczególnie, że w ostatnich latach chorował i miał problemy z poruszaniem się. Nie będę się tu rozpisywać o samym kapitanie, bo każdy ma google, a ja nie o nim chciałam pisać, a o pewnej refleksji, która mnie naszła, zresztą już nie po raz pierwszy w ostatnim czasie. 
Na pogrzeb przyszło mnóstwo ludzi. Myślę, że ponad 100 osób. Przy grobie był czas na wspomnienia i kilka słów od różnych ludzi. Wypowiadały się osoby, które z nim współpracowały w różnych organizacjach, no i oczywiście rodzina. O zmarłych właściwie nigdy nie mówi się źle, szczególnie na pogrzebach. Jednak tu wyraźnie było widać, że ci wszyscy ludzie mówią z serca, mówią prawdziwie i nie kryją wzruszenia. Kpt. Drapella był kimś ważnym w ich życiu, kimś, kogo warto było słuchać i od kogo się uczyć. 
Powyższe akapity to historia jakich wiele, pewnie z powodzeniem można by wstawić jakieś inne nazwisko i też by działało. Jednak to historia, która po raz kolejny przypomniała o jednej ważnej rzeczy - że codziennie powinniśmy być dla innych ludzi. Codziennie dawać im coś od siebie, nawet coś bardzo drobnego, czasem wystarczy uśmiech czy dobre słowo. Przecież nic nas to nie kosztuje. 
Aktualnie żyjemy w świecie pełnym nienawiści, hejtu, co chwilę ktoś sączy jad w internecie (i nie tylko), wyzywa tych, którzy się z nim nie zgadzają od takich i owakich... Po co...? Może czas to w końcu zmienić i być po prostu dobrym człowiekiem? 

Jak przejrzycie mojego bloga, to pewnie zauważycie, że jest tu sporo muzyki. Zwykle nieprzypadkowej. To nie tak, że wrzucę, bo fajnie brzmi. Zwykle jednak jest tam coś więcej.
Dziś będą dwie piosenki, choć pewnie mogłoby ich być w tym temacie więcej.

Pierwsza jest po angielsku (dla tych, którym trudno zrozumieć co śpiewają, tu jest tekst, można sobie wrzucić w tłumacz), a część jej refrenu pokrywa się z tym, co napisałam powyżej:
So listen brother, listen friend
Just a little smile, a helping hand
And we all will find a loving kind humanity

https://www.youtube.com/watch?v=F_iZJnFyxOY - tu można posłuchać

Druga przypomniała mi się, kiedy pisałam ten post. Jest niezbyt nową polską piosenką. Na pewno znacie: https://www.youtube.com/watch?v=FWZNF4F1r7Y

Jeszcze krótkie wyjaśnienie do tytułu posta. Pochodzi on z książki "Świadectwo skazanych na śmierć - sześćdziesiąt lat później". Autorka książki po 60 latach od zakończenia wojny odnajduje osoby ocalałe z obozów koncentracyjnych, które po wyzwoleniu wypełniały ankietę dotyczącą ich przeżyć i opisuje te ankiety i rozmowy. Jedna z kobiet zapytana o przesłanie dla współczesnej młodzieży przypomniała sobie wiersz, w którym było zdanie, służące za tytuł dzisiejszego posta. Niestety nie wiem, co to za wiersz, ani nawet w jakim był języku...

sobota, 22 lipca 2017

Harcerz jest odpowiedzialny

Postanowiłam wrócić do bloga. Z kilku powodów, o których będzie w innych postach. Wchodzę sobie "na zaplecze" blogspota, patrze - a tu jakaś wersja robocza. Czytam. Czemu ja tego nie opublikowałam...?
Nie wiem, kiedy to pisałam, bo oczywiście zaczęłam edytować zanim spojrzałam na datę... Myślę, że to mogła być wiosna 2015 roku.
Od tamtej pory zdążyliśmy zmienić ostatni punkt obecnego Prawa Harcerskiego (o czym może też kiedyś w końcu napiszę). A ja nadal uważam, że od treści znacznie ważniejsza jest praca z tym prawem, wcielanie go w życie i dawanie przykładu.
Poniżej nieedytowany tekst pisany te 2 lata temu.

Od dłuższego czasu w ZHP wrze dyskusja o projekcie zmian w Prawie Harcerskim. Jako że rozmawiam z moimi harcerzami o wszystkim, postanowiłam zapytać też ich o zdanie, bo to przecież dla nich ma być to prawo. Zaczęło się od gawędy, od wprowadzenia, od tego po co, dlaczego i jak to działa. Porozmawialiśmy o odpowiedzialności i próbowaliśmy znaleźć jej definicję. Później powiedzieliśmy sobie, że "Harcerz powinien być ... , bo ...". No i po takim wstępie powiedziałam harcerzom, że mają zapomnieć dotychczasowe prawo (co w przypadku niektórych nie było trudne ;) ) i napisać w grupkach/zastępach nowe prawo. Jedyną sugestią było to, żeby trzymać się tego, że są punkty, nie koniecznie 10...
(Warto wspomnieć, że mówiliśmy na zbiórce też o składkach, co mogło mieć pewien wpływ na ich pomysły...)
Swoje prawo stworzyły 4 zastępy - 2 harcerskie, pomieszane płciowo (akurat było jakoś mało chłopaków i dużo dziewczyn, więc podzieliliśmy się mniej więcej po równo) i 2 starszoharcerskie - męski i żeński.
Wyniki ich prac są warte zaprezentowania - kto by przypuszczał, że takie "małe dzieci" są w stanie wymyślić tak mądre rzeczy. W poniższych tekstach oczywiście poprawiłam błędy ortograficzne, ale właściwie nic poza tym.

Harcerze, zastęp I:
1. Pomaga komu może.
2. Nie boi się nowych wyzwań.
3. Powinien dążyć do celów, które sobie wyznaczył.
4. Powinien dbać o swoje otoczenie.
5. Powinien wierzyć w sprawiedliwość.
6. Powinien znać zwyczaje harcerskie.
7. Powinien być sprawiedliwy wobec innych.
8. Powinien być gotów walczyć za Ojczyznę.

Harcerze, zastęp II:
1. Harcerz powinien być prawdomówny.
2. Powinien zawsze wykonywać swoje obowiązki.
3. Harcerz powinien być dobry dla ludzi.
4. Harcerz powinien być miły i pozytywnie nastawiony do życia.
5. Harcerz jest odpowiedzialny.
6. Harcerz powinien dbać o porządek.
7. Harcerz powinien być uczciwy.
8. Być obecny na zbiórkach.
9. Harcerz powinien być mądry i czujnie uważać na zbiórkach.
10. Harcerz powinien wierzyć w siebie.
11. Harcerz powinien pomagać wszystkim ludziom.
12. Harcerz powinien być opanowany.

Harcerze starsi:
1. Harcerz powinien być odpowiedzialny.
2. Harcerz powinien znać Prawo Harcerskie.
3. Harcerz powinien płacić składki.
4. Harcerz powinien być przyjazny dla otoczenia.

Harcerki starsze:
1. Harcerz szanuje siebie i innych.
2. Harcerz jest odpowiedzialny.
3. Harcerz dostrzega problemy w swoim środowisku i stara się je rozwiązać.
4. Harcerz stara się wiedzieć więcej niż wie i umieć więcej niż umie. (Tu widać wpływ naszych wcześniejszych rozmów - zapamiętali "najfajniejszy" punkt nowego projektu)
5. Harcerz dąży do samodzielności.
6. Harcerz jest prawdomówny.
7. Harcerz stara się odróżniać dobro od zła.
8. Harcerz jest wolny od nałogów. (Kolejny wpływ wcześniejszych rozmów)
9. Harcerz jest otwarty na innych.
10. Harcerz kocha Polskę!
11. Harcerzem może być każdy.

Po "prawach" harcerzy widać, że wymieniają właściwie te same wartości, co więcej - te, które w obecnym prawie są. Może więc nie potrzeba nam zmian, a lepszej pracy z obecnym prawem? A może, jeśli zmiany, to jedynie kosmetyczne?

niedziela, 20 września 2015

Dążenia do zieloności ciąg dalszy

Od ostatniego wpisu minął prawie rok (no, 10 miesięcy), do KSI, na którym planuję zamknąć próbę jeszcze prawie miesiąc. Tak, tak, nadal nie jestem podharcmistrzem.
Jednak przy okazji zamykania próby muszę napisać sprawozdanie z niej. Część już mam w poprzednim poście, minione 10 miesięcy należałoby jeszcze uzupełnić.
Przypomnę, że to podsumowanie zaczyna się właściwie od grudnia 2014. I będzie do dziś. Podzielę je znów na kategorie, żeby wszystko uporządkować.

Drużyna
Od listopada udało się podjąć kilka różnych decyzji, zarówno dobrych, jak i, niestety, złych. Powołanie zastępowych z pionu HS spowodowało, że trudno im było brać udział w działaniach tego pionu - niestety gimnazjaliści przy miliardzie swoich projektów i treningach, angielskich, teatrach i innych nie mają czasu na dwie zbiórki tygodniowo. Znów podziałaliśmy trochę w zestawie H+HS.
Za to powołaliśmy zastęp kadrowo-wędrowniczy Pókok, który zaczyna całkiem fajnie działać. Mamy aktualnie 3/6 otwartych naramienników i jeden nawet już zamknięty (tylko jeszcze nienadany) i zrealizowany znak służby turystyce, w ramach którego nasi wędrownicy pomagali przygotowywać trasę Rodła.
Na początku 2015 r. cała szóstka Pókoków (5 próbnych przybocznych i ich zastępowy) ukończyła kurs przewodnikowski we Wrzeszczu-Oliwie, a na obozie zostali przybocznymi w pełni. Jesteśmy teraz na etapie rozmów i podpisywaniu z każdym opisu funkcji, który, mam nadzieję, pozwoli się łatwiej odnaleźć na nowej funkcji i pomoże w ocenie tego, czy ktoś daje radę, czy średnio. Poza tym, przy okazji spotkań związanych z opisem funkcji, rozmawiamy sobie trochę.
Zdążyliśmy zrobić zimowisko w Przywidzu, 5. Odrodziny drużyny, po raz drugi zostać najlepiej rozpływaną drużyną lądową chorągwi, pojechać na obóz do Siemian i tam wygrać zakład o 100 pączków. Teraz ciśniemy przygotowania do Spartakiady, a od października będziemy dalej lecieć z naborami i działaniem pionów.
Moje "dzieci" pewnie niedługo zaczną otwierać próby pwd, niektórzy już czekają na mojego podharcmistrza.

Hufiec
Tu nie wiele się zmieniło. Warsztaty, które miałam przeprowadzić nie odbyły się, trudno powiedzieć, z czyjej winy. Chyba po prostu zawiodła nieco komunikacja. Poza tym nadal coś tam piszę na stronę i fejsbuki, czasem robię jakieś zdjęcia. To chyba tyle...

Chorągiew
Hmmm... Miałam przejąć referat jakoś teraz, dostałam go w styczniu. Niestety nie udało mi się zrobić zbyt wiele, poza byciem na spotkaniach Wydziału Programowego i planowaniu dalszej pracy. W każdym razie teraz są plany na najbliższy rok, wyglądają nieźle, mają szanse powodzenia.
Przy okazji bycia szefem referatu i jednocześnie zdobywania przez moich wędrowników znaku służby byłam komendantką trasy harcerskiej-geocachingowej Rodła. Podobno była fajna ;) Rodło też trochę promowało się naszą trasą, ze względu na to, że była dość nowoczesna. Na przyszły rok mam jeszcze lepszy pomysł, ale nie wiem czy się powiedzie.
W styczniu byłam na kursie Kadry Programowej i Namiestników. Nie mam zbyt wiele do powiedzenia. Niestety zły moment w harcerskim życiu na robienie takiego kursu - kiedy ktoś pracuje z tym na co dzień, to niestety trudno w kursie znaleźć coś nowego. Oczywiście były lepsze i gorsze zajęcia, kilka nawet inspirujących, ale całego kursu raczej nie mogę uznać za "kop motywacyjny".
Za to jak najbardziej pozytywny i coś mi dający był kurs metodyczny, na którym zdarzyło mi się poprowadzić zajęcia w sierpniu i być przez mniej więcej połowę. Poznałam fajnych, młodych ludzi, którym chce się "robić harcerstwo". Mogłam z nimi pogadać, podzielić się moim doświadczeniem, pośmiać się. I chyba "dorosłam" do tego, żeby wybrać się na Kurs Kadry Kształcącej.
W najbliższy weekend będę też komendantką pionu harcerskiego Spartakiady, to niby zadanie na poziomie chorągwi, ale robię takie rzeczy już tak długo, że jakoś tego nie odczuwam.

Poziom centralny
Jakoś w marcu byłam na kolejnej zbiórce pracy z kadrą, tym razem w Załęczu. Każde takie spotkanie jest w jakiś sposób inspirujące.
Sprawdzałam nadal raporty w Turnieju Zastępów, chociaż w ostatnim etapie było to nieco bardziej skomplikowane przez moją nieobecność i problemy techniczne (np. nie dało się dodawać komentarzy do ocen, a bez komentarza to trochę nie ma sensu...).
Dalej jestem moderatorem zapytaj.zhp.pl, nawet w lutym/marcu podczas Gali Niezwyczajnych spotkaliśmy się z Naczelniczką i dostaliśmy podziękowania :) Mam też dostęp do fanpage zapytaj i pewnie powinnam go troszkę kopnąć.
W zeszłym opisie gdzieś tu znalazł się CWM, więc niech i tak będzie. Od rejsu polsko-ukraińskiego zaczęła się moja poważniejsza przygoda z Zawiszą, zimą trochę tam pracowałam, wiosną też. Mam na koncie zakładanie żagli, w tym latacza w trakcie płynięcia, a także wymianę sztagu sztafoka. Mam również na koncie rejs jako bosman (wiosenny), poza tym jako oficer III wachty na Baltic Tall Ships Regatta w czerwcu i, już na Zjawie, jako II oficer w lipcu. To powoduje, że moje zadanie ze zdobyciem małej złotej Górskiej Odznaki Turystycznej się nie wiedzie...
Chyba mogłabym też wspomnieć o tym, że byłam na debacie na temat Prawa i Przyrzeczenia, na livestream-ie na youtube, trochę przypadkiem, ale wypowiadałam się na temat Boga w Przyrzeczeniu czy raczej na temat wartości za nim stojących.
Chyba tutaj też najlepiej będzie ująć udział w Zlocie Kadry - zaskakująco inspirujący, fajni ludzie, dużo możliwości dyskusji...

A poza tym...
Zmieniłam temat pracy phm na część poradnika dla namiestników i szefów referatów. Niestety, prace nad nim idą bardzo opornie. Miejmy nadzieję, że kiedyś coś się ruszy i uda się.
Mam nadzieję, że październikowa KSI będzie moją ostatnią w tym hufcu. Nie dlatego, że ich nie lubię i nie chcę się z nimi spotykać. Mam jednak nadzieję, że zamknę w końcu ten stopień (i mam nadzieję, że pozytywnie), i że jeśli na KSI, to z podopiecznymi.