wtorek, 2 października 2012

Obrzędowe łamanie regulaminu

Wróciłam ze Spartakiady Harcerskich Drużyn Wodnych i Żeglarskich. Duża, chorągwiana impreza, ponad 300 osób. I jakoś tak mnie naszło na napisanie kilku słów o tym, jak harcerze wyglądają.
Z racji tego, że impreza specjalnościowa, większość to szczęśliwi posiadacze wodnych mundurów. Wodniacy mają czasem tak, że mówią, że nie ma regulaminu mundurów wodnych - tak naprawdę istnieje jakiś, sprzed wielu lat, który nie do końca jest już aktualny, a większość jest już zwyczajowa. I gdyby rzeczywiście wszyscy trzymali się zwyczajów, byłoby super.
Teraz mówię o mundurze wodnym - trzecie miejsce w rankingu zajmują dziewczynki w samych leginsach do munduru, ale nie można im się zbytnio dziwić, skoro drużynowa tak chodzi. Nie mniej jednak - leginsy to nie spodnie! Miejsce drugie zajmuje dziewczynka w spodniach dresopodobnych, koloru chabrowego z różowym, szerokim paskiem po boku nogawki. No cóż, ktoś nie dopilnował. Miejsce pierwsze, nie ze względu na wygląd, a komentarz drużynowego (?) - moro do granatowego munduru - "U nas w drużynie jest taka obrzędowość. Ja się Twojej obrzędowości nie czepiam".
I to właśnie skłoniło mnie do zastanowienia się nad tym, czy obrzędowość powinna usprawiedliwiać łamanie regulaminu. Akurat o spodniach regulamin wodny mówi tyle: "Do bluzy żeglarskiej harcerze i harcerki noszą długie granatowe spodnie". Może granatowe spodnie ciężko jest dostać (spodnie inne niż dżinsy). Ale co stoi na przeszkodzie, żeby założyć czarne? Niby też niezgodne z regulaminem, a wyglądają dużo lepiej...
Regulamin został po coś napisany. Według mnie nie po to, żeby uprzykrzyć nam życie, raczej po to, że skoro już jesteśmy organizacją mundurową, to powinniśmy wyglądać choć trochę podobnie. Trochę tak jak w wojsku, do którego tak bardzo próbują się upodabniać ci noszący nieregulaminowe moro do munduru (regulamin "lądowy" mówi o jednolitych spodniach).
O ile lepiej wyglądaliby harcerze, gdyby ich drużynowi zadali sobie trud przeczytania regulaminu umundurowania i zastosowali się do niego. Najpierw drużynowi, a potem harcerze.
I na koniec, żeby nie było, że czepiam się tylko wodnych mundurów. Dżinsy do lądowego munduru (blee) pominę. Niezaprzeczalnie pierwsze miejsce zajmuje moja harcerka (nadal nie wiem, dlaczego nie wypraszam takich ludzi ze zbiórek...), która nie miała mundurowych spodni (wyrosła - zdarza się) i założyła ledżinsy. Jeśli ktoś nie wie - takie trochę grubsze leginsy z nadrukiem jakby były dżinsowymi spodniami. Na gumce oczywiście.

piątek, 14 września 2012

Więcej słuchaj niż mów

Dla niektórych zaczął się rok szkolny, ja niby mam jeszcze wakacje, a mój kalendarz się zapełnia. Planuję zaangażować się w tym roku w realizację kilku większych przedsięwzięć, co powoduje, że czasu na nudę jest mało, gdzieś będzie trzeba upchnąć studia, a do tego wszystkiego pracuję razem z innymi ludźmi. Z ludźmi z różnych środowisk, którzy mają różne podejścia. A dziś będzie o tym, czego najbardziej nie lubię. Co ciekawe zdarza mi się to tylko w jednym z tych wielu środowisk i to w tym, w którego najciężej mi zrezygnować, ze względu na pewne zobowiązania.
O co chodzi? O niesłuchanie. O to, że są osoby, którym można tłumaczyć swoje zdanie na trzy różne sposoby, a one nie próbują nawet udawać, że posłuchały któregokolwiek tłumaczenia. Rozumiem, że można się z kimś nie zgadzać, mieć odmienne zdanie i je przedstawiać. To przecież naturalne. Ale jeśli ktoś próbuje przedstawić swoje zdanie i jednocześnie wie, że w ogóle nie jest ono brane pod uwagę, to gdzie sens rozmowy? Po co pytać człowieka o zdanie, skoro i tak niezależnie od tego co powie, mamy gotową odpowiedź? To trochę tak, jakby iść np. na egzamin mając odpowiedzi na jakieś pytania i wpisać te odpowiedzi, nawet kiedy pytania będą zupełnie inne.
Może tylko ja tak mam i może to źle, ale kiedy widzę, że wyraźnie ktoś nie słucha co mam do powiedzenia choć powinien (np. sam pytał...), to mnie zaczyna jakby mniej obchodzić jego zdanie. Nie to, że nie słucham. Nie odebrałabym sobie przyjemności znajdowania niespójności w wypowiedzi (co często zdarza się ludziom, którzy nie słuchają - mylą się we własnych "zeznaniach"). Ale dlaczego miałabym słuchać człowieka, który nie słucha mnie? Czy rozmowa nie polega na tym, że ludzie słuchają się nawzajem i odnoszą się do swoich wypowiedzi? Oczywiście nie do jednego, pojedynczego, źle użytego słowa czy wyrażenia, w ogóle zmieniając temat i pokazując postawę "Jak w ogóle możesz tak myśleć", kiedy tak naprawdę biedny człowieczek wcale tak nie myśli, tylko nie wiedział jakiego słowa użyć, użył trochę nieodpowiedniego i został źle zrozumiany. No i po co wtedy spytać, co miał na myśli, przecież lepiej się przyczepić.
Niestety, świat pełen jest ludzi, którym chyba wydaje się, że są najmądrzejsi i ujmą na honorze byłoby posłuchać kogoś, kto śmie twierdzić inaczej. Na szczęście jest też mnóstwo ludzi, którzy potrafią posłuchać, okazać zainteresowanie, dopytać się, jeśli nie są pewni, czy dobrze zrozumieli rozmówcę. Warto słuchać. Może czyjeś słowa nie zmienią od razu całego naszego światopoglądu, ale dadzą nam np. obraz tego, jak inni widzą pewne sprawy. Może inaczej niż my?

wtorek, 4 września 2012

Z wizytą u Hitlera

Udało mi się w te wakacje pojechać na jeden nieharcerski wyjazd. W harcerskim towarzystwie, ale bez munduru, a nawet jak się w pewnym momencie okazało, to bez czegokolwiek poświadczającego, że jesteśmy harcerzami ;)
Podczas obozu jak byliśmy na Wilczym Szańcu, chodziliśmy z Adamem (gdyby ktoś miał jakiekolwiek wątpliwości - mój przyboczny) "zajarani jak głupi". Jak dowiedzieliśmy się jeszcze o Mamerkach i o śluzie, która tam jest to w ogóle wiedzieliśmy - trzeba tam wrócić. I się udało.
Wybraliśmy sobie pociąg w środę o 4.28 z Gdyni. Jako że na tą godzinę nie da się wyspać, wsiedliśmy do tzw. kanarówy albo melanżowni, w każdym razie ten przedział jak w SKM na końcu wagonu. Mieliśmy bilety z miejscami do leżenia, karimatki na glebę, śpiworki i kima. Obudził nas dopiero kierownik pociągu trochę przed Iławą i powiedział, że musimy sobie pójść, bo pociąg będzie jechał w drugą stronę i tu będzie przedział służbowy. No nic, spanie się skończyło. Potem przesiadka i próba nieprzespania Kętrzyna. Udało się. Wysiedliśmy na jakoś tak dziwnie znajomej stacji (spędziliśmy tam podczas obozu ok. 1,5h czekając na pociąg) i skierowaliśmy się na szybkie zakupy do Biedry. Zjedliśmy śniadanie w postaci jogurt+musli na przystanku autobusowym, po czym ruszyliśmy w drogę. W tą dobrze nam znaną część trasy, więc wiedzieliśmy gdzie chcemy spać - chwilę przed Wilczym Szańcem, na polu namiotowym niedaleko dworku. Chcieliśmy jeszcze tego dnia połazić po bunkrach, ale jakoś tak wyszło, że zrobiliśmy obiad (makaron z serkiem topionym - pycha!) i o 16 poszliśmy spać. Zanim zasnęliśmy usłyszałam "Jo, pewnie się obudzę w nocy i nie będzie mi się chciało spać". Oczywiście tak właśnie się stało. Obudziliśmy się w nocy, zamieniliśmy się miejscami i poszliśmy spać dalej.
Ostatecznie podnieśliśmy się koło 10. Śniadanko i na bunkry. Nasz główny cel przyjechania tam ponownie został osiągnięty - wysoka ściana bunkru, a na niej drabinka. No przecież drabinka jest po to, żeby na nią wejść. U góry kompletnie nic wartościowego nie było, ale liczy się sam fakt wejścia na górę. Potem popatrzyliśmy jeszcze na inne bunkry i poszliśmy dalej. Jedliśmy lody na przystanku, odwiedziliśmy ambonę, jedliśmy jabłka, łaziliśmy przez pole, jedliśmy jabłka, poszliśmy szlakiem nie w tą stronę co trzeba, jedliśmy jabłka, robiliśmy zakupy w sklepie 3 razy, bo ciągle coś nam się przypominało, żarliśmy czipsy, jedliśmy jabłka i w końcu postanowiliśmy złapać stopa. Zatrzymała się ekipa złożona z dwóch trochę odpicowanych lasek, kolesia i pieska. Bardzo fajni ludzie. Nie było im po drodze nas odwieźć, ale ostatecznie podwieźli nas pod same Mamerki na pole namiotowe. Zaczynał się już wieczór, a my byliśmy po całym dniu łażenia, więc poszliśmy dość szybko spać. Rano dogadaliśmy się z właścicielem pola, powiedział nam gdzie najlepiej iść, pozwolił zostawić plecaki i poszliśmy. Najpierw trafiliśmy na śluzę. Niestety nie tak szybko, jak się o tym pisze. Na początku szliśmy, znaleźliśmy tablicę z mapką i informacjami, które rozwiązały jedną z naszych zagadek - do kiedy były używane te tory z Kętrzyna do Węgorzewa. Już wiemy, że do 1992r. Potem szliśmy, szliśmy, minęliśmy tamę, poniemiecki jaz, i nagle kanał się skończył i znaleźliśmy śluzę. Jest ogromna. Nie spodziewaliśmy się, że aż tak. Na prawdę wielka. Chcieliśmy wejść do środka ale wystraszyły nas przeraźliwe dźwięki wydawane przez nietoperze (brzmiały co najmniej jak stado niedźwiedzi i dawno nie uciekaliśmy tak szybko). Popatrzyliśmy, popatrzyliśmy, poszliśmy na drugą, mniejszą i bardziej niedokończoną śluzę po drodze jedząc jabłka i czas nam był wracać, żeby obejść jeszcze Mamerki. Chcieliśmy złapać stopa, nie wyszło. Za to wbiliśmy się pewnemu panu na podwórko z pytaniem o drogę i o to, czy poczęstuje nas wodą. A potem przeszliśmy przez most, gdzie stał zakaz ruchu, ale "wszyscy tamtędy jeżdżą". Znów trafiliśmy na sklep, na lody i czipsy. Potem już same Mamerki - kilka bunkrów, właściwie niby nic, a jednak trochę robią wrażenie... Między dwoma z nich jest podziemny tunel. Zajrzeliśmy, ale po przygodzie z nietoperzami stwierdziliśmy, że nie, no nie idziemy. Ale kręcimy się gdzieś tam w pobliżu, patrzymy, a z tunelu wyszli ładni chłopcy w sweterkach i białych bucikach. Nastąpiło typowo polskie "Oni przeszli, a my nie przejdziemy?". Przeszliśmy. Wcale nie było strasznie.
Potem siedzieliśmy jeszcze chwilę na polu namiotowym i śmialiśmy się jak ludzie próbowali wychodzić z portu. Mieliśmy złapać jachtostopa, ale nie wyszło. Może to i dobrze, bo jak tak patrzyliśmy na niektórych to balibyśmy się z nimi wsiąść. Za to szybko złapaliśmy normalnego stopa do Węgorzewa.
W Węgorzewie odnaleźliśmy port ZHP. Nie wiedzieliśmy, że ZHP ma tak duży port. Spotkaliśmy tam człowieka o humorze i poziomie szydery bardzo zbliżonym do pewnego znanego nam gdańskiego instruktora, na szczęście pozwolił nam rozbić namiot za free. Zrobiliśmy krótki spacer po Węgorzewie i poszliśmy spać.
Rano już tylko Biedra, śniadanie na przystanku w postaci jogurtu z musli, PKS do Giżycka, tam dla odmiany Lidl. A potem siedzieliśmy na dworcu, patrzyliśmy i śmialiśmy się, kiedy cały peron ludzi ładował się do jednego, biednego pociągu relacji Gdynia - Katowice przez Białystok. Wszyscy się zmieścili. Potem przyjechał nasz pociąg, pierwszy z czterech. Tylko w tym siedzieliśmy na normalnych siedzeniach, bo nie było kanarówy. W końcu po 3 przesiadkach i ponad 6 godzinach jazdy dotarliśmy do Gdyni.
I dopiero potem uświadomiłam, że to właśnie był jedyny nieharcerski wyjazd w te wakacje. Niezaplanowany, spontaniczny i w miejscu, w którym coś na prawdę można zobaczyć. Jak ktoś będzie miał okazję kiedyś być w okolicach, to na prawdę polecam.

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Agregat prądotwórczy

Wakacje zbliżają się ku końcowi. Przynajmniej dla niektórych. Ja jestem szczęśliwcem posiadającym wizję jeszcze miesiąca wakacji. Co prawda już raczej nie wyjezdnych, bo zbiórka co tydzień, bo zajęte weekendy.
Poprzedni miesiąc siedziałam w lesie. Najpierw Wenecja. Kurs na Młodszego Instruktora Żeglarstwa. Pływanie przed południem, po południu i czasem wieczorem. Kurs zdany, choć okazało się, że nie umiem robić zwrotu przez rufę. Ale co tam egzamin. Śmieszniej było wcześniej. Połamałam rumpel na Radości. Znaczy się sam się złamał, ja tylko chciałam gwałtownie skręcić. Zresztą potem Radości udało się zgubić ster w czeluściach Rudej Wody. Ale zanim to się stało, wygrałam na niej regaty MIŻ-ów. A jak już mówimy o Radości, to zdarza jej się tonąć. Sportowa omega, wydawałoby się idealna do wywrotek, ale niestety, co którąś wywrotkę zalewają jej się komory i nad wodę wystaje kawałek dziobu. Dwa razy ratowaliśmy ją z tego stanu. Raz przewróciliśmy Wiedźminkę, w ekipie przyszłych MIŻ-ów. Niekontrolowanie. Najśmieszniejsze było to, że w pierwszym momencie byłam mokra tylko po kolana, niestety potem trzeba było wejść całkiem do wody. Jeśli ktoś nigdy nie ściągał w wodzie butów i emek - polecam. Wanty wypadające z salingów można pominąć. Żaden maszt przez to nie spadł. Podwójna wywrotka - najpierw Akara, 2 minuty później Napoleon. Wszystkie silniki do pomocy. Najpierw Akara, po drodze ściąganie łódek (w tym dwóch DZ) z krzaków, potem Napoleon w towarzystwie motopompy na przeciwległym brzegu. Straty - ster od Akary, miecz od Napoleona. Dzień egzaminu - Rozpacz tonie w porcie. Żadnego z MIŻ-y nie interesował egzamin, przecież trzeba ratować łódkę! Ostatecznie się udało, choć w międzyczasie były różne teorie na temat ilości suwów motopompy. Jednak jest czterosuwem, więc nie potrzebny był ten olej, który wlaliśmy do benzyny. Jak już przy benzynie jesteśmy... Nocne eskapady na silniku, raz po rejs łódzkich harcerzy, przemoczonych całkowicie, drugi raz żeby ratować nasz rejs, a głównie jego morale. Na żadnej z tych eskapad (niestety) mnie nie było. Ale i tak oswoiłam się z silnikiem. Holowałam DZ-ty na wstecznym. Ale łatwiej mi szarpnąć szarpankę lewą ręką, mimo że jestem praworęczna, co nadal mnie dziwi.
Po co ja to wszystko pisze? I tak większość z Was nie wie, czym jest Radość, Napoleon, Akara, Wiedźminka, Rozpacz... A dla nas to właśnie było życie przez 3 tygodnie. Pływanie, ratowanie ludzi, sprzętu, wykłady, niektóre piekielnie nudne, ciastka na każdych zajęciach i cukierki-gumy rozpuszczalne, których zjadaliśmy kilogramy, na koniec składanie portu... I już. Koniec.
Z Wenecji na moment wróciłam do domu. O 3 w nocy wyjechaliśmy z bazy, o 5 byliśmy w Gdańsku. Koło 12 wróciłam do domu, następnego dnia o 10 byłam już w Gdańsku.
Potem Stężyca. Białorusini. Na miejscu okazało się, że mam być komendantką jednego z trzech obozów. Ok. Na początku było źle. Nie chciałam tam być. Reszta kadry dziwna (ze Stolycy, to czego można się było spodziewać ;) ), jakoś nie bardzo mogliśmy się dogadać. Potem już lepiej, już jakoś inaczej, już dało się na luzie pogadać. Tak czy inaczej - Białorusini super, opiekunki i opiekunowie też, miałam trochę okazji z nimi porozmawiać i o języku, i o tym jak to jest na Białorusi... Nauczyliśmy się kadrą piosenki - тры чарапахи, siedząc do późna w nocy z tekstem i youtubem. Żyliśmy o godzinę do przodu. Ostatniego dnia wstaliśmy o 5 naszego czasu, żeby odprawić Białorusinów do domu. Składaliśmy namioty w świetle gwiazd. Co tu jeszcze mówić - muszę pojechać na Białoruś i tyle.
Później spędziłam 24 godziny w Czernicy. Wystarczyło. Chyba nie chcę o tym mówić zbyt wiele. Zachód słońca niesamowity, jak zawsze.Ale super spało się na siatce rozwieszonej w porcie.
Skąd tytuł posta? Przez ostatni miesiąc agregat towarzyszył mi codziennie. Obie bazy - i Wenecja, i Stężyca - zasilane były prądem z agregatu. Można się przyzwyczaić do tego szumu. W domu jest jakoś cicho. Zauważyłam to w nocy między Wenecją a Stężycą. Nic nie wiało, fały nie obijały się o maszty. Dziwnie.
To tyle jeśli chodzi o dotychczasowe moje wakacje. Jutro parę rzeczy do załatwienia, pojutrze o 4.30 (nie wiem kto wymyślił taką nieludzką godzinę) pociąg Gdynia - Kętrzyn. Potem na autonogach Kętrzyn - Węgorzewo przez Gierłoż i Mamerki. I w między czasie pisanie planu pracy drużyny. To będzie naprawdę megasuperhiperplan.

sobota, 21 lipca 2012

Jestę wędrowcę!

Już po obozie. Czas co nie co podsumować.
Wiele osób przed wyjazdem mówiło mi "Ja bym nie pojechał/a na taki obóz z harcerzami". Znaczy taki pół-wędrowny. Ja pojechałam i nie żałuję. Uważam, że osiągnęliśmy przynajmniej część założonych celów - harcerze są bardziej samodzielni, pomagają sobie nawzajem i osobom z zewnątrz i zaczynają być rzeczywiście drużyną, a nie zbitkiem osób w tych samych barwach. Przeprowadziliśmy małą rewolucję jeśli chodzi o zastępy (postanowiliśmy, że zastępowymi zastępów harcerskich będą harcerze starsi). Przypuszczam, że zmiany nie byłyby tak widoczne przy stacjonarnej formie obozu.
A teraz małe podsumowanie w liczbach:
10 - tylu uczestników było na obozie:
2 harcerzy starszych
4 będzie harcerzami starszymi od września
4 zostaje w pionie harcerskim
2 - tyle mieliśmy kadry
13 dni trwał nasz obóz, podczas którego:
5 dni spędziliśmy na bazie w Wenecji
8 dni spędziliśmy na
3 wyprawach (kajakach, rejsie, wycieczce-wędrówce na Wilczy Szaniec)
46 kilometrów to odległość, jaką pokonaliśmy piechotą
26 kilometrów - tyle zrobiliśmy na żaglach/silniku (na kanale)
2 razy kładliśmy i stawialiśmy maszty
480 złotych wydaliśmy na jedzenie poza Wenecją
521 złotych wydaliśmy na bilety PKP
575 kilometrów przejechaliśmy
10 różnymi pociągami
7 razy rozkładaliśmy i składaliśmy nasze małe namioty
3 noce spaliśmy w innym miejscu niż namiot (w świetlicy na bazie, po wielkiej burzy, w Wińcu w hangarze, też po burzy i w Kętrzynie w salce katechetycznej, dla odmiany nie po burzy)

Co mogę jeszcze powiedzieć?
Podczas obozu mieliśmy okazję zauważyć, jak bardzo podejście kadry wpływa na harcerzy. Drugiego dnia obozu przyszła wielka burza. Pół bazy stało w porcie i patrzyło jak idzie na nas ściana deszczu. Z burzą przyszedł też wiatr. Łódki w porcie powyrywały boje, na których stały, więc rozpoczęto szybką akcję wyciągania całego możliwego sprzętu na brzeg. Żeby było jeszcze trochę "śmieszniej", w podobozie Tczewa zaczęły latać namioty. Co mogliśmy zrobić? Mogliśmy pójść z harcerzami do świetlicy albo na stołówkę i stwierdzić, że to nie nasza sprawa, że mamy swój program i już. A co zrobiliśmy? Rzuciliśmy się do pomocy. Ani mi, ani Adamowi nie przyszło do głowy wtedy nic innego niż to, żeby pomóc wyciągnąć łódki, potem stawiać namioty Tczewa. Nasi harcerze pomagali razem z nami, choć właściwie nikt im nie kazał. Po prostu zobaczyli, że trzeba coś zrobić i to zrobili. Potem jak już trochę się uspokoiło sami chodzili i pytali, czy w czymś jeszcze pomóc. Nikt nie przejmował się tym, że jest całkowicie mokry. Kiedy rozmawialiśmy z Adamem na jednym z naszych spontanicznych podsumowań o tej sytuacji na początku byliśmy zaskoczeni reakcją harcerzy, ale potem dotarło do nas, że w dużej mierze to nasza zasługa. Więc pamiętajcie funkcyjni - to co robicie i w jaki sposób ma ogromny wpływ na waszych harcerzy.

A co do tytułu posta... Jakoś tak się złożyło, że hipsterski tekst towarzyszył nam w różnych wydaniach przez cały obóz - i wtedy, kiedy przyszedł konduktor, który powinien mieć koszulkę z napisem "jestę ...ę" i zawsze wtedy, kiedy szliśmy do toika, koło którego stał kontener z napisem "Jestę kontenerę". Nie wspomnę już o "Jestę Komarę - siorb siorb" ;) 

Na zdjęciach - u góry DZ na motyla, trochę niżej - takie tam, z numerem drużyny, na Wilczym Szańcu. Jeszcze niżej - bagienko w drodze powrotu z Wilczego. Nasyp kolejowy, którym szliśmy, najwyraźniej musiał być sztuczny, bo po obu jego stronach było takie piękne bagno.

poniedziałek, 2 lipca 2012

Kompromis

Opowiem Wam dzisiaj bajeczkę. Usiądźcie wygodnie i nie zamykajcie oczu, bo nie będziecie mogli czytać. 
Wyobraźcie sobie Człowieka, który ma dużo chęci do pracy, mnóstwo pomysłów i jeszcze więcej energii, żeby je zrealizować. Człowiek ów wyraża swoją chęć zrobienia pewnego Przedsięwzięcia i mówi o tym Przełożonemu. Na początku jest wszystko jak trzeba, wszyscy są zadowoleni, i Przełożony, i Człowieczek. Człowiek wie, jakie Przeszkody mogą go spotkać na drodze do realizacji Przedsięwzięcia, dlatego zawczasu mówi o nich Przełożonemu po to, aby móc je w razie czego szybko wyeliminować.
Wszystko jest cudownie. Przełożony zgadza się, by Człowiek był odpowiedzialny za Przedsięwzięcie. Czasu do realizacji jest jeszcze wiele, ale Człowiek powoli zaczyna kompletować Zespół, w którym dobrze będzie mu się pracowało i na który będzie pewien, że może liczyć.
W pewnym momencie pojawia się Przeszkoda. Dokładnie taka, jaką Człowiek przewidział. Przełożony, mimo wiedzy w jaki sposób Człowiek chciałby rozwiązać taką sytuację, wraz z zespołem Doświadczonych Osób ustala Kompromis, a potem umawia się z Człowiekiem, żeby mu o nim powiedzieć.
Odbywa się spotkanie, na którym Człowiek dowiaduje się o Kompromisie. Ma możliwość przemyślenia go, ale zmiany już nie. Już za późno. Zastanawia się jakiś czas i stwierdza - "To przecież żaden Kompromis. To zupełna zmiana Mojego pomysłu bez zapytania Mnie o zdanie!". Człowiek postanowił powiedzieć Przełożonemu, że widzi dwa wyjścia z sytuacji - albo Przeszkoda zostanie rozwiązana w sposób, który ustalili wspólnie przed jej powstaniem, albo Człowiek rezygnuje. Przy okazji Człowiek próbował wyjaśnić, dlaczego nie zgadza się na taki Kompromis, czy raczej dlaczego nie jest on Kompromisem.
Przełożony wybrał opcję drugą. Stwierdził, że w takim razie nie ma sensu, żeby Człowiek organizował Przedsięwzięcie, bo przecież Doświadczone Osoby ustaliły Kompromis, skoro Człowiek się nie zgadza, to nie. Każda próba wytłumaczenia Przełożonemu, że Kompromis wymaga tego, żeby przedyskutowały go wszystkie zainteresowane strony (w tym Człowiek, który za Przedsięwzięcie miał być odpowiedzialny), była odrzucana słowami: "bo nie było czasu na konsultację", "bo myślisz tylko o sobie".
Człowiek pomyślał tylko - "Czy zawsze już będzie tak, że osoba, którą czyni się odpowiedzialną nie będzie mogła w kluczowych sytuacjach wypowiedzieć swojego zdania, bo będzie to oznaczało, że myśli tylko o sobie, a wszystkie ważne decyzje, które jej dotyczą będą podejmowane przed Doświadczone Osoby?"
Człowiek miał chęci, pomysły i energię. Teraz pozostały mu tylko pomysły, ale nie ma ani energii, ani chęci by choćby powiedzieć o nich głośno.

Chciałabym, żebyście po przeczytaniu tej enigmatycznej bajeczki przypominali sobie w każdej sytuacji, w której będziecie potrzebowali rozwiązania, że z kimś się na coś umówiliście, że ustalaliście z jakąś osobą jedną wersję, a ta osoba zaufała w to, że tak właśnie będzie. Nie róbcie jej tego i nie zmieniajcie wszystkiego za jej plecami. Porozmawiajcie. Ciężko jest mi wyobrazić sobie sytuację, w której nie byłoby czasu na krótką rozmowę. Trzeba rozmawiać i słuchać. Słuchać nie tylko pojedynczych słów, ale także wypowiedzi jako całości...

wtorek, 19 czerwca 2012

Ze światłem w mej duszy...

Czas na ciąg dalszy ukraińskich wspomnień...
Po spotkaniu z naszymi nowymi przyjaciółmi z Wielkiego Miasta przyszedł czas na dalszą podróż. Wybraliśmy się więc na autostancję, ażeby wydostać się ze Lwowa. Skierowaliśmy się do Podhorców obejrzeć obecny tam pałac.
Wysiedliśmy z marszrutki i w pełnym słońcu udaliśmy się polną drogą do wioski, gdzie stał niebieski kościół, niestety zamknięty. Wyruszyliśmy więc w dalszą drogę, uprzednio napełniając butelki wodą dzięki uprzejmości mieszkańców.
Dalsza droga nie należała do najprostszych - pod górę i w pełnym słońcu, ale na górze można było w końcu oddać się chwili odpoczynku w cieniu, gdzie skorzystaliśmy z werowego przewodnika, w którym napisano, że pałac jest powoli odnawiany od lat 90., przy okazji uraczyliśmy się moimi żelkami. Po zakupieniu pamiątek, w moim przypadku w postaci pocztówki i silikonowej bransoletki z napisami Ukraine i Укрaинa, udaliśmy się w dalszą drogę w stronę kościoła, do którego prowadziła szeroka prosta droga tak, że kościół i pałac leżą na jednej osi, przodem do siebie, w odległości prawie kilometra. Kościół, albo to co po nim pozostało, niesamowite. Ogromne kolumny, które jakby naśladowały styl grecki albo rzymski.
W dalszą podróż udaliśmy się najpierw na autonogach, następnie marszrutką, a jakże. Dotarliśmy do miejscowości Brody, której herbem jest ładnie wystylizowana lilijka, co jako harcerze szybko zauważyliśmy. Tam też w oczekiwaniu na busa, poza zjedzeniem lodów, postanowiliśmy zrobić jakieś obiadowe zakupy, coby nie umrzeć z głodu. W końcu, po długich pertraktacjach, kupiliśmy ryż, sos i jakąś dziwną szynkę, po czym zapakowaliśmy plecaki i wyruszyliśmy w drogę.
Celem naszej podróży był Poczajów (zwany też czasem PACZajowem - a to wszystko przez ten gUpi internet), jednak zaczynało już zmierzchać, więc dzielna mama Kęsik poszła prosić kierowcę, ażeby wyrzucił nas gdzieś przed miastem, cobyśmy mogli rozbić gdzieś namioty. Przy kabinie kierowcy stała sobie pewna pani, która zaczęła coś po ukraińsku do Kęsika mówić. A że Kęsik chyba najsłabiej z nas wszystkich rozumiała ukraiński, zaryzykowała i zapytała - może angielski? Udało się! Pani Halina wykłada angielski na Uniwersytecie Lwowskim, więc nie ma z nim problemów. Zaproponowała, że pokaże nam miejsce, gdzie możemy rozbić namioty, więc poszliśmy z nią. Po drodze stwierdziła jednak, że przenocuje nas u siebie, a właściwie swojej 90-letniej mamy. Byliśmy niesamowicie zaskoczeni jej propozycją, bo w końcu przyjąć do domu 6 osób to nie taka łatwa sprawa. Na miejscu zostaliśmy poczęstowani kartofelkami ze śmietaną i ogórkami kiszonymi (pycha!). Pani Halina zaprowadziła nas również na wzgórze, z którego wspaniale było widać poczajowską ławrę, którą mieliśmy odwiedzić nazajutrz.
W domu pani Haliny spotkaliśmy rzecz dla nas troszkę dziwną, acz rozczulającą. W kącie pokoju stał mały stolik, coś jakby ołtarzyk - a na nim zdjęcie zmarłego syna pani Haliny, świeczki. Zapaliliśmy też jedną od nas. To niesamowite, jak bardzo tam ludzie związani są ze swoją rodziną...
Po mile spędzonej nocy żegnaliśmy się z panią Haliną, która, jak się okazało, mieszkała na stałe we Lwowie. Wzięliśmy od niej od niej adres i numer telefonu i oba zdążyły się już przydać. Pożegnaliśmy się serdecznie zostawiając jej na pamiątkę po nas kartki pocztowe z naszych miast oraz podpisane serduszko z origami.
Udaliśmy się do monastyru, gdzie zostaliśmy poinstruowani przez miłego pana wojskowego jak powinien wyglądać nasz strój. Wypożyczyliśmy specjalne spódnice (lub spodnie), oddaliśmy plecaki do przechowalni i udaliśmy się na zwiedzanie.
Poczajów to coś jak nasza Częstochowa - miejsce pielgrzymek. Stąd też sporo miejsc, w których można wydać pieniądze. W jednym z takich miejsc, prowadzonym przez brodatych mnichów, nabyliśmy przewodnik napisany przepiękną polszczyzną. Czasem ciężko było zrozumieć sens po kilkukrotnym przeczytaniu zdania. Nie mniej jednak przebrnęliśmy przez całą ilustrowaną opowieść i udaliśmy się na dalsze zwiedzanie.
Cały kompleks sprawia niesamowite wrażenie. Mnóstwo złota, budynki głównie białe z małą domieszką zielonego i niebieskiego. Tym bardziej niesamowite, że w pełnym słońcu, które odbija się od tego złota i bieli. Właściwie można by pomyśleć, że jest tam trochę tak, jak mogłoby być w niebie....
Niestety z nieba trzeba udać się w dalszą drogę. Zjadamy lody i wsiadamy w marszrutkę, która zabiera nas tym razem do Krzemieńca.

A jeśli ktoś chciałby zapytać, co tytuł ma wspólnego z całym postem, to mogę się wytłumaczyć. Otóż jest to część refrenu jednej z nowszych piosenek Słodkiego Całusa od Buby, który to krążył mi wtedy ciągle w głowie, a wydawał mi się bardzo adekwatny z tego powodu, że zarówno pani Halina jak i wizyta w Ławrze wlewała światło w duszę. Tyle dobra w jednym miejscu...

PS. No i mój blog w końcu dostał jakiś lepszy tytuł niż wielokropek.